Zmiany są coraz głębsze. Łapiemy się na tym, że analizujemy podobieństwa niemowląt do ich rodziców w poszukiwaniu jakiegoś algorytmu, który podpowiedziałby nam, jakie będzie nasze dziecko. Dla zabawy, bo przecież to tak bardzo bez znaczenia. Jak snajperzy wypatrujemy na chodnikach dziecięce wózki, by poddać je oględzinom, a potem przefiltrować dane na temat ich wagi, ceny i praktyczności w sieci. Dużo rozmawiamy.

Staramy się nie zepsuć naszemu dziecku frajdy z rozwoju płodowego, a potem z dzieciństwa snuciem opowieści o tym, jakie będzie. Na razie nawet się udaje. Jesteśmy cholernie przerażeni i podekscytowani, gdzieś przez łeb przejdzie myśl, że tato- historyk z wykształcenia i matka z niezamykającą się japą ulepią kolejnego humanistę, którego rozczaruje rzeczywistość. Ale cii.. Tak fajnie byłoby przecież porozmawiać z nią kiedyś o Gombrowiczu. I tak cudownie będzie, jak zajara się czymś, o czym nie mamy pojęcia i będzie nam tłumaczyć zasady fizyki lub chemii przy stole. Tymczasem sza- niech się sama określa.

Fakt zostania rodzicem skłania do snucia zupełnie nowych i nieznanych dotąd refleksji. O to my, którzy znamy tylko pozycję dziecka, z wiedzą o tym jak być kochani mimo wszystko i wiedzieć, gdzie zadzwonić po pomoc i obiad, mamy przejąć nowe role.

Kiedy jeszcze byłam ja i on, a nie my i Lenka w drodze, marzyło się nam, że najpierw dorobimy się sami, a potem choć trochę odwdzięczymy się naszym rodzicom za lata wyrzeczeń. Oboje marzyliśmy, żeby te pierwsze, fajne pensje wydać na wakacje tych, którzy zawsze odkładali je na inny termin, bo nasze potrzeby były dla nich ważniejsze. Nie zdążyliśmy. Kredyt jeszcze się spłaca, a nasze dziecko już jest w drodze. Samo życie.

Ostatnio przeczytałam, że rodzice nie mogą mieć wobec swoich dzieci żadnych oczekiwań, bo jedyną potrzebą rodziców, jaką zaspokaja dziecko jest możliwość przeżycia rodzicielstwa. Tylko i aż. Bez miejsca na warunki, inwestycje w konkretny plan na przyszłość dziecka i poczucie rozczarowania, kiedy okaże się nie takie, jak zaplanowaliśmy. To bardzo wygodna teoria z perspektywy dziecka – zwalnia z poczucia odpowiedzialności za szczęście swoich rodziców. Z perspektywy przyszłych rodziców – niesamowite wyzwanie.

Uświadomiliśmy sobie w parku, dlaczego tak przerażała nas dorosłość. Wspomnienia zmęczonych i zmartwionych matek wciąż są bardzo żywe i wyraźne, bo … mimo upływu lat niewiele się zmieniło. Nasi rodzice cholernie ciężko pracowali, żeby zapewnić nam wszystko, co ich zdaniem było ważne i niezbędne, byliśmy ich nadrzędną wartością, celem, sami mówią, że całym życiem.

Dociera do mnie, że słowa, które dziś kojarzą mi się z rodzicielstwem mają bardzo pejoratywne zabarwienie. Poświęcenie, wyrzeczenia, stawianie potrzeb swojego dziecka zawsze na pierwszym miejscu. Pamiętam swój strach z początku ciąży, strach przypominający ten, który przychodzi, kiedy ktoś się dowiaduje, że… umiera. Tak bardzo się bałam, że to koniec mnie i moich spraw, bo wszystkie mamy jakie znam, po urodzeniu dziecka żyły już tylko jego życiem i potrzebami.

Nie mam wydumanych teorii i nie wierzę w cuda. Nie będę się buntować jak nastolatka i upierać, że wszystko zrobię inaczej. Kiedy jednak mam wolny dzień, bo powinnam już pracować mniej i trochę się oszczędzać, nauczyć się delektować ostatnimi miesiącami ciszy, odruchowo robię czwarte pranie i sałatkę, bo zupełnie nie umiem marnować czasu z myślą o sobie (chyba, że piszę, dlatego muszę to robić, żeby nie zwariować.)

Kiedy znów ścierałam kurze przypomniałam sobie wakacje mojej mamy. Zawsze brała dwa tygodnie urlopu, żeby umyć okna i zrobić weki, żeby dokładnie umyć podłogę, której czystej czy brudnej, tak jak jej samej, tak często nikt nie zauważał.

Patrzę na moją przyszłą teściową, która kocha mnie jak swoje dziecko, którą tak bardzo uszczęśliwia sprawianie mi przyjemności i bardzo się boję.

To nie jest tekst o mojej rodzinie, ale o strachu przed tym, co udało się nam dzisiaj nazwać. Baliśmy się dorosłości z obawy przed tym, że nie będzie już nas i naszych potrzeb, baliśmy się, bo kojarzyła się tylko z pracą, zaspokajaniem cudzych potrzeb i słowami naszych matek, które łamiącym się głosem opowiadają w sekrecie koleżankom w kuchni, że już chce im się rzygać i że nie mają siły, bo czują się przemęczone i niewidzialne. A przecież same nauczyły swoich bliskich, że wszystkiemu podołają same, przyzwyczaiły w ogóle nie mówić o tym, czego chciałyby i pragnęły one same.dla siebie, nie dla swoich dzieci.

Jeżeli mogę mieć jakiś plan dotyczący swojego macierzyństwa, to chciałabym, żeby mnie nie zjadło. Dziś dotarło do mnie, że jedyne, co mogę podarować swoim rodzicom, to fakt, że ja będę szczęśliwsza niż oni. I to najlepsze,co mogę dać Lenie- poczucie, że kiedy wyfrunie z gniazda zostawi mnie z poczuciem dumy, a ja świetnie zorganizuję sobie czas bez niej, przed snem myśląc, co też się jej dziś udało, a nie czy nie stała się jej krzywda.

Chciałabym mieć moc sprawczą wyposażyć swoje życie w magiczną moc NIE bania się życia. Akceptowania kolei losu i konsekwencji decyzji, bez ciągłego oglądania się  wstecz i oczekiwania na przyszłość. Chciałabym zakodować jej, że poza byciem jej matką, jestem autonomicznym tworem, który będzie szczęśliwą matką tylko, jeśli będzie szczęśliwym człowiekiem. Powtarzać, że jest dla mnie wartością nadrzędną, ale … na litość boską, nie jedyną. MArzy mi się opanować sztukę przemilczania wpojonych mi lęków, mówienia  

„idź spróbuj, wierzę, że ci się uda i będę strasznie dumna kiedy tak się stanie. A jeśli nie, to dumna, że odważyłaś się spróbować, bo Twoja babcia nigdy nie zdobyłaby się na taką odwagę. Gdybyś mnie potrzebowała, jestem! Jeśli nie, to znaczy, że mogę być dumna, że dobrze Cię wychowałam”

zamiast „po co, przecież to ryzykowne, złe, nieodpowiedzialne, zobaczysz, źle się skończy, ktoś cię skrzywdzi, pęknie mi serce, a ciebie bardzo zaboli”

***

Jedyny model macierzyństwa jaki znam, to obraz niewyspanej matki, która cały swój świat podporządkowuje dziecku -od wydania na świat po zastanawianiu się nad tym, czy ma co jeść, mimo, że ma już 30 lat.  Czeka mnie życiowe starcie. Z dogmatami, które kobiety w mojej rodzinie uważają za niepodważalne i wpisane w role matki, z próbami obrony swojej autonomii – nie po to 24 lata kształtowałam swój charakter, uczyłam się pasji, rozwijałam zainteresowania i eksperymentowałam, żeby wszystko to przekreślić, ewentualnie wspominać przed snem, a resztę życia podporządkować dziecku.

Czeka mnie wyzwanie polegające na wyrzuceniu ze słownika słów i zdań kluczy, które są jak wytrychy otwierające Puszkę Pandory. Chcę wyrzucić „poświęcić siebie”, „być komuś winnym coś za coś”, „definiować miłość jako oddawanie siebie w całości drugiej osobie i zaspokajaniu tylko jej potrzeb”.

Będę szukać niańki, serwować dziecku gotowe posiłki, bezczelnie włączać mu bajki w za dużej ilości, żeby raz na jakiś czas pomyśleć o sobie. Kultywować i czcić nieprasowanie, niemycie okien, zmywania podłogi wtedy, kiedy to konieczne, a nie kiedy wypada. Będę opowiadać swojemu dziecku o sobie sprzed ciąży, o tym, co robię i dlaczego, kiedy rysuje, ogląda telewizje albo śpi, żeby nauczyć ją, że jestem też człowiekiem, nie tylko matką.
A jeżeli za 24 lata okaże się, że wszystko co piękne i dobre, i na co czekam, to telefon od córki, to napluję sobie w brodę.

Do dziś myślałam, ze kobiety nie chcą zostać mamami, bo pragną kariery, niezależności, albo mają nieustabilizowaną sytuację materialną. Teraz wydaję mi się, że to wymówki. Po prostu łatwiej coś powiedzieć niż zrobić. Trudniej zostać mamą szczęśliwszą i spełnioną bardziej, niż swoja własna.

Wyzwanie życia – zostanie matką i pozostanie Radomską. Koniec bajki i bomba, kto nie trzyma kciuków, ten trąba.

____________

Moja mama robiła świetne weki, fantastycznie ogarniała dom i niczego mi nigdy nie zabrakło. Przykro mi tylko, że tak rzadko się uśmiechała i dawała sobie prawo do egoizmu tylko płacząc w kuchni, kiedy już spaliśmy, a rano tłumacząc się, że ma podkrążone oczy, bo po prostu kiepsko spała.