Świat pełen jest gówna, wojen i niegodziwości, każdego dnia opuszcza go masa niewinnych ludzi – oczywstość tego zdania jest ohydna, a spokój z jakim wypowiada się to oznajmujące zdanie, odrażający. Sytuacja w której na świecie dzieje się coś złego dostaje już z marszu etykietę ‚powszechnej’, ‚typowej’ i nieliczni tylko aktywnie wyrażają swój sprzeciw, robiąc coś, co nie jest tylko czymkolwiek. A teraz?

Padł argument o dzielącej nas odległości od miejsc, w których dzieje się źle- Ukraina jest przecież tak blisko nas, w centrum, ponoć, cywilizowanej Europy. Nie możemy powiedzieć, że nie zdajemy sobie sprawy, jak wtedy kiedy rzecz dotyczy cierpienia głodujących w Afryce, o którym niby wszyscy wiedzą, ale operują ogólnikami i frazesami bez treści – przezywaliśmy własną walkę o niepodległość całkiem niedawno temu i byliśmy obrzydliwie zaskoczeni obojętnością świata wobec tego, co działo się na naszym podwórku. Nikt z nas nie ma prawa powiedzieć, że nie ma pojęcia co się dzieje, bo informacje o dramatach  mających miejsce u naszych sąsiadów same wpychają nam się przed nos- mamy 2014 rok, a Internet i rozpowszechniane fakty czynią poczucie bycia fair bardzo trudnym. Świadomość i wiedza zamiast motorem do reakcji, pełni funkcje muchy w oku i kamyczka w bucie.

Brzydzę się nami.

Sobą, bo od ponad tygodnia, pochłonięta niemowlęciem, nie raczyłam nawet przez kilka sekund ‚wysilić się’ (!) i łaskawie się doinformować, dopóki przypadkiem nie znalazłam się przed włączonym telewizorem i poczułam jak krew odpływa mi z mózgu i tracę władzę nad nogami nie mogąc pojąć – jak to kurwa możliwe, że to, o czym czytałam na historii, co przez dzielący mnie mur z upływu czasu i ignorancji, pełniło dla mnie funkcję legendy, dzieje się na moich oczach. W podręcznikowych opisach autorzy sprawnie operują słowami: ofiara, bohater, walka. Znacznie słabiej przemawiają do wyobraźni pisząc o bólu, krwi, śmierci, a tymczasem to wszystko na raz, mam tu i teraz, w full HD, na wyciągnięcie ręki…

Wstyd mi, że zamiast skupić się na tym, że nic nie mogę zrobić koncentruję się wokół maniakalnego powtarzania w myślach mantry „żeby nigdy nic nie zagroziło wolności mojej córki”. Wstyd mi za sprawne wynajdowanie listy argumentów usprawiedliwiających moją niemoc.

Wstyd mi za ważniaków w garniturach, którzy na przemian, w różnych składach, miejscach i ładnych gabinetach głowią się, jak zbawić świat  i zostać bohaterem bez brudzenia rąk i wkurwienia Rosji.

Wstyd mi za wszystkich nas z rozleniwionymi dupami, przyzwyczajonymi do tego, że ‚akt pomagania i realne zaangażowanie’ to wysłanie sms’a charytatywnego, którzy uważają, że są wystarzająco i dobrzy i empatyczni, bo udostępnili filmik z apelem młodej Ukrainki i podzielili się ze znajomymi zdjęciami zwłok demonstrantów, chilę przed i po tym, jak dzielili się, jak ja, zdjęciem swojej mordy, dziecka, psa i butów. Wstyd mi,bo ja w tym czasie żyłam henną brwi i skupiałam się na tym jak uśpić córkę na dłużej niż kwadrans.

Wstyd mi za te wszystkie międzynarodowe organizacje, których nazw i skrótów uczyłam się w szkole wraz z informacjami o tym, kogo zrzeszają, ile mogą i jakie są potężne, które teraz udają niewidome i głuche, zwalają odpowiedzialność na te z dłuższą nazwą, radzą za zamkniętymi drzwiami, żeby nikt nie widział, że w sumie rozkładają z bezradności ręce.

Wstyd mi za to cholerne oczekiwanie, że jakiś mistyczny ktoś coś zrobi.

Wstyd za to, ze historia ciągle się powtarza, a zmienia się tylko to, że rejestrują to iPhon’y, a to, że świat jest chujowy możemy w wolnej chwili obczaić na youtubie.

Dziś się autentycznie brzydzę nami wszystkimi, a już najbardziej tymi, którzy wzruszają ramionami i twierdzą, że ich to nie dotyczy, kiedy oni sami lub ich rodzice umierali ze strachu i poczucia bezradności gdy świat i to,co się dzieje u nas, komentował dokładnie tak samo.

„…Wszystko, co ludzkie,
zawstydza mnie.
Naprawdę wole kamieniem być.
Kamienie nigdy nie śmieszą do łez. …”

Wycofanie’, Hey.