Jako dziewczynka, marzyłam o tym, żeby zostać aktorką. Wpieprzałam się we wszystkie przedstawienia. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że Ci którzy mnie wtedy znali, chodzili ze mną do szkoły, najzwyczajniej mną rzygali. Radomska narratorka, Radomska śnieżynka, Radomska w przedstawieniu o Aids, jasełkach, na 3 maja, z okazji śmierci papieża. Byłam Herą, królową, narratorem, owieczką, chochliczkiem- przyrodoniczkiem. Nigdy Maryją,bo w scenariuszu nie było miejsca dla pyzatej,zezowatej, raczej brzydkiej dziewczynki w grubych jak denka od coli szkłach.

Co roku brałam udział we wszystkich konkursach recytatorskich. Nie odważyłam się zdawać do filmówki, bo zeżarły mnie kompleksy. Bo pojęłam o co mi chodziło – tylko udając kogoś, kim nie byłam, mogłam czuć się pewnie. Bo jeżeli komuś się to nie podobało,zawsze mogłam powiedzieć, że to przecież nie ja, to tylko rola. Bycie kimś innym dodawało mi odwagi i wyposażało w poczucie winy. Wiem, że byłam żenująca, w wieku 12 lat recytując wiersze o złamanym sercu, mówiąc przez nos, pełna egzaltacji i westchnień. Po prostu dobrze mi było, kiedy nie byłam  sobą.

Wychowałam się w środowisku, gdzie życie zawsze musiało dawać po dupie, gdzie toczyło się od ślubów do pogrzebów. Praca musiała być ciężka i znienawidzona. Codzienność przytłaczająca. Wszystko inne – szare.

Wyprowadzka z domu sprawiła, że zaczęłam spotykać na swojej drodze ludzi, którzy żyli zupełnie inaczej. Głosili pięknie hasła o tym, że chcieć to móc, że życie jest  w moich rękach, że muszę chcieć i bardzo się starać. Dwa światy.

To było tak oczywiste, że aż niedorzeczne. Wracałam do rodzinnych stron i zastanawiałam się, dlaczego tam ludzie ciągle żyją za karę. Od pierwszego do pierwszego,  byle do piątku. Nigdzie nie wyjeżdżają, nie rozmawiają o niczym przyjemnym, a od rzeczywistości uciekają na ogródki działkowe, pijąc piwo i jedząc kełbasę z grila. Wierząc, że to szczyt ich możliwości.

I choć minęło już kilkanaście lat, nadal czuję się tak samo. Wciąż jestem Olą z Niewiadowa, która wie, że życie to dziwka. Spotykam jednak na swojej drodze ludzi, którzy święcie mnie przekonują, że tak nie musi być. I cyklicznie szkolę się w sztuce teleportacji.

Kiedy rozmawiam z kimś, kto przekonuje mnie, że mogę wszystko, że jestem młoda, inteligentna i zdolna, mam ochotę napluć mu w twarz i rozszarpać, walnąć w pysk na otrzeźwienie. Skoro mogę wszystko, to chyba wybieram akurat to,co nie najlepsze. I nie mogę się pogodzić z tym, że mój tata nie ma pojęcia, że może wszystko, że wie tylko, o tym, CO MUSI. Chciałam być małym mesjaszem i pokazywać ludziom, szukać dowodów, że ich prawda to bzdura. Sęk w tym, że bardziej niż to, jak wygląda ich życie, przerażały ich ewentualne zmiany. A ja nie miałam przecież ani jednego argumentu, żeby udowodnić, że nie mają racji.I nadal go nie mam.

Kiedy spotykam kogoś, kto przypomina mi osoby, wśród których dorastałam, kto narzeka, robi z siebie męczennika, Jezuska, który dziarsko, ciut teatralnie, dzierży swój krzyż, znów robię się agresywna. Bo jak jest tak strasznie, to po co to wszystko, kto kto cię zmusza, a próbowałeś inaczej? Żyjesz jak niewolnik z własnej woli, bo jesteś tchórzem, który nawet nie próbuje nic zmienić. Ale ja przcież nie mam ani jednego argumentu, żeby udowodnić, że nie mają racji.

I chyba pora pogodzić się z tym, że zawsze będę gdzieś pomiędzy.

Piszę o tym, bo kolejna próba znalezienia pracy kończy się chyba fiaskiem, z przyczyn niezależnych. Bo co prawda jestem młoda, wygadana i zdolna, ale przyczyny niezależne nie są tym zainteresowane. I za każdym razem, kiedy już szukam, najlepiej niewygodnych, drucianych szelek, które pomogą mi wyciągnąć z komórki mój krzyż i zestawu do biczowania, wydarza się jakieś małe alleluja.

Jak zaproszenie na przesłuchanie. Zaproszenie dla mnie. Oli Radomskiej, z Niewiadowa. Nikogo znikąd. bez pleców, fotogenicznej japy, taty w zarządzie. Na przesłuchanie do nowego programu. Bo jestem, ponoć taka wygadana, inteligentna i mam talent.

Nagrywam wszystko za pierwszym razem, chyba trochę zadziwiam Pana W., który ofiarowuje mi tą szansę. Ja jestem zdziwiona bardziej. Kiedyś marzyłam o pracy w radio, ale na pewno nie w TV, tam przecież bardziej obchodzi kogoś, jak wyglądasz, a nie, co masz do powiedzenia. Bo słucha się MP3, a nie przeciętnych Radomskich. Choćby nie wiem, jak błyskotliwych i wygadanych.

Kiedy cieszę się z pierdół, drugi świat krzyczy, że stać mnie na więcej, że powinnam walczyć, czekać, że ktoś doceni, zobaczy, wynagrodzi.

A kiedy zaczynam po cichutko wierzyć, że jednak mogę więcej, że nie potrzebuję kompromisów, że nie muszę ograniczać marzeń do remontu kuchni i kupna używanego golfa, że „jeżeli moje marzenia mnie nie przerażają to znaczy, że są za małe i za skromne”, słyszę – prr, nie zapomnij kim i skąd jesteś. Ciesz się, że w ogóle ktokolwiek zwrócił na Ciebie uwagę i dał Ci nadzieję na to, że da Ci szansę.

Milczę pokornie, bo ciągle nie mam zdania. Nie mam już pomysłu na to,co dalej.

Nie marzą mi się salony i bankiety, zeżarły by mnie kompleksy. Kto z resztą pozwoliłby na to, żebym hasała po wielkim świecie w rozklejających się butach i płaszczyku cholernie nie ciepłym, bo z wyprzedaży, których się nie wyrzeknę, bo zawsze będę Olą z Niewiadowa, którą boli serce jak ma wydać na coś więcej niż pięć dych.

Czasem jednak rola pokornej dziewusi z prowincji uwiera.

Miałabym ochotę krzyknąć do tych Wielkich i Ważnych: przestańcie mnie kurwa klepać po ramieniu i powtarzać, że jestem ekstra i jeszcze wszystko się odwróci, bo Wy macie możliwość, żeby sprawdzić, czy to prawda,bo wasze słowa brzmią jak  żałosne „WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI IMIENIN” – frustruje, nic nie wnosi, niczego nie zmienia. A do mniejszych i umęczonych: Mi też jest ciężko, ale najciężej jest mi zrozumieć, dlaczego ma być mi trudniej i gorzej od tych, którzy tak jak ja, mają ręce dwie, nogi, jakiś talent i którym coś się udaje. I nikogo nie udają.

A może nie widzę przez tą zimę, przecież ciągle parują mi szkła.

Ta zima kiedyś musi minąć, a ja dowiem się, gdzie moje miejsce. Gdziekolwiek się nie znajdę, nie chcę się zmieniać. Bo tylko to, że mam wątpliwość, że stoję w rozkroku sprawia, że stawiam kroki mocno wbijając podeszwy w ziemię. Mam zdarte fleki i rosnące przekonanie, że dopóki nie gram, nie udaję, los rzuci mnie tam, gdzie moje miejsce.A,z racji natury mojej i wątpliwości ciągle będę kminić – dlaczego, po co, czemu tak mało lub aż tyle i próbować inaczej, gdzie indziej, mocniej, więcej.

To,co stałe w moim życiu to ciągłe zmiany.

Może ty mi powiesz, jak to jest – chcieć to móc, czy lepiej niczego nie oczekiwać, żeby nie przegapić niespodziewanego i nie cierpieć z powodu tego, co tak naprawdę nigdy miało się nie zdarzyć?

I co dalej?