Jako, że content z Leną zdecydowanie mocno przypada Wam do gustu, postanowiłam podzielić się na łamach bloga historią na faktach do której pragnę wrócić, kiedy Lena wyruszy ku samodzielności, by mniej wyć, a szybciej zamknąć drzwi. O tym, jak zostałam menelem.

Na moment wróćmy do ckliwych historii o jej gaworzeniu i…  Już. To przeszłość. Za moment szefowa ma 5 lat, składa puzzle rzeczywistości w całość zgodnie z przyjętą i bronioną, jak ostatnia żelka, interpretacji. Retrospekcja nie będzie tak odległa, wystarczy, że cofniecie się ze mną do 24 czerwca.

Wówczas do matki Radomskiej, od około 7 rano docierały dwie informacje: 1)  że pospane, 2) że to, co mówią o mieszaniu trunków to prawda. Nic nie mam na swoje usprawiedliwienie, no może tyle, że świętowałam urodziny, mnóstwo osób pragnęło wznieść moje zdrowie, a ja jestem kulturalna i towarzyska  dziewczyna. No i samiuśka Nosowska Katarzyna oznajmiła, że mnie zna, kojarzy, podgląda i – ośmielę się dodać sama -lubi! Mam nawet spersonalizowaną dedykację od niej w książce do której tulę się w chwilach zwątpienia.

Niemniej jednak niedziela była jedną z tych mrocznych. Nie żebym była szczególną amatorką napojów woskowych. Ot, lubię siorbnąć nieco cydru lub wina przed snem, co by się wdzięcznie ukołysać, ale bez szaleństw. Tymczasem… Apogeum stanu nastąpiło w okolicach 13 i już wiedziałam, że zapłacę, pozwolę się wykąpać w chrupkach, włączę każdą bajkę w każdym języku,byleby dziecko dało mi spokojnie skonać i raz na zawsze zinternalizować zasadę: nie mieszaj, Pipo.

Rodzina bardzo wspierała mnie w powrocie do formy komentarzami w stylu: „wczoraj z koleżanką to się mamo śmiałaś, a dzisiaj to byś tylko leżała”. Jako, że mąż cisnął ze mnie łacha bez litości, pedagogicznie, niczym domorosły Korczak tłumacząc dziecku: tak wygląda człowiek, gdy przesadzi z alkoholem. Nie pozostało mi nic innego, jak szczerość, tyle się o tym mówi w poradnikach, więc wykrzesałam łzawą historię o tym, że mama popełniła błąd i już doskonale rozumie i że będzie ostrożna, ale dziś potrzebuje wsparcia. Naiwnie myślałam, że siadło i znów zdobywam punkty w rodzicielstwie bliskości, które lada moment wymienię na garnki. JEDNAK NIE. Skąd to mogłam wiedzieć wtedy, kiedy byłam pochłonięta podróżą z Mickiewiczem na stepy akermańskie i wiatr mi tak w uszach dudnił, że łeb chciał rozsadzić? 4 dni później wyszło albo latanie w deszczu, albo wirus sprzedany mi przez Lenę, albo starość. Dostałam gorączki i takie rzeczy dzieją się po to, by pojąć – kac nie jest najgorszy, przed nim mają przynajmniej miejsce miłe rzeczy!!!

Mąż ma zaplanowany wyjazd z nocowaniem, ja jestem zbyt dumna, by prosić o pomoc, wychlałam opakowanie leków i mówię „prześpię się, wypocę”. 12 godzin później okazało się, że nie mam już 18 lat i bolało mnie to tak bardzo, jak gardło i mięśnie. Zatem, w ostatni dzień czynnego przedszkola, mimo niedawno przebytej przez Lenona infekcji, wyżebrałam, głównie bazując na wizerunku rozmemłanego gałgana, by dziecko jednak na te ostatnie siedem godzin sprzedać, bo ja popołudniu na bank zamienię się w łabędzia i rozkwitnę.Lena w czasie pertraktacji podeszła do mnie i spojrzała od dołu na moją szyję brodę (kto zrobił sobie kiedyś przypadkiem selfie z tej perspektywy ten wie -że widok mógłby być lepszy). I rzekła:

-Od czego Ci się to zrobiło? Pewnie od alkoholu?
-Nie córciu, to po prostu szyja, która od dołu wygląda jak podgardle wieprza…
-Nie… ostatnio też takie miałaś. Po alkoholu. Trudno, pójdę do przedszkola i opowiem cioci Martynce, że musi się mną zająć, bo mama jest chora, bo pije…

KURTYNA. 

Powoli odzieram dziecko ze złudzeń, że jestem najfajniejsza na świecie. Ona siebie trochę też!!!!11

Przebijecie tą historię? Biorę popcorn!!! Jazda!! Rodzicielstwo to nadal mój ulubiony sport ekstremalny…