Ponoć moja opiniotwórcza rola rośnie, ponoć istnieje spora grupa osób, która liczy się z moim zdaniem, albo przynajmniej lubi sposób w jaki je wyrażam. Pozwalam sobie wykorzystać ową właściwość, bo coś mi siedzi na nadnerczach, sprawia, że w oczy mocz szczypie i przymknąć je muszę z bezradności na widok domorosłych mędrców i proroków. Zatem wykorzystam swoją, ponoć tak uprzywilejowaną, docenianą w  rankingach pozycję, od której wolę spacer z psem i pomidora z cebulą, i powiem Ci – naucz się nie słuchać innych.

Nie przeżyłam nawet 30 lat, po cichu, co boję się przyznać, uważam każdy kolejny rok przeżyty w tym zacnym kraju, za coraz bardziej na karkołomny i ryzykowny. ale Po raz kolejny przekonałam się, że nie warto snuć planów, że marzenia są dla leniwych, którzy czekają na gwiazdkę z nieba, że wypatrując na horyzoncie cudów, można się potknąć i wyrżnąć mordą o chodnik, tu i teraz.

Przeczytałam ostatnio kilka mądrych tekstów o tym, jacy są ludzie z mojego pokolenia. Ponoć rodzice wychowywali mnie w duchu i przekonań o niezależności, o tym, że chcieć to móc, że jestem panią swojego losu, więc owy los mi sprzyja, bo przecież jest mój, więc jakże mógłby inaczej. Ponoć ruszyłam w świat z większą, niż ktokolwiek z wcześniejszych pokoleń. I ponoć jak żadna inna dowiaduję się właśnie od świata, ludzi i z telewizji, że wszyscy mnie okłamali.

Jako, że jesteśmy w trakcie gorącego sezonu grillowo-maturalnego, autorytety, wieszcze, jasnowidzący, mędrcy w końcu mogą znów zagrzmieć z ambon, wieców i chodników, zaapelować do młodzieży. A ja mam dość.

Dośc słuchania o tym, co zaważy na Twojej i mojej przyszłości, jakim być żeby było mi w życiu lepiej i co zrobić, żeby byc  obrzydliwie bogatym. ja wiem, serduszko boli, rodzicom wychowanym w PRL wydawało się, że skoro nadeszła nowa epoka, to z założenia lepsza, łatwiejsza, że wystarczy nam papier uczelni i pewność siebie, a my zawojujemy świat i zdobędziemy szczyty oraz zdolność kredytową. A tymczasem historia znów nam pokazuje, że nowe oznacza co najwyżej INNE, a nie lepsze.

Nie będę pisać tutaj jaki jesteś, co powinnaś, nie będę dawać Ci życiowych rad, bo nie jestem nikim, kto powinien mieć prawo wpływania na jakiekolwiek Twoje decyzje, no chyba, że pójdziemy na pizzę. Życie pokazało mi, że Ci, którzy chcieli dla mnie jak najlepiej, szukali metody na zrekompensowanie sobie  własnych braków, utracone szanse. Niestety operowali frazesami, które zawsze weryfikowało życie. Niekoniecznie na moją korzyść.Uczę wciąż gwizdać na to,co zbędne i pozbawione mojego wpływu, nauczyłam się mieć priorytety. Zasmakowałam w kompleksach, by już nimi rzygać i trzymać na smyczy tak mocno, aby niczego mi już nie przyćmiły i nie sprawiły, że bardzie uwierzę innym i w innych, niż sobie.

Moim skromnym zdaniem, z którym nie musisz się zgadzać, nie chodzi w życiu oto, aby ignorować fakty i wydarzenia uznawane przez innych za ważne. Celem powinno być jednak nie osiągnięcie tego, co ktoś mi wyznaczył  („powinnaś rozpykać maturę i pójść na prawo, po studiach powinnaś mieć świetną pracę, powinnaś schudnąć 10 kg przestać zmieniać zdanie..”.), a życie w zgodzie ze sobą.

Gdybym posłuchała w swoim życiu wszystkich tych, którzy chcieli dla mnie dobrze, (choć sobie niekoniecznie  pomóc potrafili), to albo mieszkałabym wciąż z rodzicami, miała za sobą przypadkowe studiach, w wolnych chwilach narzekałabym na ławce na Tuska i NFZ albo poszłabym jakimś cudem na Polibudę, na jakieś 15 lat, a potem za pomocą jeszcze większego cudu, zarabiała kupę kasy. Kasę przepuszczałabym na rekompensowanie sobie przymusu pracowania w miejscu w którym nienawidzę i robienia czegoś, do czego się nie nadaję.

A popatrz. Nie jestem ani ładniejsza, ani mądrzejsza.  Nie mam kupy kasy i wybitnej pracy, ale mogę powiedzieć, że każda decyzja, jaką podjęłam była moja, nie mam prawa nikogo obwiniać za swoje błędy, doskonale wiem, komu dziękować za wszystko,co osiągnęłam.

Mam jednak tą frajdę  zaszczyt i przyjemność żyć jak chcę. I nigdy nie miałam planu. pracowałam w kilku, może nawet kilkunastu miejscach i nawet jeśli robiłam coś, czego nienawidzę, to uczyłam się szacunku do tej pracy i wbijałam sobie do łba, że to tylko jakiś punkt mojej podróży, a nie stacja docelowa.

Gdyby ziściły się proroctwa dotyczące mojej osoby, to szczytem marzeń mojej babci byłoby moje zamążpójście. Albo też, w wyniku kilku wizyt na którejś stronie jakiejś gazety, w lokalnej, lub nielokalnej, TV – powinnam być znana, robić karierę, żeby starzy znajomi, którzy szydzili ze mnie lata temu, mogli pod sklepem na piwie powiedzieć, że znają Panią z telewizji.

Nic takiego się nie dzieje, ja to nadal ja. Fakt, że mam stałą pracę, nie jest efektem wieloletnich starań. Ot, nie wierzę w przypadki i nawet jeśli dzieję się coś, czego za cholerę nie ogarniam swoim radomskim rozumkiem to wiem, że muszę odczekać, bo najbardziej skomplikowane układanki nabierają sensu tylko, kiedy patrzy się na nie z odpowiedniej perspektywy.

O co mi chodzi? O to, żeby ludzie  przestali sobie doradzać. Nic tak nie unieszczęśliwia bez powodu, jak poczucie rozdarcia pomiędzy tym, czego sami chcemy, a czego oczekiwaliby inni. o to, że każda opowieść jest czyjaś, co oznacza, że wcale nie musi byc Twoja. Możesz być szczęśliwym kloszardem, albo sfrustrowanym mecenasem w fajnej furze. Możesz być ekstra albo chociaż wystarczająco dobrym rodzicem, chociaż wszyscy Ci powtarzali, że się nie nadajesz, możesz nie mieć dzieci, jeśli nie chcesz, nawet jeśli inni wkręcają ci, że to życiowy cud. Możesz wszystko, ale na poziomie podejmowania decyzji. Zabawa polega na tym, że nic ani nikt, nie zapewni Ci spełnienia marzenia czy zrealizowania planu.

Dlatego mówię Ci stary, nieważne dokąd zmierzasz, i tak trafisz gdzie indziej, albo twój cel podrózy będzie daleki od oczekiwań (niekoniecznie gorszy).Ważne jak i którędy idziesz. Dziś możesz być pewnym  siebie madafaką  i maratończykiem, a jutro stracić nogę.

I nie oszukujmy się, z dużą dozą prawdopodobieństwa ani ty ani ja nie osiągniemy spektakularnych sukcesów. Każdy chce być znany,bogaty sławny, zostać aktorem i piosenkarką,nikt nie marzy o pracy w rybnym.

Ot, w zyciu bardziej niż wybujałe ego, przydałaby się nam zwyczajna pokora. Dziś mam to,co kocham, dzięki swojej pracy, ale cholera jasna, dzięki paru zbiegom okoliczności, decyzjom, których efektów nie mogłam przewidzieć. Dziś mam, ale jutro mogę wylądować w rybnym. I co? I pstro.

Ostatecznie światu bardziej przyda się urocza ekspedientka waląca rybami, aniżeli kolejna piosenkarka, nie?

„IT DOESN’T MATTER WHAT U CREATE IF U HAVE NO FUN!”

______________________________

Tyle jeśli chodzi o odreagowanie frustracji. Nowy tekst, chyba nawet zaskakujący, w poniedziałek, najpóźniej, wtorek. Ciao.

P.S. Znajdź na fb: Mam wątpliwość