W ciągu doby nie spędzamy razem może godziny, jeśli skumuluję wszystkie wyjścia do toalety i spacery z psem. Ja- człowiek wpadający niegdyś w furię, kiedy ktoś zaplanował mu dzień bez uprzedzenia lub za często dzwonił, dziś z mniejszą lub większą pokorą, uzależniona od uzależnionego od siebie niemowlęcia.

24 godziny, 7 dni w tygodniu. Od bladego świtu, bez przerwy, bo nawet po zaśnięciu muszę być w zasięgu krótkiej kończyny Lentola. Ja, Radomska, człowiek, który kiedyś mógł się nie budzić, dziś uważam, że najpiękniejsze rzeczy dzieją się o 6 nad ranem, bo Lentoś budzi się rumiana jak sołtys po imieninach i przez bite dwie godziny suszy dumna dwie dostojne jedynki krztusząc się własną śliną z radości. Ja, która oczekiwała od życia ciągle czegoś więcej i karmiła się frustracjami, bo piękne marzenia zawsze  były niemożliwe do zrealizowania, bo chcieć to nie móc, bo… Wpadam w euforię nad przewijakiem z 5 razy dziennie.

Ja, która potrzebowała ciszy spokoju, samotności, prywatności, zagryzam zęby, kiedy nie mogę wyjść do toalety, pielęgnując w sobie dumę z faktu, że jestem komuś niezbędna.Zmęczona całodobowym dyżurem bez możliwości wyjścia z domu na dłużej niż 2 godziny, stwierdzam, że…

Jeszcze fajniejsze od poranków są wieczory, choć Lenon wraca do bycia moją hubą drzewną czy innym bardziej natrętnym pasożytem i nie pozwala na spokojny prysznic, a mi się zdarza pod nosem powiedzieć coś brzydkiego do czego się nie przyznam, bo przecież nie jestem, kurwa mac, wulgarna. Mimo to kocham ten rytuał. Jej histerie, kiedy ktoś próbuje ją uspokoić, moment  w którym nagle przestaje, bo wchodzę. Bo wtedy nie liczy się nic więcej. Tylko ona, ja. No dobra, jeszcze cycek.

Leżymy wtulone wzdłuż siebie, Lenon ssie jakby nie jadła tydzień i nie widziała mnie z godzinę. Rękami, niezdarnie, wwierca mi się w brzuch, wydłubuje oko, zaplątuje w stanik. Uspokaja się dopiero, kiedy przylgnie całą powierzchnią ciała, dopiero wtedy jej oddech zwalnia, ruchy stają się bardziej flegmatyczne. Zasypia wtulona w piersi, przytrzymując ręką rękaw piżamy, żebym przypadkiem sobie nie myślała, że mogę odejść,tylko dlatego, że usnęła. Patrzę na nią jeszcze długo po tym, jak zaśnie i miliard razy całuję w czoło. Potem próbuję odsapnąć i zrobić coś dla siebie.

Ale jeżeli nie jestem blisko dłużej niż kwadrans, Lenka się budzi i w panice zaczyna mnie szukać. Rozgląda się nerwowo, coraz bardziej przerażona i niezdarnie próbuje złapać mnie machając rękami. Przekręca się półprzytomna na brzuch i kiedy nie ma mnie obok, żeby ją odwrócić, nazwać Głuptasem,  powiedzieć, że przecież jestem i będę, nawet jeśli wyjadę lub umrę to nigdy nie będzie musiała się bać, bo będę czuwać choćby z kosmosu, to kończy się aferą i awanturą.A ta  kończy jak tylko się zjawię, powiem, że nie odeszłam i pocałuję w czoło.

Ona staje się coraz bardziej mobilna. Jara się własnymi rękami, papierem do pieczenia, plastikową butelką. Podnosi pupę i ręcę do raczkowania na przemian, lada moment nauczy się jednocześnie i pójdzie w świat, a przynajmniej pod łóżko. Potrafi ją zająć mata, huśtawka, bajka, kiedy jest w obcym miejscu z wrażenia potrafi zastygnąć na godzinę i raczyć posadzkę wyciekającą z wykrzywionej w zdziwieniu japki śliną.  Bawi się z dziadkiem, szaleje z tatą, babcia umie ją już uspokoić.

Ale kiedy zasypia, wtulona, wplątana we mnie, sprawdzająca co kwadrans po zaśnięciu, czy na pewno jestem to… ta  świadomość, że jestem niezbędna i niezastąpiona i że będę z czasem niezbędna i niezastąpiona w coraz mniejszym stopniu, bije na łeb całe zmęczenie, zniecierpliwienie i złość.

A Wasze ulubione momenty to..? Czekam na Komentarze.

I czekam Na Fb: Radomskie Macierzyństwo