Ktoś kiedyś powiedział mi, ze naprawdę mądrych książek jest mało, reszta tylko powiela schematy albo nie dorasta im do pięt. Po lekturze „Zorkowni” Agnieszki Kalugi doskonale rozumiem, co miał na myśli.

„gdy głaszczę ją po głowie, jest onieśmielona, ale przymyka oczy i zwraca się w moją stronę.
Dotyk to jedyny sposób na bezradność”

Zorkownia 

„Zorkownia” jest blogiem Agi przeniesionym na papier,dzięki czemu posty dodawane z rozwagą, w nieregularnych odstępach czasu, układają się w spójną, ciągłą, literacką opowieść, w której czas nabiera zupełnie innego wymiaru i o wiele wyraźniej widać, że jest go boleśnie zbyt mało. To opowieść bez początku i końca, bo stanowiąca zaledwie wycinek z osi czasu zdarzeń, jaki rejestruje sama Aga, jaki w ogóle ma miejsce w okrutnym kalejdoskopie tego aspektu życia, którego dotyka, a który my najchętniej wyparlibyśmy ze swojej świadomości – zwanego umownie i  zdawkowo umieraniem.

***

Książkę czytałam bardzo długo, czas jaki potrzebowałam na przetrawienie każdej z przytoczonych historii był odwrotnie proporcjonalny do ilości słów, jakich autorka użyła do ich opowiedzenia. Agnieszka posiada wybitną zdolność do malowania okrutnie barwnych, odbierających mowę, obrazów, które wrzynają się w głowę czytelnika i nie pozwalają mu spokojnie usnąć i z przypisaną naszej kulturze, beztroską, nastawieniem na konsumpcję, blichtr, łatwo dostępną przyjemność, wrócić do  typowego dla niego, czyli pozbawionej głębszej refleksji, egzystencji.

„Jedno spojrzenie i wszystko jasne.
Pochylam się, patrzę w oczy.
-Ciężki dzień.
-Bardzo.
Oczy Jadwigi w roztopach. Sól i woda.”

Zorkownia 

Nie znam nikogo, na kim lektura „Zorkowni” nie zrobiła piorunującego wrażenia. W recenzjach, które miałam okazję czytać, wrażliwi czytelnicy wznoszą pomniki słowne ku czci autorki i podziwiają ją za odwagę i ciepło, rozwagę z jaką potrafi opisać nawet najbardziej dramatyczną scenę. Koneserzy literatury rozpływają się nad językiem, talentem i kunsztem, zwracając uwagę na fakt, iż książka nie tylko dotyka tematów spychanych w naszej codzienności na margines, ale także robi to w literacko znakomitym stylu. Pełen „Zachwyt” i „euforię” nad książką powstrzymuje jedynie świadomość, że wszystko,co w niej opisane, wydarzyło się naprawdę, choć bohaterowie występują czasem ze zmienionymi imionami, wiekiem, płcią. Po lekturze nie możesz po prostu odłożyć książki, westchnąć z uznaniem nad wykreowanym w jej świecie. Spokoju nie da Ci świadomość, że (udajesz, że…?) to, co w niej opisane nie wyposaża czytelnika w tak wygodną świadomość zapoznawania się z fikcją literacką. Choć nie sposób nie przyznać, że takich scenariuszy nie powstydziłby się najbrutalniejszy scenarzysta.

Co myślę ja?

Pod wszelkimi zachwytami podpisuję są dłońmi i rękoma. Słowa „podziw” w odniesieniu do Zorki nie użyję, bo wiem, że go nie znosi – niech jego, produktywniejszym synonimem będzie milcząca, ogromna pokora oraz wdzięczność (i strach o to) za to,co mam. Żeby w pełni móc uzewnętrznić refleksje, jakie wzbudziła we mnie „Zorkownia” postanowiłam podzielić się nimi dwukrotnie- tu, starając się odrzeć refleksje z targających mną emocji, na drugim blogu- pisząc o tym, co prywatnie i zupełnie osobiście ta książka mi dała.

***

Są osoby, które nigdy nie powinny po książkę Agnieszki sięgnąć, choć naiwność szepce mi,że powinnam kazać ją przeczytać wszystkim. Po prostu wiem, że dla wielu lektura ta mogłaby okazać się zbyt ciężkostrawna i azymut z wartości życia i celebrowania chwil zostałby przez przestraszonego czytelnika przekierowany w stronę paraliżującego strachu przed końcem. A ostatnie czego chyba życzyłaby sobie autorka to wzbudzać lęk przed końcem, ona swoim dziennikiem skłania ku temu, by się z nim na tyle, na ile to możliwe, godnie (z)mierzyć.

***

Książkę czytałam jako wolontariuszka dziecięcej onkologii w stanie spoczynku, w czasie przerwy od wykonywania zadań z tym związanych i jako mama malutkiego dziecka. Te dwa stanowiska ścierają się ze sobą, tu chcę dopuścić do głosu to pierwsze.

Moje doświadczenia niewiele mają wspólnego z tymi, które opisuje Agnieszka. Choć byłam bywalcem krainy, gdzie króluje strach, a małe łyse główki zatroskane są rozważaniami, czy wrócą do domu, choć jednej z nich towarzyszyłam w trudnym, bolesnym, ale i cholernie ważnym procesie odchodzenia, to moje, i działania innych wolontariuszy, są i były tam nakierowane na przywracanie dzieciaków światu żywych, aktywnych i beztroskich – na spełnianiu ich marzeń, pragnień i wypełnianiu ich czasu codziennymi aktywnościami, które mają im pozwolić zapomnieć na chwilę o trudach choroby. Najczęściej bez trudnych rozważań o ewentualnym końcu, bo nieświadome, dziecięcej umysły są często, na szczęście (bo to ułatwia znacznie pracę wolontariusza) ich pozbawione. W przypadku „Zorkowni” i opisanej tam codzienności, z jaką styka się wolontariusz hospicyjny, jest inaczej – nieuchronny, bolesny koniec jest wpisany w każdą nowo zawartą znajomość. Nim, jako czytelnik zdążysz kogoś polubić, znienawidzić, zacząć współczuć, dowiadujesz się, że już za późno, że już go nie ma. A jedyne, co po nim pozostało, to wspomnienia osób mu bliskich, których nie znasz i tych kilka, brutalnie pięknych, utrwalonych najpierw na blogu, a teraz na papierze, słów. Wybitnego kronikarza (nie)zapomnianych.

Książka jest wartością samą w sobie i jestem przekonana, że zachwyty na jej temat nigdy nie ucichną, a jedynie utrwalą się w świadomości czytelników i wieść o tym, że warto ją przeczytać, będzie nieść się coraz szerszym i głośniejszym echem. Dlaczego warto, przekonaj się sam, pozwól sobie na moment opuścić swój wygodny, pozbawiony większych trosk świat/ wróć pamięcią do trudnych doświadczeń związanych z odchodzeniem kogoś bliskiego i wyrób sobie własną opinię.

„Patrzę na was, na nas.

Oddychamy miarowo i jest w tym pełno bezwiednej 
miłości. Nasze czoła gładzone tysiąckrotnie przez mamę,
starannie opatrzone niegdyś kolano,
brzuch dotykany z czułością i troską,
delikatnie całowane usta. Jesteśmy kochani.

Wtedy.
Tu, teraz.
Potem.”
Zorkownia 

Według mnie książka jest kamieniem milowym, który pozwoli odczarować także niedocenianą pracę wolontariuszy, a także zwrócić uwagę,że mimo, iż są takimi samymi ludźmi jak my, nie uciekają w popłochu przed trudnymi tematami, nie sprowadzają życia do przyjemności i nie udają, że koniec jest wymysłem poetów albo błędem w życiowym scenariuszu.

Jeżeli ujrzysz w tej książce i wyniesiesz z jej lektury tylko obrazy cierpienia, to według mnie, to nie lektura dla Ciebie. Cierpienie nie jest w niej literacko eksponowane, a (brutalnie) po prostu w opisywanej, hospicyjnej rzeczywistości, gra pierwsze skrzypce. Jeżeli wytrąci Cię z bezpiecznego poczucia równowagi i skłoni do głębszej refleksji nad sobą to… Niepotrzebnie gdybam, wiem, że tak będzie. Co dalej, przekonasz się sam.

Ja musiałam robić częste przerwy, aby opowiedzieć i dopowiedzieć sobie wiele z historii, aby stłumić strach i docenić oraz ucałować swoją śpiącą córeczkę. I zatęskniłam za wolontariatem, bo dzięki Agnieszce wiem, że jest tym, co powinnam w życiu robić. Chcę robić, co mogę, póki nie pęknie mi serce (parafraza fragmentu.)

Skądinąd każdorazowe „podziwiam cię” wprawia mnie  w głęboki smutek. W podziwie przecież tak wiele zdziwienia, dziwości, tak wiele egzotyki. 
Spora też odległość”

Zorkownia 

O samej autorce nie chcę pisać zbyt wiele na forum, bo wiem, że tego nie lubi i nie chce swoją osobą odwracać uwagi od Bohaterów, których losy opisała, że kuli się pod ciężarem słów uznania, że szacunek ją peszy, a podziw przytłacza, bo nie może zrozumieć, z wciąż nieco dziecięcą naiwnością, że świat tak bardzo boi się i ucieka od zagadnień tak boleśnie oczywistych i wpisanych w biografię każdego z nas. Mam to szczęście, że znam ją osobiście. A kto w życiu cierpi na deficyt osób mądrych i dobrych, ten tęskni za Zorkami.

Tu pragnę jej po prostu jej podziękować. Nie za to, co robi dla innych – wdzięczność okazują jej pacjenci. Nie za to, na co się odważa- bo sama wyznacza sobie cele i granice i ja nie mam prawa, stojąc z boku, próbować zrozumieć i odnosić do skali swoich możliwości wyzwań z jakimi się mierzy,czy sensu walk, jakie w sobie stacza i patrząc przez pryzmat „ja” wskazywać palcem i próbować mierzyć własną miarą.

Za to, że  mimo, że tak dużo już o brutalności życia wie, tak wiele widziała, tak mnóstwo wzięła na swoje barki, nadal jest po prostu cudnym i ciepłym człowiekiem, który potrafi swoje osobiste doświadczenia wykorzystać w sposób najlepszy z możliwych. Dla wielu niemożliwych.  Ocala historię i obdarza szacunkiem tych, którzy w naszej świadomości są jedynie bezosobową częścią statystyk dotyczących zachorowalności na określone jednostki chorobowe, których umieranie i choroba pozbawia często  szacunku innych i… samych siebie.  Aga wyrasta przed nami jak mur,na naszej drodze prowadzącej ku radosnemu wypieraniu i zapominaniu.

Po kilku godzinach towarzyszę małemu w przedszkolnym festynie.
Patrzę, jak dzieci chlapią się wodą, biegają umorusane na bosaka. Chłonę ich radość i czuję przeogromne szczęście, że mogę na to patrzeć wolna od zwierzęcego bólu- akurat tu i teraz. Nie wiem, ile to potrwa.
Mam obowiązek WIDZIEĆ rzeczy, smakować rzeczy, cieszyć się nimi.
Bo jestem.
Póki jestem.”

Zorkownia 

Sprawia,że doceniam jakie cholerne mam w życiu szczęście i uczy, jak je docenić tak, by wystarczyło na zapas. Na czasy, które niestety bez wątpienia nadejdą i w którym go zabraknie.
___________________________

 

Książkę możesz zakupić klikając w poniższy link. To będą jedne z najlepiej rozdysponowanych przez Ciebie pieniędzy. Nie wpłyną na stan Twojego konta, ale z pewnością podważą fundamenty dotychczasowej samoświadomości.

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,4351,Zorkownia

Z czystym sumieniem i bardzo gorąco – rekomenduję i polecam. Na, recenzję zupełnie inną, osobistą, zaproszę wkrótce na www.radomskiemacierzynstwo.blog.pl