Droga Maju!

Pozwolę sobie pisać na „Ty”, bo sprawiasz wrażenie równej babki, które naprawdę mnie przekonuje. No i jesteśmy prawie rówieśnicami. Mimochodem i niecelowo podglądam Twoje poczyniania życiowo – artystyczne. A to zobaczę Cię, jak śpiewasz przebrana, a to przeczytam, że dołączyłaś do zacnego grona blogerów, a to, że jesteś w ciąży. Ostatnio natrafiłam na Ciebie w porannej telewizji, gdzie dzieliłaś się swoimi spostrzeżeniami na temat aktywności fizycznej w ciąży.

I mniejsza, jakie jest moje zdanie, na temat stylu życia celebrytów. Nie mój świat, nie znam się, widzę tylko to, co zechce obrzydliwie skomentować Pudelek, zakładam optymistycznie, że niegłupia i zadziorna z Ciebie baba. I tak jakoś, wzbudzasz moją sympatię.  I piszę z troski, uwierz.

Na podstawie Twoich własnych słów zakładam, że ciąża była dla Ciebie zaskoczeniem. W życiu niezależnej baby, która lubi decydować o sobie, nieprzewidywalne sytuacje potrafią wytrącić z równowagi, szczególnie, kiedy nie jest się tak pewnym siebie i odważnym, jak człowiek próbuje być i przekonywać o tym innych. Nie będę sadzić kocopołów, że będzie cudownie, a mała istota przysłoni, przynajmniej na jakiś czas, cały Twój świat. Będzie absolutnie różnie i przysłoni, ale jak dobrze to rozegrasz, to serio, zrobi Ci to dobrze. Choć teraz ta wizja wzbudza adrenalinę mieszaną z przerażeniem, chyba, że na siłę oddalasz od siebie wizję tego, co się będzie działo.

Wiem, że lubisz wbijać kij w mrowisko i być trochę niegrzeczna. Pokazywać tłumowi lub grupkom, że wcale nie jesteś taka, jak powinnaś albo jak się może wydawać. Tylko wiesz co? Po prostu trochę szkoda czasu. Twojego, bo inni zawsze znajdą chwilę, żeby podglądać ludzi z innego świata.

Piszesz o dotykaniu brzucha i o tym, jakie to opresyjne. Nie jestem w stanie uwierzyć, że ktokolwiek, kto zna Ciebie choć trochę, serio wyciągał łapy, żeby pomacać dziecko przez powłoki brzuszne. Bałby się. A poza tym ten problem jest naprawdę błahy – można komuś na to pozwolić lub nie i wrócić do swoich, ważniejszych spraw. Nie odwracać od nich swojej uwagi na siłę. Mówisz, że Twoje ciało jest Twoje, lubisz to, że było atrakcyjne i takie ma pozostać. A mi się właśnie wydaje, że chyba z tym lubieniem to u Ciebie nie do końca tak gra i śpiewa. Bo jak się siebie lubi, to się robi to po prostu, nie za coś, nie dzięki litrom wylanego potu i widocznemu kaloryferowi.Unikasz pewnie jak ognia wszystkich jednostek, głupich i mądrych, które pchają się do Ciebie z radami, co prowokujesz paradoksalnie sama, wystawiając swoje poczynania na widok publiczny. Dobrze wiesz, że wzbudzą kontrowersję, a potem dziwisz się, że borykanie się z komentarzami innych jest męczące.

Jeśli Twój lekarz wyraził zgodę, a Ty czujesz się z tym ok – to ćwicz. Biegaj i poć się. Gdzieś w moim Radomskim łbie zapala się czerwona lampka, powstaje pytanie, ile w tym radości, ile niezależności, a ile obawy o utratę kontroli nad swoim ciałem i życiem. Wszystko jest dobrze dopóki… jest dobrze, jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało. Dopóki nikt nie robi sobie ani komuś krzywdy. A ja zwyczajnie się martwię, o Ciebie i o te, dla których Twoja postawa jest sugestią na temat tego, co powinny.

Sytuacja nas, bab, jest cholernie opresyjna. Musimy być multi zadaniowe, seksowne, niezależne. Z jajami, ale nadal kobiece. Ciężko temu sprostać. Ciąży nad nami masa wkodowanych wymogów, widać to wówczas, kiedy spuszczamy się ze smyczy. Myślę sobie właśnie, że dlatego tak duża część z nas wykorzystuje okres ciąży na obżeranie się twierdząc, że kiedy jak nie wówczas, że w końcu im wolno. „Wolno”, jakby ktokolwiek kiedykolwiek otwarcie tego zabronił. Niby nie zabronił, a jednak wiadomo, że jest „zakazane”.

Macierzyństwo to jest mamy rozpierdziel emocjonalny, roller-coaster i sinusoida, którą już pewnie fundują Ci hormony. Jazda bez trzymanki i albo można drzeć japę z przerażenia albo czerpać z tej adrenaliny. Najczęściej jedno i drugie, na raz albo jedno po drugim. Ale wiesz co?

Ja wierzę, że ludzie, którzy nigdy nie widzieli siebie w roli rodziców, mogą się w tej roli sprawdzić naprawdę dobrze. Mogą wymiotować ze strachu na myśl o porodzie, nienawidzieć zarywania nocy, nie ogarniać tych wszystkich tematów związanych z opieką, karmieniem i wychowywaniem, które o dziwo nikt nie wkłada nam do łbów w czasie wydobywania z brzucha dziecka. Z całego serca żałuję, że wielu moich znajomych nigdy nie zdecyduje się na dziecko z przekonania, że nie dadzą sobie rady. Ok, pewnie wyliby do księżyca widząc obrzygane oblicze siebie z podkrążonymi oczami, ale uważam, że fajni ludzie powinni mieć dzieci, bo one też z dużą dozą prawdopodobieństwa mogą być fajne. I to nawet wychowywane w sprzeczności z obowiązującymi normami, z masą błędów i rzucanych pod nosem kurw. Dzieciństwo to wbrew pozorom cholernie krótki okres życia człowieka. A kształtowanie jednostki, wyplutej z siebie, ale kompletnie różnej, jest serio fascynujące.

Piszę to wszystko, żeby Ci powiedzieć, że sama znajdziesz swoją drogę albo przynajmniej będziesz jej szukać. Żadna rada, żadna rozmowa, żaden człowiek Cię na to nie przygotuje. Uśmiecham się do Twojej taktyki – odwracania uwagi, bagatelizowania i ośmieszania tego, co w istocie ważne i tego, co przeraża. To Ci jednak nie pomoże poczuć się dobrze. Jedyne, co może, to jak najszybsze oswojenie się z myślą, że stracisz kontrolę. I że to nic złego. Naprawdę, nie będąc już niezależnym, absolutnie wolnym i będąc odpowiedzialnym za kogoś i niewyspanym, można być szczęśliwym.

Domyślam się, że najbliższy czas będzie dla Ciebie wyzwaniem. Kurde, ale przecież lubisz wyzwania? Na jakiś czas Twój świat stanie na głowie, ale się nie skończy. Ba, wierzę, że dopiero tak naprawdę zacznie, ale obiecałam nie sadzić kocopołów macierzyńskich, żebyś nie dostała wysypki.

Nie dałam się nabrać. Na to, że na pohybel wszystkim będziesz sobą i będziesz płynąć pod prąd. Nie wierzę w gadki o tym, że wstawanie o 4 Cię uszczęśliwia. Mam wrażenie, że paradoksalnie, im częściej mówisz o swoich planach, działaniach, pewności i przekonaniach, tym bardziej dajesz do zrozumienia, że (JAK KAŻDA Z NAS W TAKIM MOMENCIE ŻYCIA) robisz w gacie ze strachu. Ty lubisz wbijać kijki w mrowiska, a ludzie obrzucać tych, którzy się wychylają, błotem. A w tej sytuacji naprawdę szkoda na to Twojej energii.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie niepokoi. W świecie, w którym tak ważny jest atrakcyjny wygląd przeraża mnie to, że kobiety nawet w tak monumentalnym momencie życia, jakim jest ciąża, wydawanie na świat nowego człowieka, potrafią tyle uwagi poświęcić temu, czy… będą atrakcyjne. Czy będą wyglądać tak samo. Czy nie przytyją. Za moment będziemy prosić w czasie porodu o liposukcję, a dzieci oddawać do okien życia, żeby mieć czas, bo sił nie bardzo, na trening. Żeby przypadkiem nasze ciało nie odnotowało czegoś tak spektakularnego jak to, że wydało na świat inne ciało. Żeby w całej tej sytuacji, w której jest tyle niewiadomych, mieć kontrolę przynajmniej nad swoją talią.

To nic złego być egoistą i ba, wiele z nas, matek, zapomina o tym, że być nim trzeba. Nie oszukujmy się jednak, nie wszystkie matki są świadome, światłe, rozsądne. Niemal wszystkie czują się zagubione. Pomyślałaś, że w całym tym bajzlu i przerażeniu, które dobrze już pewnie znasz, jakaś oglądająca Cię mama poczuje, że powinna natychmiast zacząć ćwiczyć i na własną rękę prężyć się na macie? Pomyślałaś, że może zrobić sobie krzywdę? Albo po prostu poczuć się ze sobą źle, że nie wygląda jak powinna i zamiast cieszyć się z bęca, który tętni życiem, zamartwiać się, czy nie będzie płaski? Opresja to żadna wolność.

Przesrane jest być babą. To my, nadal, musimy się opiekować, wiedzieć, czuwać. Do tego godzić to z samorealizacją. Jak? Nikt tego nie uczy. Dodawanie sobie jednak zmartwień, z pewnością nie pomaga.

Nie mam dla Ciebie żadnych złotych rad. Takie nie istnieją. Po prostu trzymam kciuki za to, żebyś szybko odnalazła się na nowym poligonie. Żebyś z otwartymi ramionami przyjęła tą utratę kontroli, bo ta, może nas albo doprowadzić do furii albo – wyluzować, wyciszyć, nauczyć patrzeć z innej perspektywy. Jakkolwiek to nie brzmi, pojawienie się cholernie ważnego człowieka w życiu człowieka, który sam dla siebie był ważny, ale i krytyczny, wymagający, często niesprawiedliwy, robi dobrze na głowę. Nie ma czasu na rozkminianie. Szkoda go na pretensje, lepiej się wyspać, odpocząć. Nauczyć być w jednym miejscu i wykonywać jedną czynność. Polubić siebie, nie za coś, ale tak po prostu.

A utraty wolności się naprawdę nie bój. Dowcip polega na tym, że to, co będzie wykańczającą rutyną i nadludzkim wysiłkiem, będzie tym, za czym chwilę później możesz zatęsknić. Pieprz innych, mnie też. Nie jesteśmy ważni. Tylko Ty i ten chomik na amfie pod Twoim sercem i przestań się tak przed tym bronić. Nikt nie bał się mniej, nie wiedział lepiej i nikt nie ma prawa oceniać.

Po prostu fajnie byłoby, jakbyś była szczęśliwa. A piszę Ci o tym, bo sporo swojego czasu zmarnowałam i bardzo mi go szkoda. Nie, nie tych miesięcy spędzonych w domu i nieprzespanych nocy. To małe, pyskate, moje, nauczyło mnie więcej niż wszyscy inni przez całe życie. Jaraj się tą lekcją, Majka. Będzie przerażająco fantastycznie. Albo tylko przerażająco momentami 😉

Wierzę w Ciebie, serio serio! I pozdrawiam. Tak jak każdą, którą paraliżuje strach. Jak siebie sprzed trzech lat. Mam nadzieję, że ktoś przekaże Ci te słowa i że dotrą. Trzymaj się!

Radomska – od zawsze. Matka od 2,5 roku.