Wiem, że dawno nie pisałam i pewnie różki pozawijały Ci się z rozpaczy, a kleksy porobiły same od nadmiaru łez. No ale nie rycz już, bądź prawdziwym mężczyzną z celulozy, jestem przecież, wracam i mam dla Ciebie tyle emocjonujących historii, że kartki zrywać!

Po pierwsze, to jest dzisiaj wtorek. Przynajmniej w chwili, kiedy zaczynam tą fascynującą opowieść. Śnieg naparzał pół nocy i cały dzień, najmocniej wtedy, kiedy akurat musiałam wyjść na zewnątrz, ale wiesz, dobrym ludziom to zawsze wiatr w oczy, a mi zaparowane okulary. Tak wiem, trudno w to uwierzyć! A wiesz co jeszcze sie stało? Siedzisz? Kartki Ci się same zmiętolą z wrażenia! Usiądź lepiej, bo padniesz. Odpadł mi flek! No poważnie!

Teraz jak idę przez śnieg, to po trzecim kroku (liczyłam, na siebie nie mogę, to chociaż tyle…) robi mi się taki śniegowy bobek pod butem, twardy. I ja idę, kurwując pod nosem i kulejąc, a wszyscy inni myślą, że tak sobie radośnie hasam i nucę. Cudowne!

Nie nie, nawet z bobkiem pod butem nie spóźniłam się do pracy. Zawsze jestem ciut za wcześnie, żeby z majestatem godnym gejszy parzyć sobie herbatę ekspresową i z podnieceniem, bez pośpiechu, patrzeć jak stygnie i siorbać ukontentowana faktem, że nikt mnie nie szarpie za nogawkę. W pracy, jak to w pracy, coś tam porobiłam, nawet z sukcesami – z sześć razy wydawało mi się, że padnę na ryj, ze cztery, że usnę, a jednak dotrwałam do końca. Splendor i chwała na miarę premii lub uznania słownego. Nic z tych rzeczy, bo się zgapiłam i takich pozycji nie mam w zakresie obowiązków. Trudno. TY WIESZ.

Po pracy, kuśtykając radośnie, z tym bobem pod butem, po dziecko pobiegłam i miałyśmy życiówkę. 300 metrów w 50 minut, taki rekord. No ale po drodze bałułan i żółty śnieg, ciężko sie skoncentrować na celu. Tym bardziej, kiedy bob pod butem rośnie i musisz go strzepywać regularnie wierzgając kopytem jak gwiazda country. Mało wrażeń? Ho ho, kochany!

Obiad wywinęłam taki, ze mucha nie siada. Mówią, że ciężko jest pogodzić role matki, gospodyni, pracownicy i kochanki, ale wcale nie. Dziecko oddaję innym ludziom, w pracy nie mówię, co myślę, męża odstręczam, a przygotowanie obiadu zajmuje mi góra kilka minut. Dziś akurat  dosłownie góra, ale  śniegu pod butem i jego strzepywanie, no ale te parę minut w kolejce w garmażeryjnym po kopytka i mielone jak znalazł, żeby sobie kopytem powierzgać.

Lubię niespodzianki, ale dzisiejszy dzień ewidentnie przeznaczenie poniosło. Zgubiliśmy miesiąc temu pudełko z bigosem od teściowej, daje słowo, jak kamień w wodę przepadło, ale mówimy – pewnie w którymś z kartonów się chowa, smród je zdradzi, znajdzie się, bez pośpiechu. Pies był pierwszy, wpadł w samozachwyt, zaczął się w tym bigosie namiętnie tarzać na balkonie i co? Niby wtorek, a ja i psa wykąpałam i łazienkę wymyłam, poodkurzałam, jeszcze ze dwa razy przelecę i fajrant. Jak mnie poniesie wena, to z reszty tej sierści, co na podłodze została szalik dziecku zrobię. Taka mróweczka.

A, no i się okazało, że w tym konkursie, co mi na nim zależało, jadę dalej, przynajmniej jeszcze kawałek. Czyli nie że tylko kotlety i bzdety mi w głowie, intelektualnie to też, proszę ja Ciebie, nie najgorzej. I muzycznie się rozwinęłam tym graniem na emocjach w czasie żebrania na sms-y. Alfa i Omega. Scylla i Harybda. Bolek i Lolek. Cała ja!

Tyle szczęścia mnie dziś spotkało, że nie wiem. Przez moment to nawet myślałam, że się z radości posikałam, ale nie, to tylko śnieg z bobka przez otwór po fleku się przedarł i zmoczył skarpetkę. I w kontaktach jestem, jak się okazuje, całkiem spoko. Z mężem mamy co prawda problemy komunikacyjne, moje wypowiedzi są nieredundantne niestety, ale może za dużo wymagam, może też idzie na rekord jak dziecko? Raptem tydzień temu kontakt się zepsuł, a ja od niego takich pochopnych gestów wymagam i deklaracji, aż mi wstyd. Ledwo trzy dni temu obiecał, że jutro kupi przedłużacz, a ja już sapię. Aż się kontakt w łazience znużył i sam z siebie zaczął działać, żebym nie drążyła tematu, bo mnie kopnie. Mąż w dupę rzecz jasna, bo do prądu to się nie dotykam.

No to wieczór, już sobie myślę, czas na intelektualną rozprawę, a na to los – ho ho ho, koleżanko, nie zasiedziałaś się zanadto? I po co Ci te wszystkie mądre słowa, skoro za moment dupy nie będziesz w stanie podnieść, żeby się nimi z kimkolwiek podzielić? I raz, raz, mi z troski zafundował zumbę przy suszarce na pranie.

I taka jestem teraz, rozemocjonowana, rozdęta po obiedzie i rozanielona. I pełna planów oczywiście, ale i śpiąca, zatem niech te słowa będą dowodem na to, że chciałam, mogłam, ale mi nie wyszło. Dobranoc!

__________________________________

P.S. Bardzo dziękuję za wszystkie głosy. Ten tekst pisany zdechłym palcem i w półśnie to wyraz tego, że doceniam i będę się starała pisać częściej. I lepiej, bo dziś to tylko taki niewinny spontan.