Kim był Aaron Carter? Młodszym bratem Nicka Cartera z Bacstreet Boys. Po prostu, uważałam wówczas, że miłość do Nicka i reszty muszę zostawić siostrze i jej koleżankom, bo jestem za młoda, aby się we mni zakochał i abyśmy byli razem. Co innego jego brat, który co prawda ani wtedy, ani później, niczym szczególnym nie zasłynął, ale od zawsze trzeźwo patrzyłam na świat i twardo stąpałam po ziemi.

Cóż, jeśli już ktokolwiek miałby mnie pokochać, to lepiej byłoby, by był to jakiś rówieśnik, a nie 10 lat starszy dziad, któremu jedno w głowie i który szybko się zestarzeje, kiedy ja będę chciała się jeszcze bawić, prawda? Po co o tym piszę? Z dwóch powodów. Przede wszystkim dlatego, że miałyśmy z Janiną Daily piękną wymianę zdań, tak błyskotliwą, że nas obie oślepił jej blask i postanowiłyśmy rzucić iskrę i do  Waszych domostw, co byście co najmniej zaoszczędzili na prądzie. Po drugie  po to, by przypomnieć o pewnym drobiazgu – wszyscy byliśmy młodzi, robiliśmy absurdalne rzeczy, uważaliśmy się za mądrzejszych, nierozumianych, a potem coś się popsuło i… dorośliśmy.Ja z dumą oświadczam, że kochałam się w Stachurskim i zbierałam wycinki o Aaronie Carterze!
Ileż było tych akcji przeciwnych hejtowi, w sieci i w życiu? Iluż z Was nie zdarzyło się uronić łzę albo zwyczajnie, po ludzku wkurwić, kiedy ktoś, Waszym zdaniem, niesprawiedliwie Was ocenił, opisał lub zakwalifikował? Przez internet przelewa się właśnie fala krytyki nad dziewczęciem, które płacząc oznajmia, że dotknęło Beibera i może umierać. Dorośli, dojrzali, jakże poważni, nie łupiący w gry nocami, ani nie mający problemu, żeby się pokazać na ulicy bez makijażu, znaleźli sobie pożywkę.
Nie znam dziewczęcia, kilka ostatnich nut Justina wrzyna się w mózg refrenami, ale cała ta sytuacja sprawia, że … Cofam się w czasie. Pamiętam, jak błagałam siostrę, żeby swoje wycinki z gazet wycinała tak, aby nie podrzeć tych interesujących dla mnie. Pamiętam, żeśmy się z dziewczynami prześcigały, która ma ładniej ozdobiony zeszyt z wizerunkiem ulubieńca, a ja, chcąc być alternatywna, nie zbierałam materiałów o Britney Spears czy Christinie, a …. Stachurskim. Słuchając jego kaset marzyłam o wielkiej miłości i piszczałam w ekstazie za każdym razem, kiedy słyszałam „Zostańmy razem”- zawsze w odpowiednim momencie, bo TO MOJA RĘKA WCISKAŁA „PLAY”, jednak i zawsze szczerze zaskoczona. Miałam to szczęście, że… Nie było wtedy internetu, mogłam dorosnąć na własnych oczach,  a nie opluwana przez obcych ludzi, którzy po prostu potrzebują do szczęścia innych rzeczy, a raczej – już nie pamiętają, co to znaczy być szczęśliwym, dlatego muszą dowalić innym, by przez chwilę poczuć się lepiej.
Potem słuchałam Comy i uważałam, że umrę ze smutku. A kiedy się zakochałam, to chciałam rozpruć krtań każdemu, kto twierdził, że będzie inaczej lub mi przejdzie. Do dziś żal mi tych osób, które wtedy miały nieodpartą potrzebę sprowadzić mnie na ziemię. Jasne, mieli rację, upadek bolał, ale mogę dziś powiedzieć i opowiem córce, że … kiedyś latałam. I wierzyłam w „na zawsze i mimo wszystko”! Jestem zwolenniczką wyśmiewania, oj tak. Siebie, ludzkich wad, przywar, sytuacji, ale niekoniecznie kogoś, kogo nie rozumiem i z kim się po prostu nie zgadzam. Demokracja i wolność słowa popierdoliła się ludziom z prawem do publicznego dzielenia się pogardą.
Nie wiem, kim jest ta dziewczyna, która dotknęła Beibera, bo jestem już troszkę za stara i z pewnością nie dla mnie nagrywała ten film, ale wiecie co jej zawdzięczam? To, że znów poczułam się jak nastolatka, która brokatem wykleja serduszka wokół tekstów piosenek ulubionego artysty, przypomniałam sobie jak to było usypiać wpatrzoną w plakat z wiarą, że któregoś dnia, może nie Stachursky, bo jednak już wtedy był dla mnie za stary, ale jego klon, zjawi się na szkolnej dyskotece, porwie mnie do tańca, a ja udowodnię wszystkim, że mogę być szczęśliwa. I że do kurwy nędzy mogę zostać różową wojowniczką Power Rangers, a nie od biedy,  żółtą lub suflerem tych, którzy się spocili!
Nawet gdyby wizerunek długowłosej, rozhisteryzowanej dziewczyny nie przywiódł mi na myśl żadnych wspomnień to… Uśmiechnęłabym się, tak po prostu, na widok ekstremalnie szczęśliwej dziewczyny, która swoją przygodą dzieliła się ze światem, nie przewidując jednak, że z tym zgniłym, zgorzkniałym, szyderczym i podłym, także.
Bo która z Was nie zdarła by krtani gdyby 15 lat temu nie przytulił jej Leonardo? A kilka lat temu Brad nie zmienił zdania i nie wybrał właśnie jej na tą jedyną i na zawsze, a przynajmniej do rozwodu i uzyskania absurdalnego odszkodowania w zamian za utracone złudzenia? Który z Panów nie marzył, by dotknąć cycka Monici Belluci albo nie jarał się Czubasą, Pokemonami, w tajemnicy nie przeglądał zdjęć popowych gwiazd?!
Śmiech to zdrowie, ale żebyśmy nie dostali kiedyś czkawki i nie udławili się własnym jadem, Drodzy Państwo! Tylko i aż tyle, chciałam dziś powiedzieć. I ponownie życzyć Wam, abyście mieli okazję poczuć się jak ta dziewczyna z filmu, który obśmiewacie. Ba, żebyście w ogóle byli w stanie poczuć coś takiego, jak absurdalna ekstaza, z ważnego tylko dla Was powodu, którym być może po prostu będziecie chcieli się podzielić.
I tak, znam zasady pt. „Ja krytykuję i wyrażam zdanie” a „inni hejtują”, tylko, kurwa mać, nie ma z tym wspólnego nic moja wada wzroku, granica robi się nie tylko płynna, subiektywna, ale i jakże mobilna.
Wstyd mi za Ciebie internecie. Nie mam wpływu na to, co czują i robią inni, ale wiedzcie, że kiedy przepłacałam za brokatowe, paskudne, świecące buty zimowe z księżniczką Elzą, to czułam się najzajebiściej na świecie, jak matka roku, co najmniej. Nie dlatego, że wydałam 120 zł, a dlatego, że … dzielę radość mojego dziecka, nigdy go nie wyśmieję i z pokorą zniosę nawet to, jak zrobi sobie kolczyk w sutkach i cztery różowe dredy mając nadzieję, że w dziedzinie innych głupstw nie będzie się ze mną ścigać! MAM TĘ MOC i Lenka ją ma i kropka.