maskiW psychologii stosuje się taki prosty test – prosi się Kowalskiego o wymienienie kilkunastu ról życiowych jakie pełni i na podstawie hierarchii jaką automatycznie ustala podając ich kolejność, stara coś powiedzieć o jego autorze. O tym, kim jest, jaki jest system jego wartości, co dla niego najważniejsze. Już samo założenie testu stwierdzeń jest naiwne. Biorąc pod uwagę, że rzeczywistość zmusza nas do bycia multizadaniowymi, a deklarowana rola często niewiele ma współnego z jej faktycznym wykonywaniem.

Mamy problem z auto definicją – każdy dla siebie zdaje się być bezbrzeżną skarbnicą tajemnic, niezrozumiałych przeżyć, labiryntem, którego nawet my sami nie potrafimy pokonać i inne takie bzdury.

W procesie definiowania innych jesteśmy mniej skrupulatni i wyrozumiali – wystarczą nam migawki, uproszczenia, stereotypy, kilka zdań- wyobrażenie osoby gotowe, a wraz z nim określone przemyślenia, opinie, słowa, działania.

Twórca bloga zawsze w jakimś sensie odsłania przed czytelnikami siebie – od stopnia i sposobu w jakim to robi zależy to, jak zostaje odbierany. Nie tylko,co myśli o nim czytelnik,ale kim dla czytelnika jest. Często jedna sprzeczna informacja zaburza ten obraz u czytelników i – jeb, nagle okazuje się, że żywe osoby a spójny wizerunek są nie do pogodzenia. Ludzie nie lubią jak coś im się w ich opowieści o innych nie zgadza, bo nie lubią nie mieć racji.

Jestem blogerką  (serio, nie?) i często zastanawiam się, kim jestem u Was w domu. O ile w ogóle w jakimkolwiek sensie się nad tym zastanawiacie, a ja bywam w waszych pokojach, kuchniach, łózkach, głowach swoimi tekstami. Przebywając wśród innych blogerów często mam okazję konfrontować „internetowe wyobrażenie”  z obserwacjami face to face. Często się rozczarowuję, innym razem potwierdzam, że delikwent jest takim samym pajacem przy kawie jak w social mediach. Jeszcze kiedy indziej zdumiewam się, jak fajny jest ktoś, kogo zupełnie bym o to nie posądzała.

Rzadko mam w pełni rację, bo najczęściej za mało wiem. Lubię jednak polubić kogoś online i zachwycić się w realu. 

Dzięki, Konrad 🙂

***

Szeroka gama narzędzi do autokreacji jest ogromna- kto nie marzy o tym, by być ładniejszym, mądrzejszym, zabawniejszym? Bardziej cierpliwym, inteligentnym, bystrym i fajnym? W internecie to możliwe- słowa można poddać selekcji, obraz wyretuszować. Można też oszpecić się, wydrzeć mordę, próbować na siłę zwrócić na siebie uwagę, eksploatować każdą myśl, emocję, niekoniecznie własną, by zwrócić na siebie uwagę, rekompensując chyba dziecięce frustracje. I odgrywając codziennie scenę wymuszeń uwagi.

To bycie sobą staje się hipsterstwem. Czytałam gdzieś nawet, że pokazywanie się publicznie bez makijażu to objaw odwagi. Skoro to bycie sobą jest odważne, to jaka jest nowa definicja niesamowitości?

Niemniej jednak ja skromnie i po Radomsku:

Dziękuję sąsiadce z 10 piętra, że nie próbuje nawet udawać przede mną sympatycznej i obydwie wiemy, cukier w szklance, to jedyna słodycz jaką możemy się uraczyć. Konradowi, że jest tak inteligentny i radośnie niezdarny jak go sobie wyobrażałam. Zorce za to, że nadal jest definicją cudownej normalności, która wśród tłumu oryginalnych, samozwańczo wybitnych, niepokornych autentycznie mnie zachwyca. 

Fajnie, że w czasach, kiedy możemy być kim chcemy, są jeszcze tacy, którym zupełnie spoko z tym, że mogą być sobą. Bez względu na rolę, jaką pełnią.

Ja na przykład miałam być dziś tancerką w teledysku murzyńskiego rapera, ale odpuszczam. Kontynuuję bycie niewyspaną Radomską.

 A Wy?