Dawno, dawno temu, w okolicach 1 września działy się w tym kraju rzeczy dziwne i powoli zapominiane. Wbrew pozorom nie będę się rozpisywać nad genezą wybuchu wojny, a najpospolitszymi niegdyś powitaniami nowego szkolnego roku.Starzeję się chyba, stawy na zmianę pogody bolą jakby już dobierały się do nich robaki z trumny, pamięć nie taka i wzrok nie ten, ale to na szczęście kolejny namacalny dowód mojej stabilności, bo przecież było tak od zawsze. Mimo wszystko jechałam dziś, w dniu oficjalnego rozpoczęcia roku autobusem miejskim  o godzinie, kiedy  było już „po pierwszym bólu” i ogarnęła mnie taka nostalgia i refleksja, że pojechałam kilka przystanków za daleko i wracałam do domu z torbą na pieszo. Rozpoczęcie roku szkolnego, kiedy to było…?
Jakieś 15 lat temu, kilka dni przed prywatną „godziną zero” wybuchem rewolucji, która budzikiem nastawianym na 6:30 wydłużała
Już w połowie sierpnia w powietrzu dawało się wyczuć smród nieznośnego przygnębienia. Był to bowiem jeszcze czas, kiedy obnosiliśmy się nim  na nostalgicznych spacerach po chleb lub z psem, a nie w statusach na fejsbuku. Smutek zapijaliśmy Colą, albo ostatecznie zajadaliśmy suchymi oranżadkami. A jedyny biały proszek, który nas kusił, to zabielacze do kawy sprzedawane w saszetkach po 10 groszy, które żarliśmy jak pojebani z niewyjaśnionych jak dotąd dla mnie przyczyn.
Kilka dni przed pierwszym września mama zaczynała nam grozić prasowaniem sukienek i koszul, haftowaniem inicjałów na worku na buty i kupowaniem trampków na zmianę. Palenie gum oznaczało wyścigi pod blokiem w tanich butach z gumową podeszwą, a same gumy kojarzyły się tylko z Donaldem i Turbo.
Roskarżę się, tylko starzeję. I przypomniało mi się po prostu, jak bardzo chciałam zostać różową wojowniczką Power Rangers.
_______________________________________
Dawno, dawno temu, w okolicach 1 września działy się w tym kraju rzeczy dziwne i powoli odchodzące w zapomnienie. Wbrew pozorom nie będę się rozpisywać nad genezą wybuchu wojny, a najpospolitszymi niegdyś powitaniami nowego szkolnego roku.Starzeję się chyba, stawy na zmianę pogody bolą jakby już dobierały się do nich robaki z trumny, pamięć nie taka i wzrok nie ten, ale to na szczęście kolejny namacalny dowód mojej stabilności, bo przecież było tak od zawsze. Mimo wszystko jechałam dziś, w dniu oficjalnego rozpoczęcia roku autobusem miejskim  o godzinie, kiedy  było już „po pierwszym bólu” i podtopiłam się w morzu refleksji.

 

Rozpoczęcie roku szkolnego, kiedy to było…? Jakieś 15 lat temu, kilka dni przed prywatną „godziną zero” wybuchem rewolucji, która budzikiem nastawianym na 6:30 wydłużała, wówczas nieznośnie długą dla nas dobę, o (zbyt) wiele godzin. Już w połowie sierpnia w powietrzu dawało się wyczuć smród nieznośnego przygnębienia. Był to bowiem jeszcze czas, kiedy obnosiliśmy się nim  na nostalgicznych spacerach po chleb lub z psem, a nie w statusach na fejsbuku. Smutek zapijaliśmy Colą, albo ostatecznie zajadaliśmy suchymi oranżadkami. Palenie gum oznaczało wyścigi pod blokiem w tanich butach z gumową podeszwą, a same gumy kojarzyły się tylko z Donaldem, jeszcze nie Tuskiem, i Turbo. A jedyny biały proszek, który nas kusił, to zabielacze do kawy sprzedawane w saszetkach po 10 groszy, które żarliśmy jak pojebani z niewyjaśnionych jak dotąd dla mnie przyczyn.

Kilka dni przed pierwszym września mama zaczynała nam grozić prasowaniem sukienek i koszul, haftowaniem inicjałów na worku na buty i kupowaniem trampków na zmianę.Rozpoczęcie zwykle zaczynało się o chorej godzinie, tak mniej więcej o 10, więc organizm wyczerpany zaledwie 11 godzinną dawką snu utrudniał trzymanie fasonu i nieziewanie paszczą  z nieumytymi jeszcze zębami (tak ciężko było porzucić wakacyjne nawyki…) w twarz kolegi z ławki. To był jeszcze czas fartuszków i garniturków. Chłopcy byli tak kuriozalnie powciskani w spodenki w kant, zapięte gdzieś na wysokości pach, co ich oprawcy wyprawiający do szkoły, czynili z takim rozmachem, jak wtedy, kiedy zaledwie kilka lat, a nawet rok wcześniej, w powietrzu zakładali im do przedszkola rajstopki, trzęsąc małoletnią ofiarą jak workiem kartofli, miażdżąc przepiórcze jąderka i wyposażając młodego człowieka w taką traumę, którą pojąć mogą tylko ci, którzy to przeżyli.  I ostatecznie jeszcze Ci, którym matki wycierały twarze obślinioną chusteczką.

Wśród dziewczynek królowały kręcące się sukienki i buty, najlepiej czerwone lakierki, stukające na chodniku. Gdyby Horodyńska widziała te kokardy większe od głów, we włosy wpięte, które tak zaburzały ciała dziecięcego proporcje, poświeciła by im pewnie książkę, a nie parę zdań w szmatławcu drukowanym na papierze. A my i tak byłyśmy takie dumne, zupełnie jak ona, kiedy pozuje do zdjęć wyglądając jak kretynka.  Zbędnym dodatkiem żabot pod szyją, który stawał się zwykle przyczyną domowych awantur, kiedy znów niesfornie potaplał się w lodach, pomidorówce i gilach rozpaczy, zjadanych po rozpoczęciu.

Nie było emocji związanych z oglądaniem twarzy zapomnianych przez 2 miesiące kolegów, bo nie było wtedy elitarnych szkół do których dojeżdżały dzieci z końca świata i miasta, i pieniędzy na dalekie wojaże. Oglądaliśmy swoje opalone, brudne, piegowate japy na trzepakach i huśtawkach przez całe wakacje.  Pierwszego września nowością był tylko ten smutek, które przeznaczenie i system oświaty dłutem na naszych twarzach, już bez rozmachu i charyzmy Da Vinci, malował. Mama już od siódmej zaplatała misterne dobierańce i kłoski, źródło zazdrości wszystkim koleżanek z krótkimi włosami obcinanymi przez ich rodzicielki dla wygody i przez ich lenistwo.  Mniej więcej po 3 razy zmieniała także, kurwując okrutnie, podarte przez swoje pacholę kolejne białe rajstopy.

Gdzieś po drugiej klasie wiedzieliśmy już, że najgorsze są początki. Potem już  tylko ewentualnie lanie po wywiadówce. Byliśmy jeszcze dzieciakami, co to nosiły od święta fartuszki i tarcze, na widok których rodzice wpadali w histerie, bo przypominały im o strasznych czasach, o których tak bardzo chcieli zapomnieć, obrazy z przeszłości siłą woli, hipnozą i paznokciami z pamięci wydłubując.

Na co dzień obowiązywały nas tylko ciemne kolory, ale to nikogo nie dziwiło, bo przecież szkoła to tylko kolejna instutucja totalna, która miała nas wykastrować mentalnie, wyprać z kreatywności, nauczyć wstawać i sikać na czas i odtwarzać wiedzę wyrytą na pamięć. Wojskowi mają mundury, pacjenci psychiatryka piżamki, a my mieliśmy swoje granaty, szarości i czernie i naprawdę nikt nie miał nic przeciwko temu. Odskocznią dla depresyjnego dress codu, który przypominał, że nie przychodzimy tam dla zabawy, że dorastanie jest jak początek umierania, były casual fridays, znane nam zanim jeszcze ten genialny w swej prostocie pomysł, przechwyciły zachodnie korporacje. Co to było za szaleństwo!!! Raz w tygodniu odpocząć od dresów z zamszu, tak zgrabnie poprzecieranych na dupskach i kolanach, że wyglądaliśmy w nich jak armia małp i założyć kolorowe podkolanówki!

Na lekcjach wysyłaliśmy sobie karteczki pisane wymyślonymi językami, ćwicząc spryt i kreatywność, a nie sms-y z emotkami, które są szczytem lenistwa i wtórnego analfabetyzmu Śmiech . Tworzyliśmy tysiąc wersji złotych myśli, bijąc rekordy Guinessa na ilość pytań, większość kretyńskich (o to, czy masz w domu telewizor, radio, balkon i drzwi…) i tak naprawdę tylko po to, żeby zadać to jedno kluczowe, zmieniające nasze życie na zawsze (wtedy to były jakieś 2 tygodnie) – KTO CI SIĘ PODOBA?!, które, jak gumką myszką wymazywało z naszych serc imię pierwszego męża i robiło miejsce dla nowej sympatii.

Chłopaki strzelali ze staników i proc, a nie rzucali kurwami.  Największą wrzutą jaką można usłyszeć było „masz grzech” a groźbą „jesteś u pani/starszej siostry/ mamy” a nie „Goń się, cwelu”. Marnowaliśmy czas na własnoręczne odrabianie lekcji, nie proszenie o pomoc wujka Google’a. I dopiero w gimnazjum mieliśmy odwagę upijać się do nieprzytomności, kupując jedno piwo na sześć osób. Całą podstawówkę zaczynaliśmy chodzić ze sobą umówawiając się uprzednio pod sklepikiem i to nie były jakieś przelotne miłości na dwa dni. Wiele z nich wytrzymywało przecież nawet tydzień!

Ale kiedy to było?
No, kiedy to było? Dziś nie widziałam żabotów, białych rajstopek i garniturków. Tylko jeansy, najki i t-shirty, z łaski swojej białe. I nie słyszałam stukotu lakierek, a szpilek, w których spokojnie można by wieszać firanki. Zamiast kręcących się spódniczek, seksowne mini ze stretchu, okalające młodzieńcze spasione udka pokryte fakturą kalafiora albo podkreślające wystające kolanka. I to ich „mam wyjebane” wypisane na twarzy, niejednej upudrowanej, wytuszowanej, choć nadal dziecięcej i pryszczatej. Smutłam.

Nie skarżę się, chyba tylko starzeję. I przypomniało mi się po prostu, jak bardzo chciałam zostać kiedyś różową wojowniczką Power Rangers…

______________________________________________

Tradycyjnie zapraszam na fb: Mam Wątpliwość

I czekam na Wasze relacje z wycieczek w przeszłość. Albo chociaż zdawkowe „Radomska, nie pierdol, przecież najlepsze dopiero przed nami”

 

Pzdr 600 ( na operacje mnie nie stać, młodzieńczy slang to jedyny sposób, w jaki mogę się odmłodzić)