rad

Kiedy miałam 20 lat wiele rzeczy było nie tak. Głównie we mnie.Studiowałam dwa kierunki, resztki doby pożytkując na wolontariaty, staże, związek, sen i zmęczenie. Rozstrojona niezdecydowana, niepewna. Pytania natury egzystencjalnej zagłuszając robieniem wielu rzeczy, rozpaczliwie poszukując ich sensu. Chciałam zbawić świat po to, żeby był dla mnie milszy, a kiedy próbował, to się nim brzydziłam i uważałam, że jest zupełnie nie dla mnie i … uciekałam.

Ciągle uciekałam. Od kogoś, przed kimś, z obawy przed czymś, dla zasady-ot, lubując się w zachowaniach nieco melodramatycznych i teatralnych. Przyzwyczajona do słodkiego poczucia bezpieczeństwa, które dawało mi permanentne bycie zagubioną, niezdecydowaną i nieszczęśliwą.

Aż nagle, w czasie przypadkowej wizyty, padło hasło, że w mojej głowie, poza głupimi myślami, dzieją się rzeczy o wiele gorsze. Dzieją i rosną, dlatego widzę gorzej i trzeba sprawdzić,czy obawy zamienią się w fakty.

To nie jest rzewna historia, ot przypomniała mi się dziś,kiedy przeczytałam o walce z depresją osoby, którą cenię. Kolejne tygodnie, nie tylko rozstrojona, niezdecydowana czy niepewna, ale najzwyczajniej po***na ze strachu przed śmiercią i guzem w czaszce, spędziłam na umawianiu kolejnych wizyt u kolejnych specjalistów.

Komu nie obce załamania nerwowe, depresja, lęki, nerwice i inne gówna, komu dusza nad rozumem niestety góruje po stokroć i starą duszę ma od zawsze, ten wie, że zło, które nosi się w głowie żywi się złem faktycznym. Czerpie energię z autentycznych dramatów, rozterek, traum, negatywnych zdarzeń. Na tym polega paradoks- osobowość depresyjna gdzieś po cichu cieszy się na swój popieprzony sposób, że w końcu zdarza się coś, co usprawiedliwia permanentne poczucie bycia nieszczęśliwym. Wreszcie ma się jakieś uzasadnienie swoich zachowań dla świata, jakieś namacalne źródło smutku i destrukcyjnych myśli.

Miałam 20 lat, wyobraźnia podpowiadała mi, że na pewno umrę, że to lepiej i że to straszne jednocześnie. Siedziałam w poczekalni do kolejnego specjalisty, tym razem neurologa. Przebadana i przemacana przez innych kolegów po fachu, którzy za 150 złotych mówili mi, do kogo mam się udać dalej, siedziałam, kuląc się i płacząc dyskretnie aż po kość w poczekalni.

Pani neurolog była w wieku mojej babci. Postukała mnie w paru miejscach, sprawdziła równowagę, refleks i spojrzała na mnie znad papierów. Miałam tak bardzo dosyć tego medycznego maratonu i wszystkiego,co poza nim działo się ze mną, że nawet nie próbowałam udawać tak jak zwykle, że jest inaczej. A ona zapytała nagle, po prostu, jak żyję. I pękłam.

Wyplułam z siebie potok słów, o dwóch kierunkach, planach, braku sił, dzieciństwie, kompleksach,chorych ambicjach. O tym, ze gonię, ale kondycję mam słabą, że nie wiem dokąd i po co. Fonię zakłócał radomski szloch.

A ona siedziała tam, jak posąg poryty zmarszczkami czasu. Tylko oczy jej zdradzały, że coś dociera, a ja z pacjenta przepoczwarzam się w człowieka.

Uspokoiła, że nie umrę na guza, ale jeśli nic z tym nie zrobię, to na wrzody na pewno. Powiedziała, że zamiast latać i robić wszystko, powinnam usiąść na dupie i zastanowić się co tak właściwie robić chcę. Poradziła rzucić literaturoznawstwo,bo mądrych książek jest niewiele, reszta tylko próbuje je naśladować i inteligencji nie mierzy się w ilości przeczytanych pozycji.

A nade wszystko zalecała założenie rodziny, urodzenie dziecka, skupieniu się na sprawach bieżących i nabrania dystansu do tego, co wtedy wydawało mi się tak obrzydliwie ważne.Nie posłuchałam.

Drugich studiów nie skończyłam, związek się rozpadł. Nadal chciałam za dużo, nie wiadomo po co, ale absolutnie natychmiast i za bardzo. Zagubiona, niezdecydowana i niepewna. I tak minęły 3 lata.

Potem w końcu coś we mnie pękło (wiem co i dlaczego dokładnie, ale przemilczę) i resztkami sił doczołgałam do gabinetu specjalisty znalezionego w internecie. Pamiętam efekty uboczne pierwszych psychotropów- przekonanie, że umieram na zawał, jadłowstręt i to ciągłe oblewanie się potem. Dalej nie było lepiej, ot, tylko bardziej obojętnie.

Po kilku miesiącach brania leków magicznie rozpuścił mi się kamień, który tkwił gdzieś na wysokości żołądka i przypominał, że ja ciągle coś muszę, czegoś chcę, powinnam i na coś jestem skazana. Ledwo stanęłam prosto, poznałam tatę Lenki. Poczułam, że nawet jeśli to za wcześnie żeby stać samodzielnie, to jestem gotowa upaść na tyle mądrze, żeby wiedzieć, że to nie dno rozpaczy, a pospolita gleba. Zanim nacieszyłam się tym stanem, okazało się, że będę mamą.

JA. Ta wiecznie zagubiona, niezdecydowana i niepewna będę wyznaczać cel, podejmować decyzje i dawać pewność kolejnej istocie. Własnemu dziecku. Ryczałam jak opętana. A dziś moja cudowna Lenka, bez której nie wyobrażam sobie siebie, ma 10 miesięcy.

Macierzyństwo z pewnością nie może być remedium na problemy emocjonalne i ludzie porąbani powinni raczej nie ulegać pokusie prokreacji. Nie zmienia to jednak faktu, że w moim konkretnym przypadku pomogło.

Kopnęło w łeb, otrzeźwiło, przewartościowało i zmobilizowało. Nie wiem,co przede mną- być może kozetka i blister albo rzeczy gorsze, wolę się nie zarzekać, bo gdybym zawsze mieć rację, nie miałabym córki. Przecież nigdy nie chciałam zostać mamą.

NO I…

Po wielu zmarnowanych latach to jednak całkiem miłe móc napisać, że nie jestem zagubiona, niezdecydowana czy niepewna. A tylko pospolicie, po ludzku, przyziemnie, absurdalnie niewyspana i w***na 🙂

Po prostu zanim zmarnujemy sobie życie i zdrowie, powinniśmy skonsultować się z kompetentnym lekarzem, niekoniecznie farmaceutą 😉 Żałuję, że nie pamiętam nazwiska pani neurolog i nie mogę jej podziękować za receptę, która na szczęście nie uległa przedawnieniu nawet po 4 latach.

_________________

Dzielę się tą prywatną, zasadniczo chyba nudną historią, bo mnie ciekawi… Czy tylko ja przeżyłam taką mentalną rewolucję?