Rodzicielstwo inicjuje w mózgu proces nieodwracalnych zmian. Nie wierzę w to, że ludzie się zmieniają, ale z pewnością, z pojawieniem się na świecie ich ‚własnego’ człowieka, zaczynają poznawać nie tylko pomarszczonego rozdarciucha, ale i siebie w nowej roli. U mnie padło na sentymentalizm. Macierzyństwo piłuje mi pazurki, każdego dnia uczy pokory i zadziwia. Wykańcza też, bo to nie scenariusz do bajki Disneya, żebym musiała Was czarować pozytywami, co byście z uśmiechem łykali w czasie seansu popcorn i z radością pobiegli do sklepu po koszulki z podobiznami bohaterów. 

30 miesięcy. Kolejna umowna granica, która skłania mnie do zatrzymania się i zastanowienia, jak wiele się zmienia i jak bardzo intensywne jest życie, które wypełnia dziecko. To cholernie ciekawy etap – o ile wcześniej snułam refleksje na podstawie własnych interpretacji jej zachowań, chłonęłam jej widok, gesty i jarałam się kolejnymi umiejętnościami, o tyle teraz mogę każdego dnia także … słuchać.

W słowniku Leny codziennie pojawia się przynajmniej kilka nowych słów, zwrotów. Rozkłada nas na łopatki ulubionymi powiedzeniami. „No coś ty, nie wiedziałaś?” wypalane przez 92 centymetrowego człowieka za każdym razem, kiedy mu coś wyjaśniasz, a okazuje się, że ono już to zna, bawi za każdym razem.

Staram się ją wychować najlepiej, jak tylko potrafię. Truizm, wiem, ale masę pracy kosztuje mnie analizowanie schematów, które mogłyby wyrządzić jej krzywdę, a które wdrukowano mi w procesie mojej socjalizacji. Uświadamiam sobie to, kiedy pora snu się opóźnia, padam na twarz, a ona mówi, że chciałaby się poprzytulać. I chyba na łeb musiałabym upaść, żeby stwierdzić, że cokolwiek jest w tej chwili ważniejsze.

Za moich czasów i jeszcze wcześniej, rodzic miał prawo spuścić manto dziecku za każde przewinienie. Przewinienie było eksploatowane jak maluch 126p w PRL-u. Wystarczyło podrzeć lub pobrudzić spodnie, lać się z kolegą, dostać pałę, a tatuś już mógł wyciągać pas… Problem, pomyłka, przypadek urastały do rangi katastrofy. Jakże cenne musiały być te gacie i klasówka, skoro uprawniały rodziców do bicia kogoś, kogo nad życie kochali? Bo przecież kochali, nie mniej jak ja teraz swoje dziecko.

Nie mam monopolu na prawdę. Nie mam gwarancji, że robię dobrze, że moje dziecko wyrośnie na fajnego i szczęśliwego człowieka. To trochę ruletka, nawet gdybym, teoretycznie, wywiązała się ze swojej roli doskonale, nie będę zawsze prowadzić jej za rękę. Jeszcze trochę, zachłyśnie się koleżankami i kolegami, wskoczy w nurt nowych znajomości, doznań, które będą ją kształtować, nie mogę wiedzieć, w którą popłynie stronę. To pocieszające i przerażające jednocześnie. Pocieszające, bo pozwala zdjąć z siebie to poczucie odpowiedzialności absolutnej za to, kim moje dziecko będzie i co zadecyduje robić. Przerażające, że mimo moich chęci, pracy i ogromu miłości, może zrobić coś, co skrzywdzi ją i/lub innych.

Pewnie popełniam każdego dnia mnóstwo błędów, a szare komórki mojego dziecka emigrują z jej mózgu przez uszy, bo nie mogą zdzierżyć kolejnego seansu z Misiem i Maszą, którym zajmuję ją, kiedy nie mam siły na nic po pracy,…ale

W jej pokoju, w ramce, mam wydrukowane zdanie. Ewidentnie dla mnie, bo przecież ona nie potrafi czytać. Nie ma na nim nic odkrywczego, nic, co dla większości rodziców wydawałoby się czymś nowym, czego ich dzieci nie wiedzą. Trąci o truizm. Ba, to gotowy plakat z internetu, nie wysiliłam się nawet na wymyślanie własnej formuły:

13073169_1330255936990933_1445455600_o

 

I staram się. Chwalić ją za każdy sukces. Motywować do prób. Wyjaśniać, kiedy nie rozumie. Dać się wypłakać, kiedy potrzebuje. Przytulać, bez żadnego powodu i kiedy tylko mi na to pozwoli i zechce. Powtarzać, bez powodu – że jest piękna, mądra, że lubię spędzać z nią czas, że jest fajną dziewczyną, a ja jestem z niej cholernie dumna.

Naiwne to bardzo, wiem. My, dorośli, często nakładamy na sytuacje swoje własne interpretacje, bo lubimy, jak coś jest logiczne i podlega naszej kontroli. I tak dowolnie będziemy forsować słuszność swojej racji – twierdząc na przykład, że dziecko powinno spać z nami, bo wtedy czuje się bezpiecznie albo że absolutnie nie powinno, bo ma się usamodzielniać i zostawić rodzicom skrawek prywatnej sfery. Twierdząc, kłócąc się, przepychając nawzajem, a wszystko i tak zweryfikuje czas i nasze, jedyne i niepowtarzalne, dziecko.

Zdecydowanie od twierdzeń, wolę pytania i wątpliwości. Ot, moje naturalne środowisko. Założyłam sobie, że chcę się dowiedzieć, jak będzie postrzegało siebie moje dziecko, które słyszy miłe rzeczy bez powodu, a nawet wtedy, kiedy teoretycznie, wedle starych zasad, powinnam sięgnąć po pas. Kiedy trafia mnie szlag i zamykam się w kiblu na 4 minuty, żeby nie powiedzieć tego, co odruchowo wyrywa mi się z japy, wrócić i powiedzieć do histerycznie drzącego się i domagającego się swojej racji, dziecka:

„Rozumiem, że bardzo chcesz. Obyś zawsze miała siłę walczyć o to, na czym ci zależy. Niestety teraz to niemożliwe. Wiem, że ci przykro, jesteś zła im smutna – płacz, jeśli potrzebujesz. Postaram się wymyślić coś, co sprawi, że poczujesz się lepiej (biczuj mnie, czasem to lizak). Jeśli chcesz się przytulić – jestem. Jeśli nie, będę tu i poczekam. Kocham Cię taką, szczególnie taką, bo kocham Cię zawsze”.

Mówię to bardziej do siebie, pewnie, bo nie wiem, ile dwulatka jest w stanie z tego pojąć. Mówię dla siebie, bo sama chciałabym to słyszeć – w przeszłości i dziś, kiedy emocje i sytuacje pokonują mnie, choćby walkowerem. Rzucam sobie te nasiona pod jej nogi, zwyczajnie ciekawa, czy coś z nich zakiełkuje. A potem zdarza się, że zbieram plony i fruwam. Z dumy.

Moja córka ma 30 miesięcy. Rozpoznaje bez wahania kształty, większość kolorów, ba, udaje, że umie czytać i wkręca babci, że czytałaby sama, ale nie ma okularów. Wie, że w nocy się śpi i księżyc zmienia kształt, a za dnia świeci słońce i jest potrzebne do życia. Nauczyliśmy ją tego. Opowiadając wiele razy, większość – przekonani, że nie słucha lub nie rozumie, a jednak…

Moja córka wpada w złość, kiedy coś jej się nie udaje, ale zwykle, po chwili mówi, że śpiubuje jeśce jaś albo nie wstydzi się poprosić o pomoc.

Moja córka uważa przytulanie za czynność oczywistą jak oddychanie.

Często tłumaczymy jej, że też mamy problemy i zły humor. Wystarczy, że powiesz, że boli cię głowa, a ona od razu ją ucałuje i pobiegnie po zimną łyżkę lub słoik, bo kiedy po raz kolejny spadnie ze stolika na kawę, mimo, że ma na niego nie włazić, mama lub tata najpierw biegną przytulić, ucałować, przykładają coś zimnego, a dopiero potem kadzą, że włażenie na stół jest niebezpieczne.

Moja córka rysuje pierwsze karykaturalne postaci i obsesyjnie są to członkowie rodziny. Mama kółko, tata i dziecko kółeczko. Rozkazuje rysować sobie kaczki – zawsze w komplecie. Ma 2,5 roku i na każdym rysunku dziecka chce domalować jego mamę, na rysunku siebie i mnie, z dokładnością dwuletniego snajpera, kreśli abstrakcyjny kształt taty. Całą rodzinę.

Nienawidzi, kiedy się z jej tatą kłócimy. Przytula nas wtedy do siebie i prosi, żebyśmy byli cicho, a nam od razu robi się wstyd. Zdarza się, że komentujemy coś podniesionym tonem, w normalnej rozmowie – a propos sytuacji politycznej, artykuły, problemów w pracy. Ona bardzo się zasmuca i boi, że coś jest nie tak.  Jedyne, co ją uspokaja to to, kiedy położymy się wszyscy razem, przytulimy i zapewnimy, że nikt na nikogo nie krzyczy, tata kocha mamę, a mama tatę, a najbardziej rodzice kochają Lenkę. 

Ona ot tak, bez powodu, ubrana w jedną skarpetkę i stary dres, z kołtunem na głowie, figlarnie powtarza „jeśtem siczna” i lubi podchodzić do lustra po to, żeby się do siebie uśmiechnąć. Często mówi „jeśtem waźna i mondja”, do siebie samej pod nosem, kiedy wydaje jej się, że nie patrzę i nie słyszę.

To jednak nie ja ją uczę i to się nie zmienia. 30 miesięczny człowiek powinien mieć dyplom z coachingu i trzepać absurdalny hajs na wykładach motywujących.

Ostatnim hitem jest zdanie: Jeśtem dumna.

Powtarzane, kiedy klocki dadzą się ułożyć, obiad zostanie zjedzony albo przynajmniej napoczęty, kupa mozolnie wyciśnięta z dupska, ręce umyte samodzielnie z zamoczeniem bluzki do kostek w gratisie.

„Jenka jeś dumna, ziobać Mamo!”

Brzmi absurdalnie, ale… Córko moja, lat 2 i pół, niech Ci tak zostanie na zawsze, na każdy dzień, kiedy zabraknie mi cierpliwości, uważności i sił, kiedy mnie zabraknie. Z okazji tego dnia, półurodzin i zupełnie bez powodu, z miłości.

Niech Ci zawsze tak zostanie – bądź z siebie dumna. W ułamku tak bardzo, jak jestem ja, kiedy patrzę, jak wyrastasz mi na cudowną dziewczynkę.

30 miesięcy. ciut mniej się boję, ciut bardziej za nią tęsknię, bo każdego dnia przestaje być moją małą dziewczynką.

A Ty? Kiedy ostatni raz powiedziałeś sobie, że jesteś z siebie dumny?Ja zacznę jutro, kiedy wstanę o 6. Albo wstanę w ogóle, bo w każdy poniedziałek to uważam za wyczyn.