Niewielkie mieszkanie oddalone kwadrans od samego centrum Hagi i zaledwie 200 metrów od plaży, urządzone w modnym w Polsce stylu vintage, który w Holandii oznacza po prostu fakt kupienia mebli używanych, których Holendrzy pozbywają się bez sentymentu. Dwa pokoje nastoletnich chłopców, przytulny salon z aneksem kuchennym, który jednocześnie stanowi serce domu. I silnik, bo bez niego Dorota nie dałaby rady. Ani gotować ani nie zwariować.

Nad kuchenką wystawa trofeum, czyli pamiątki z miejsc, do których Dorota pojechała po rozwodzie. Wszystkie, nie bez przyczyny, mają kształt talerzy, bo samo gotowanie od dzieciństwa było dla niej ważne. To jednak nie bajka o utalentowanym kopciuszku, ale o tym, że czasem życie nas zmusza do rzeczy, których nie chcemy robić, a które z perspektywy czasu okazują się kołem ratunkowym. Na przykład wtedy, kiedy się przewrócisz, ale nie możesz poleżeć, bo troje małych dzieci oczekuje, że dasz radę, inni wątpią, a rachunki czekają na uregulowanie.

Metoda prób i błędów

W Polsce kobiet nie socjalizuje się do tego, by były spełnione, ale przydatne. Wmawiając, że tylko jeśli będą przydatne poczują się spełnione. O tym opowiadają wszystkie bajki – o oczekiwaniu na księcia, który napełni życie sensem, o budowaniu domu, w którym kobieta ma strzec domowego ogniska. Nawet jeśli ten ogień wali plastikiem i dogorywa choćby podlewało się go benzyną.
Możesz się nie zgodzić, bo przecież bliscy w jakiś sposób dawali Ci do zrozumienia, że masz się uczyć, wybrać dobre studia, pracę, ale kiedy decydujesz się założyć rodzinę, to wszystko nagle staje się tylko wyściółką dla tego, jak to mówią,  „prawdziwego” życia („Urodzisz dziecko to zrozumiesz”…) , w którym dobro rodziny przekładane jest nad dobro kobiety, a ona staje się odtąd przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie, żoną i mamą. Jakbyś mogła szukać siebie dopóki nie masz obrączki, bo potem będą tylko rugać, że się za bardzo wychylasz, kiedy najważniejsi powinni być bliscy. Nie tylko dlatego, że to utarty stereotyp.

Ot, to na barkach kobiet spoczywa większość obowiązków i odpowiedzialność, która w połączeniu z pracą zawodową nie pozstawia przestrzeni na samorealizację. Pasja to odskocznia i luksus, na które nie wszystkie mogą sobie pozwolić. Dlatego mechanizmem obronnym jest pełnienie funkcji niezastąpionej. Sprowadzanie partnera do roli kolejnego dziecka i przekonanie, że rodzina to baba, a bez niech wszystko runie. To wykańczające – nigdy nie zawodzić, zawsze dawać radę, nie chorować. Nagrody? Telefon od męża, który nie wie, gdzie ma czyste skarpetki, ma  pełnić funkcję substytutu owacji i uznania, że nikt nie organizuje życia rodziny tak jak ona. Tyle, że jak tylko da się możliwość to zweryfikować, pewnie dowiesz się, że to nieprawda. I to naprawdę nic złego dać im możliwość zatęsknić. I zyskać świadomość, że chcą Ciebie, a nie dwudaniowego obiadu i wyprasowanych majtek.

Holenderki nie rozumieją tego dylematu i heroizmu,  z którym w Polsce często utożsamia się kobiety, które stawiają na samorealizację i wierzą, że tylko ich spełnienie umożliwi zbudować im  normalny dom. Nie roztrząsają, co będą jadły dzieci, kiedy wyjadą na weekend, nie pytają partnera o zgodę na wyjście do kosmetyczki, fryzjera czy piwo. Po części pewnie dlatego, że nie mogą liczyć na udogodnienia ze strony państwa tj. długi urlop macierzyński i zasadniczo rodzicielstwo partnerskie to jedyne, możliwe do zrealizowania, jeśli w domu obydwoje partnerów ma też zarabiać. Dorota nie znalazła wśród nich przyjaciółek. Za to świetnie dogadywała się z ich partnerami, którzy weekendami pełnili dyżury na placu zabaw z dzieciakami, aby one mogły odetchnąć.

To rodzina była fundamentem, w jaki wierzyła. Oddała się jej w całości, powoli dostrzegając, że zamiast zyskiwać w tym siłę i spełnienie, jakby słabnie. Blaknie.
Czasami do pewnych decyzji dojrzewa się latami. Innym razem trzeba osiągnąć punkt krytyczny i poznać granice swojej wytrzymałości. Trochę to smutne, że częściej decydujemy się na zmiany z rozpaczy, wierząc, że „nic gorszego się nie wydarzy”, zamiast z troski. Dla odmiany o siebie, a nie o innych. Koniec końców niech jednak ważny będzie efekt w postaci zmiany, niekoniecznie na lepsze dla wszystkich.

Gotowałam odkąd pamiętam. Nie od razu wszystko się udawało. Mama łączyła pracę nauczycielki z prowadzeniem własnej cukierni, więc jeśli chciałam zjeść obiad musiałam go zrobić. Nie zliczę ile razy kuchnia była siwa od dymu, a zawartość garnków kończyła w toalecie. Mama nigdy nie dała mi jednak odczuć, że się nie nadaję, więc próbowałam dalej. Nigdy jednak nie sądziłam, że będę gotować zawodowo.

„Cześć, jestem szefową kuchni w Hadze. Wpadnij na wino.”

Dorota pochodzi z małego miasta, ale już na studiach szukała furtki do „większego świata”. Kluczem okazały się studia – Stosunki Międzynarodowe umożliwiły jej odbycie stażu w instytucjach Unii Europejskiej. Piętnaście lat temu nie wiedziała jednak, że to Haga stanie się jej domem, a Holandia ojczyzną jej dzieci.

Na miejscu poznała przyszłego męża – charyzmatycznego Włocha. Razem prowadzili restaurację, ale niestety nie dom. To, co poza pracą, było tylko na głowie Doroty. I, zupełnie nie nagle, a stopniowo, na obrazie idealnej polsko – włoskiej rodziny podbijającej serca mieszkańców Hagi daniami z Italii, zaczęły pojawiać się rysy. Zwykle źródłem problemów rodzinnych stają się pieniądze. Tu szczęśliwie nigdy ich nie brakowało. Tyle, że Dorota nie mogła z nich korzystać.

– Łączyłam wychowywanie chłopców z pracą w restauracji. Mąż nie uznawał prowadzenia domu za pracę, a  w jego oczach byłam tylko gospodynią. Nie szanował mnie, nie doceniał wysiłku. Choć pod pięknym domem stały trzy nowe auta, mi nie wolno było korzystać z nich bez pozwolenia i podróżowałam z chłopcami tylko rowerem.

Mąż miał do powiedzenia także bardzo wiele w kwestii jej wyglądu. Gdzieś w czasie kolejnej nocy (bo tylko wtedy pokazywał swoją drugą twarz), w której dotarło do niej, że dała wszystko, a nie ma nic. Dorota trzasnęła popsutym butem o podłogę i postanowiła zawalczyć. Nie miała pojęcia w jaki sposób utrzyma siebie i troje dzieci ani co będzie robić lub gdzie zamieszka. Czuła natomiast, że to ostatni raz, kiedy mąż poobcinał obcasy od jej butów, bo, jego zdaniem, wygląda w nich zbyt wyzywająco.

-Mąż jeszcze przez dwa lata potrafił krążyć pod moim mieszkaniem. Za każdym razem wzywałam policję. W końcu odpuścił. Zmienił się, o dziwo – na lepsze.

Po rozwodzie zrozumiał, że to, czego się nie pielęgnuje, łatwo można stracić. Angażuje się w wychowanie chłopców, zabiera do siebie, bierze udział w ich zawodach. Został ojcem kilka lat wcześniej, ale to, o co tak naprawdę chodzi w byciu tatą, dopiero po rozwodzie.

W ustach Doroty, po goryczy małżeńskiej porażki, przełknięciu strachu i mnóstwa łez, niezależność zaczęła smakować coraz bardziej. Alimenty wystarczyły na wynajem 3 pokojowego mieszkania z aneksem. Poza tym trzeba jednak jeść, finansować zajęcia dodatkowe i pasje chłopców. A przecież Dorota całe życie oddała rodzinie… I wpadła na pomysł, jak wykorzystać to oraz mentalność Holendrów.

Holandia, mnóstwo możliwości, jeszcze więcej problemów

Holandia jako odwieczny port i miejsce wymiany handlowej to prawdziwy tygiel kulturowy. dostęp do morza, lokalizacja, mieszanka kultur i narodowości szerokim echem mogłyby odbić się na zawartości talerzy Holendrów. Tymczasem Ci stronią od eksperymentów, coraz częściej wybierają gotowe dania, rzadko gotują w domu. Narodowe przysmaki? Polak wspomni o bigosie i pierogach. Holender? O grubo krojonych frytkach z sosem, serem lub mięsem w panierce. Fast-foodom dalekim od przekonań i smaków, które z domu wyniosła Dorota oraz te, które pokochała dzięki miłości do Włocha. Jednak jak to mówią – możliwości często zapakowane są w kłopot, ale o tym moja bohaterka dowiedziała się z czasem.

„Jestem warta miliony”

To wszystko działo się na wariackich papierach. Obsługa pierwszej, większej imprezy?  Na ponad 100 gości. Wszystko przygotowywałam we własnej kuchni. Jedzenie przetrzymywała na balkonie korzystając z dobrodziejstwa niskiej temperatury, nie spała kilka nocy. Pierwsze pieniądze pozwoliły jednak poczuć prawdziwą wolność i zrozumieć – nie ma odwrotu.

Dorota prowadzi firmę cateringową realizującą zlecenia na terenie całej Holandii. Jednym z jej stałych klientów została polska ambasada w Hadze. Nad nietuzinkowym połączeniem smaków z różnych kontynentów rozpływają się najważniejsi politycy Unii. A Dorota powoli rozwija skrzydła i szalony pomysł przekuwa w realny biznes.

Tęcza, kamienie, satysfakcja i łzy

– W pierwszych miesiącach po rozwodzie często byłam wzywana do szkoły. starszy syn nie radził sobie z sytuacją, potrafił całe zajęcia przesiedzieć pod ławką. Mogłam tylko tłumaczyć, dać mu czas. Podświadomie synowie to ją obwiniali za rozbicie rodziny i często dawali wyraz swojej złości. Chłopcy nie zdawali sobie sprawy, że między rodzicami dzieje się coś złego, bo całe dnie spędzali oddzielnie, a do awantur dochodziło, kiedy już spali.  Dziś są starsi i rozumieją coraz więcej. Skrzętnie skorzystają z czasu organizowanego im przez obydwojga rodziców. I z dumą opowiadają kolegom o tym, co w kuchni wyczarowuje ich mama, kiedy większość przeciętnych dzieciaków zajada w tym czasie mrożonki i fast-foody.

Co dalej?

Od rozwodu minęły dwa lata. Dorota powoli odzyskuję równowagę i zyskuje poczucie własnej wartości. Firma rośnie w siłę. Niestety minione zdarzenia odbiły się na jej zdrowiu – organizm nie znosi próżni, jeśli latami spychasz siebie na drugi plan, w końcu boleśnie upomni się o swoje. Niebawem Dorotę czeka operacja, ale jest dobrej myśli i oczami wyobraźni urządza swoją profesjonalną kuchnię. Od jakiegoś czasu jest w nowym związku, ale trauma nie daje o sobie zapomnieć:
– Jest mi dobrze. Spotykamy się, kiedy mam czas. Nie zamieniłabym tego na inny układ. Absolutnie nie biorę pod uwagę już żadnego ślubu. W końcu czuję się jednak ważna. I mam na czyim ramieniu się wyryczeć, kiedy jednak opieka nad trójką dorastających chłopaków, praca oraz poświęcanie czasu na rozwój, zaczynają mnie przerastać.

Jesteś warta miliony

W mieszkaniu Doroty uwagę przykuwa coś jeszcze. Zdanie zapisane na lustrze czerwoną szminką: „Jestem warta miliony”, a sama autorka uśmiecha się, kiedy o nim mówi i patrzy w swoje odbicie. Zdaje sobie sprawę jaka to ogromna zmiana. I jest bardzo wdzięczna innej emigrantce – Monice, która w Hadze prowadzi prężnie swój własny salon fryzjerski i nie mogła słuchać narzekania Doroty.
– Na każdej wizycie u Moniki ryczałam, że mi źle, w końcu tak mnie opieprzyła i półżartem kazała mi to napisać na lustrze. Pomyślałam, że nie mam nic do stracenia. Czułam się głupio, ale teraz lubię ten napis. Na razie niech wisi. Jeszcze sobie muszę przypominać.
___________

U Doroty spędziłam niezapomnianą dobę w czasie mojej holenderskiej przygody. Mam nadzieję, że jej historia będzie dla Was choć odrobinę tak inspirująca jak dla mnie i Karoliny. Na facebooku i instagramie znajdziecie strony Doroty, a na nich cuda, jakie potrafi wyczarować na talerzu:

INSTAGRAM LADY CHEF
FACEBOOK LADY CHEF

Piękne zdjęcia z naszego spotkania zawdzięczamy niezastąpionej Karolinie Paluszkiewicz z Forma Fotografia.

Z dużą dozą nieśmiałości i tremy pokazuję Wam swój pierwszy, bardzo skromny tekst formułą nawiązujący do reportażu. I z niecierpliwością czekam na opinie, czy taka forma znajdzie miejsce w Waszych serduchach, bo mnie, jako wyzwanie, bardzo kręci. Czekam na Wasze opinie.  Dorota także 🙂