Są pewne historie, które będą wzbudzać nasz uśmiech do końca życia – jak ta o tym, że w tłumie ludzi szłam sobie z gracją kulawej łani do kasy, co by dokupić małżowi deser do obiadu, a tłum zaczął mnie bacznie obserwować. Noszenie czegokolwiek, czego nie wolno wywalić, to dla mnie zawsze źródło adrenaliny, nie dowierzałam jednak, że może się ona tak udzielić. Tymczasem o uwagę tłumu i odwiedziny trzech ochroniarzy zawalczyła Lena, uruchamiając alarm w galerii handlowej.

Ok, nasza wina, fakt, ale musicie przyznać, że galerie handlowe to zło. Zło, które dodatkowo posiada także jądra ciemności, tzw. murowany pewniak w plebiscycie „koszmar rodzica” – autka na pieniążki – porozsiewane pojedynczo po całej galerii tak, że gdzie by się nie uciekało, zawsze się trafi właśnie na nie. Albo ulokowane zbiorczo w jednym miejscu, w ilości chorej. Bóg mi świadkiem, niech się wynalazca tego ustrojstwa ukrywa, bo kara śmierci jest oczywistą i wciąż nieadekwatną do popełnionej na rodzicach zbrodni.
Dzięki nim przy każdej wizycie w siedlisku zła nagrywamy kolejną część horroru „Lenka sce na autko”, który dramatyzmem i okrucieństwem bije na łeb „Piłę”.
Nie ma w tej walce uniwersalnej, skutecznej taktyki – odmówisz, zostaniesz najgorszym rodzicem roku, przy którym nawet ojciec alkoholik wypada świetnie, bo przez większość czasu śpi i nie prowokuje takich awantur. Zgodzisz się na jeden przejazd i przegrałeś. Tu sprawdza się dokładnie ta sama zasada, co przy jedzeniu – nikt nigdy nie był w stanie odłożyć paczki ciastek ani paluszków po wzięciu jednego. Z autkami jest tak samo, a nawet gorzej.
Jakiejkolwiek decyzji nie podejmiesz i tak zadzieją się rzeczy STRASZNE. Drobne i tak się skończą, dziecko i tak pozostanie niezaspokojone, dźwięk wszystkich autek i ciuchci przypomni o wszelkich chorobach psychicznych i oznakach obłędu, które tkwią uśpione w sekwencji Twoich chromosomów od pokoleń. Wszyscy tracą grunt pod nogami i nie wiedzą, co robić. Poza naszą Lenką…
Kiedy Lena odkryje, że histeria nie rozwiązuje problemów i nie rozmienia banknotów na drobne, zaczyna działać. I koncepcja z autkami sprawia, że ma u mnie tytuł przedszkolnego MacGyvera. A ja cztery zawały.
Otóż Lenon, niczym puma, skrada się w okolice kolorowych pojazdów, które ją interesują. Cichutko czeka aż jakiś zdezorientowany rodzic ulegnie swojej pociesze i wsadzi ją do wehikułu, który zabiera hajs i zdrowe zmysły. Wówczas ona wyskakuje „znikąd”, rozszerza oczy do wielkości, przy której pięciozłotówki mają kompleksy, uśmiecha się, zupełnie słodka i niewinna, jak gdyby taka była i pyta, czy może tes pojechać. Pojazdy zwykle mają dwa miejsca. Płacić za przejazd jednego dziecka to marnotrawstwo. Dlatego moje oszczędne dziecko podpina się i wsiada po kolei do każdego autka, za które nie płacą jej starzy. Jej starzy, czyli ja i małż, w tym momencie orientujemy się, że dziecko ZNIKNĘŁO.
Przerabialiśmy to tysiąc razy. Skok ciśnienia, kłucie w boku, przyśpieszony oddech – no nie ma szarańczy, zginęła, poszła z jakimś panem lub obcą babą nieświadomą i teraz na pewno urabia ją na frytki albo zaczyna się znęcać. Kilka takich sytuacji i nauczyliśmy się pewnej sekwencji niezbędnych do wykonania ruchów.
Po pierwsze nie zaczynamy od rozpaczliwego wrzasku i wypytywaniu, czy widzieli małą, cwaną dziewczynkę, bo to jak pytać, czy widział ktoś Kevina samego w domu. Najpierw rozpaczliwie łowimy ją wzrokiem i jak w końcu się nam uda – znaleźć skitraną i czyhającą na ofiary pchłę, rozgrywamy to na chłodno. Nie od razu wszyscy muszą wiedzieć, że dziecko, które manipuluje dorosłymi i wymusza darmowe przejażdżki, jest nasze. Nie żebym się wstydziła, ale mam dosyć tłumaczenia jak to się stało, że jej nie upilnowaliśmy, ludziom, którzy… jej nie znają. Powtarzam – pastuchy elektryczne nie są legalne, nie można ich stosować wśród ludzi i na trzylatkach. Sprawdziliśmy.
Adrenalina kiedyś nas wykończy, bo co będzie, kiedy ci rodzice się ZORIENTUJĄ i zażądają od nas zwrotu hajsu za przejażdżki?! Co, jeśli Lence jednak przejażdżki się znudzą i my, jak zwykle, będziemy szukać jej wszędzie, a ona w tym czasie będzie już pod niemiecką granicą handlować autami i łżąc ludziom w twarz, zapewniać, że „nie było bite„?

A ciut poważniej – to się zdarza. Każdemu, nie tylko roztrzepanej Radomskiej. Sekunda nieuwagi, minuta poświęcona na zawiązanie sznurowadła, dziecko zaatakowane przez mnóstwo bodźców, ciekawe i zdecydowanie zbyt dorosłe, żeby robić sobie wieś i spacerować z rodzicami… I nie ma. Co można wówczas zrobić?

Pomysł z pastuchem już obaliliśmy. Na szczęście w walce z wrogiem i w trosce o jego bezpieczeństwo wsparła nas technologia. Jesteśmy właśnie w fazie testów smartwatcha dla dzieci. I od razu wyjaśniam – nie jestem zwolenniczką kupowania dzieciom elektronicznych gadżetów, wie o tym nasz tablet, który poniósł srogą karę za wyświetlanie reklamy w czasie bajek. U nas naprawdę rządzą prymitywne rozrywki – zabawy w lekarza, jedzenie, pierdzenie w brzuch i czytanie książek, a nie żadne tam technologie. Z zegarkiem jest jednak inaczej.

Zegarek CALMEAN jest dedykowany nieco starszym dzieciom niż Lena albo cwanym tak, jak ona. Młoda daje go sobie założyć bez problemu, bo jest na etapie „bycia jus duzą” i „lózową„. Nie rzuca się w oczy jak telefon, który łatwo dziecku wyrwać i tylko kretyn albo ktoś kto nie jadł obiadu, dałby dziecku własny aparat. Zegarek spokojnie, bez kabla i prądu, pilnuje i chroni Lenona przed niebezpieczeństwem, a nas przed obciachem. Mamy pod kontrolą to, gdzie jest, a jednocześnie nie musimy się przyznawać, że to nasze dziecko…

Jak to działa?

Smartwatch ma dotykowy ekran, więc działaniem przypomina nieco smartfona. Nie jest nim i dobrze, bo kupowanie kilkulatkowi smartfona uważam za absurd, a jednocześnie jednak chciałabym wiedzieć, czy moje dziecko jest bezpieczne. Bo czy inni są z nią, to wiadomo, że nie. W telefonie można dodawać wybrane kontakty i tylko te będą mogły do dziecka dzwonić, a ono odbierać od nich połączenia. To świetna opcja dla w pełni komunikatywnych dzieciaków np. na początku podstawówki, ale i u kilkulatka znajdzie swoje zastosowanie, dlatego wydatek rzędu 299 zł, który sprawi, że dziecko będzie korzystać ze smartwatcha jako maluch i jako uczeń, wydaje mi się uzasadniony bardziej niż telefon i tablet, które kradną dziecko i sprawiają, że można mu nawet z ust wydrzeć ostatnią żelkę, a ono się nie zorientuje.

Zegarek nie tylko pozwala ukoić strapione nerwy zatroskanej matki, ale i.. pomaga uczyć dziecko samodzielności. Możliwość ustawienia budzika przypominającego np. o godzinie zbiórki, zakończenia zabawy, czy sprawdzenia, bez konieczności kontaktu, czy dziecko wróciło ze szkoły do domu, pozwala rodzicowi trochę odsapnąć, a pisklęciu dać do zrozumienia, że na zaufanie pracuje się od najmłodszych lat. Jak się to sprawdza? Po zalogowaniu zegarka w systemie CALMEAN na ich stronie, wpisaniu unikatowego numeru zegarka, ustawieniu np. tego, gdzie znajduje się strefa, którą uznajemy dla dziecka za bezpieczną, rodzic za pomocą telefonu może podejrzeć, czy – dziecko rzeczywiście nie opuściło terenu placu zabaw, na którym miało bezpiecznie się bawić, czy wróciło do domu, a w razie potrzeby – zadzwonić do niego.

U nas największy potencjał ma możliwość ustalenia lokalizacji dziecka nawet poza zasięgiem GPS, ćwiczymy już teraz – niezmordowanie tłumaczę, że żaden obcy człowiek nie będzie jej dożywotnio opłacać przejażdżek autkami, może liczyć tylko na nas, więc musi się pilnować. Na razie szkolimy naszą agentkę na ograniczonej przestrzeni – ustawiając budzik, instruując, jak ma się zachować i podglądając, czy rzeczywiście nie wymyka się poza ustalony teren, robi to, o co została poproszona, kiedy dzwoni telefon. Sporo przed nami, wszakże jej dorosła matka po usłyszeniu dźwięku telefonu najpierw krzyknęłaby „Zordonie, nie teraz!”. Niemniej jednak wilk syty i owca cała – Lenon bezpieczniejsza, ja ciut spokojniejsza, anonimowy tłum nie do końca świadomy, że to małe dziewczątko z różowym zegarkiem na ręce, to jego przyszła królowa lub dyktatorka. Rekomendujemy!

Koszt zegarka: 299 zł, nasz model – CALMEAN Child Watch Touch dostępny w 3 kolorach: żółtym, różowym i niebieskim. Dziecko może nie tylko odbierać przez niego połączenia od osób znajdujących się w książce telefonicznej urządzenia, ale i samo pod te numery dzwonić. Krzyczenie pod balkonem „Mamo, rzuć mi złotówkę na picie!” ostatecznie przeszło do historii!
Miesięczny koszt połączeń z telefonem to koszt miesięczny to 9,90 zł, w tym odnawialne 30 minut i pakiet danych do lokalizowania dziecka (wystarcza na cały miesiąc), można dokupić dodatkowe minuty:

v80-1-22-neutral-pic_sentar-1

  • 30 minut  – za 6 zł
  • 60 minut  – za 11 zł
  • 120 minut – za 17 zł

Lenon ćwiczy zdobywanie władzy nad światem i załatwiła Wam zniżki. Poznajcie łaskę królowej – jeśli zdecydujecie się na zakup smartwatcha CALMEAN do 22.12.2016 dla swojego cukieraska, to po wpisaniu kodu:

mamwatpliwosc20%

otrzymacie na swoje zakupy 20 procent zniżki. Zegarek dzieciom raczej się spodoba, a rodziców być może uratuje od obłędu. Tym razem 🙂

 

P.S. To premierowa rola Lenki w roli – modelki, testerki, youtuberki… Udostępniać jej stronę częściej? 

Tekst autorski Radomskiej, bo Lena (JESZCZE) nie pisze,  napisany w ramach współpracy z marką CALMEAN.