IMG_20160109_213605o Wszystko zaczyna się od uświadomienia sobie, że zrobiło się nudno i ciasno. Dawno nikt (nowy) nas nie wyprowadził z równowagi, nie lataliśmy z wywieszonymi jęzorami między urzędami, nie studiowaliśmy po nocach zasad tworzenia umów, nie schodziliśmy na zawał słysząc, ile kosztuje uzyskanie zwykłego podpisu notariusza. Serio, zawsze wydawało mi się, że gwiazdy mają fajnie, skoro rozdają swoje podpisy. Po 30 autorafie na pakcie z diabłem wraz z załącznikami, zwanym potocznie kredytem wiesz, że za żadne skarby nie chciałabyś być gwiazdą i podpisywać się wszystkim i wszędzie. Wtedy jeszcze nie wiesz, ile za podpis bierze notariusz, ale… Wszystko przed Tobą! Wróćmy jednak do początku komediodramatu z kartonami w tle.

Ot, siedzisz sobie na kanapie starego M, w głowie mielisz, co chciałabyś zmienić w swoim życiu i stopniowo wyciągasz wnioski. Mąż? Prawie nówka sztuka, szkoda zachodu, a jeszcze może trafi się gorszy? Dziecko? Zapomnij, nie możesz się doprosić, żeby zjadło kanapkę, a co dopiero zachowywało przyzwoicie. Pies? Swoją pogardą uzmysławia Ci, jak wiele znaczy dla niego Twoja pozycja. Wspominasz także ten nagły, skromny remont, kilka zmian, które miały zaspokoić tylko natychmiastową potrzebę, zostać szybko zmienione i…. Ogarnia Cię przerażenie. Wiesz, że wszyscy mają to w dupie. Mąż nie chce więcej dzieci, chyba, że będzie to argument, żeby odwlec lub zaniechać kupowania nowych rzeczy i malowania ścian („i tak pobrudzą i zniszczą”). Ty doskonale wiesz, że jeśli nie podejmiesz stanowczych działań, za 30 lat obudzisz się w dokładnie tym samym miejscu, na tej samej kanapie, słysząc od męża dokładnie te same teksty „Ale co Ci się tu nie podoba?!” ; „Przecież to jeszcze całkiem dobre!”. Zmieni się to, że będziesz starsza i brzydsza. Serio.

Jakże nudne byłoby życie gdyby nie zmiany? Skąd człowiek czerpałby adrenalinę, jak nie ze świadomości okręconego wokół szyi, niczym sznura  samobójcy, kredytu na tysiąc lat, który nie pozwoli już nigdy spokojnie zasnąć? Myśl pozytywnie- jakikolwiek problem, drobiazg, utrata pracy, sprawią, że tracisz wszystko, co masz. Przypomnij sobie o tym co rano, a po miesiącu sprawdź, ile dzięki temu zaoszczędziłeś na kawie! I rozpocznij przygodę.

Etap pierwszy: Szukanie mieszkania

Zaczyna się niewinnie, po cichutku, kiedy mąż nie widzi, rozpoczynasz tajną misję monitorowania rynku mieszkaniowego, żeby to, czego pragniesz, zyskało wizualizację, wycenę i ilość metrów kwadratowych. Absolutnie nie poruszasz tematu z partnerem, na razie niczego nie powinien wiedzieć, zaatakujesz wyposażona  w stosowną amunicję: linki, adresy, ceny, oferty, telefony. Musisz przygotować się na wszystko, aby w ostatecznym starciu pokonać partnera siłą argumentów, a nie siła pisku i histerii. O co chodzi? Wyobraźmy sobie taką scenkę: Informujemy partnera o pomyśle i przedstawiamy zarys.
Partner: CHYBA CIĘ POWALIŁO!!! KREDYT AN TYLE LAT?! TY WIESZ ILE TO KOSZTUJE?!?
A Ty wjeżdżasz w rytmie disco lat 70-tych z porównaniem wycen kredytów, rat, wizji ich spłacania , 15 planów awaryjnych i 23 zabezpieczeń oraz maślanymi oczami. Będzie tego tyle, że nie zdąży zadać konkretnych pytań. Będzie, zmieniając temat, uderzał dalej!

Partner: TY CHYBA NA ŁĘB UPADŁAŚ? WIESZ ILE KOSZTUJĄ MEBLE?! ŁÓŻKO?! NAROŻNIK?! MALOWANIE?!

I jedziesz, zupełnie przypadkiem, bo przecież nie knułaś nic za jego plecami, tylko osłaniałaś tyły,  z listą produktów niezbędnych, listą takich, które mogą poczekać, ich wyceną w kilku popularnych sklepów, wyceną u producenta, opisami renowacji starych mebli, a także listą farb wraz z cenami i prognozowanym zużyciem oraz czasem malowania w przypadku malowania samodzielnego/ przez fachowca/ przez fachowca po tym jak samodzielne okaże się kiepskim pomysłem, ale niestety zrealizowanym.

Potem?! Potem to już z górki! Jakieś 3 tygodnie awantur pt. „Wszystko robisz za moimi plecami!!!” , „O wszystkim chcesz decydować!!!”, „Nie tak się umawialiśmy” oraz w odwecie akcja pt. „Chodź pokaże Ci..” „pomóż mi wybrać poduszkę na sofę/ naklejkę na kontakt/ szczotkę do kibla” i partner najpewniej skapituluje.Uzna, że lepiej mieć święty spokój, dodatkowe pomieszczenia do ucieczki przed Tobą i pozostawić ci absolutnie wolna rękę w kwestii dekoracji wnętrz i doboru mebli.

Ten etap ma jeszcze równoległą część- szukanie mieszkania. Po rodzinnej przeprawie znalezienie mieszkania, które jest ładne, tanie, nie wymaga remontu, jest świetnie usytuowane, spełnia oczekiwania rodziny, jest neutralnie urządzone i stwarza wiele możliwości oraz właścicieli, którzy są normalni, chętni, by na każdym kroku transakcji pójść Ci na rękę, ugodowi, skłonni do negocjacji oraz po prostu mili, to już pikuś. Pikuś. 2-8 lat i można starać się o kredyt!

Etap drugi: Procedura kredytowa

Z bankiem to jest trochę jak z latawicą poznaną na dyskotece, która zgrywa dziewicę. Albo dziewicą, która zgrywa latawicę? Jakoś tak. Generalnie, na początku wszystkie banki łaszą się, jęczą, stękają, proszą, wchodzą w różne części ciała, skrzynki pocztowe, telewizory ze swoimi ofertami  i kuszą i nęcą jak owa latawica, czy dziewica, swymi walorami. Wszystko wydaje się takie atrakcyjne i łatwo dostępne. I już zakasujesz rękawy, wyciągasz łapki, a latawica, dziewica, czy tam bank zaczynają swoją gadkę:
No wiesz, ja nie wiem, czy jestem na to gotowa…
– Musisz poczekać, chcę Cię lepiej poznać…
A na pewno Cię stać? Wiesz, mam określone wymagania, nie chcę zmieniać swojego standardu życia..
Tak, wiem, że prawie się nie znamy, ale masz może dokument zapewniający mnie, że będziesz zarabiał wystarczająco dużo do śmierci, nagle nie umrzesz, nie zachorujesz, nie zwolnią Cię, a w razie czego Twoi bliscy z radością przejmą Twoje zobowiązania wobec mnie?

Takie kurwa- Weź mnie, ale nie dotykaj. Zatem z osoby namawianej, stajesz się namawiającą. A latawica, czy tam bank stają się marudną, niezdecydowaną babą:
ojej, daj mi czas, to nie jest dla mnie łatwe,
nie wiem, czy Ty to ten jedyny na lata,
skąd mogę wiedzieć,  że mogę Ci zaufać? Pojawiłeś się tak nagle, mówisz, że mnie chcesz…,
nie jestem jak inna, nie jestem łatwa…

Opadają Ci ręce i kolana. Majty też, ale zupełnie niepotrzebnie, bo jeżeli ktoś tu w ogóle zostanie wydymany to uwierz mi, tylko Ty i nie będzie to przyjemne. Weźmiesz latawicę na określonych warunkach do domu, coś tam zaiskrzy, a rano obudzisz się w nowej pościeli, w innym pokoju, z szafami pełnymi jej rzeczy i listą życzeń, o których nie wspominała wcześniej. A ona z miną nieskalaną rozumem oznajmi Ci, że włożyła ci karteczkę w kieszeń, kiedy nie patrzyłeś.W przypadku banku, budzisz się z jakimś płatnym ubezpieczonkiem, zmienną ratką, koszcikami, opłacikami i instytucją, która cie przekonuje, że o wszystkim wiedziałeś, bo było na tej kartce zapisanej czcionką 3 na którą przedstawiciel banku przypadkiem wylał kawę, kakao i budyń.
Etap niezależny: tworzenie wzorów umów

Na początku rżesz jak gimbus czytając o „stosunku własności”, ale po 56 zmianie paragrafu, 34 wersji dokumentu, uśmiech schodzi ci z twarzy. Nadal nie wiesz, jaki skrót klawiaturowy wstawia w wordzie paragraf, ale wiesz, że zawijas doprowadził Cię do takiego stanu, że w amoku byłbyś w stanie podpisać nawet list popierający wybór Jarka K. na papieża.
Etap zbędny i najgłupszy: przeprawa z doradcą finansowym

Idziesz tyyylko zapytać, co i jak, bo Piotr Adamczyk jakoś nie odpisuje na fejsie i nie odbiera telefonów. Zwykłe spotkanie- trochę jak z terapeutą- mówisz doradcy, że się boisz, że życie takie nieprzewidywalne, a doradca, że wcale nie i będzie dobrze i też dostaje za to pieniądze. Wszystko dzieje się tak szybko, coś ktoś powiedział, przedstawił dokument, kazał podpisać i… Znów. Znów dałeś się wrobić, a przysięgałaś sobie, że ten podpis na ślubie to ostatni raz, więcej nie pijesz, bardziej słuchasz.
Dziwnym trafem doradca twierdzi, że najlepszy kredyt oferuje bank X, że jest świetny, ludzki taki, ma ładne logo i wyśle Ci kartkę z życzeniami i ponagleniem zapłaty rat na święta. Będzie o Tobie pamiętał i kochał i wierzy, że go nie zawiedziesz. Pali Ci się grunt pod nogami, czujesz się znów, jak w tej bieli, w kościele, przed ludźmi, gdzie głupio się wycofać i mamroczesz w myślach „Trudno, wjebałam się, przynajmniej zaraz zjem ciepły rosół”.
I kiedy godzisz się z sytuacją, doradca, niczym bank, bawi się w dziewice i latawice. Łasi się, wydzwania, zaprasza. Z głupim uśmiechem oznajmia „ojejku, zapomniałam sprawdzić…”, „kurczaczek, nie powiedziałem o takim malusim drobiaździku„, „tak tak, wystarczy mi kopia dokumentów. Do jutra. Jutro przywieźcie oryginały, z podpisem prezydenta, naklejką z czarodziejką z księżyca i całym segregatorem karteczek do kolekcjonowania„. Łatwizna.
No przecież chce pomóc, no przecież od Ciebie nie bierze grosza. Super. Po 15 spotkaniu,  entym brakującym podpisiku, zaświadczonku, serii telefonów albo ciszy w strategicznym momencie masz jednak ochotę mu zapłacić. Zapłacić, żeby sobie już poszedł. No ale nie masz pieniędzy, bo w tak zwanym międzyczasie okazało się, że ten drobiazg o którym panzapomniał, to koszt usługi notarialnej, wyceny, ubezpieczenia i kolorowych cienkopisów dla pań z banku, które będą się przedzierać przez nie wszystkie i z nudów rysować siusiaki na marginesach. Ojejuniu.

Etap niezbędny i za drogi: kwestie notarialne

Władza bardzo się cieszy, kiedy Ci się w życiu powodzi, nie dlatego, że w ogóle ją obchodzisz, tylko dlatego, że jej powodzi się wtedy jeszcze lepiej. Władzę ma ten, od kogo czegoś potrzebujesz i komu musisz zapłacić. Notariusz może wyglądać jak pipa w krawacie, ale i tak jednym słowem przerwie przebieg transakcji na tydzień. Poda Ci swoją cenę i odpoczniesz od natłoku spraw i urzędów. Na OIOMie.
Podatki to też zabawna sprawa- kupujesz coś dla siebie,musisz zapłacić władzy, która nawet nie pomoże wnieść komody i posprzątać po parapetówce. Chcesz swoje komuś wynająć, masz na głowie szukanie odpowiedzialnych ludzi, mnóstwo formalności i kupę strachu, a jedno koi i pozostaje niezmienne. Włada stoi jak zaczarowana z wyciągniętą łapką i czeka, aż odpalisz jej podatek. Chcesz wynająć SWOJE KOMUŚ, to przecież logiczne, że kasa należy się JEJ?

Finalizacja – pakowanie, remoncik, przeprowadzka.

Po kilku miesiącach na hasła- kupno, sprzedaż, kredyt automatycznie dostajesz wysypki, a na Twojej skórze pojawiają się ropiejące wrzody. I właściwie nie wiesz, czy nie łatwiej było zmienić męża albo zaakceptować rozlatujący się narożnik.
Mąż ma już tiki nerwowe i moczy się w nocy, bo ilość stresu go przerosła. Musisz być dla niego delikatna. Skorzystaj z tego, że wyszedł umyć zęby albo tępo gapi się w sufit i wówczas spakuj wszystko, bo kto jak nie Ty wie tak dobrze, że te wszystkie gry nie będą mu już potrzebne, bo nie będzie czasu oraz wszystkie ubrania, bo nigdy nie będzie Wasz już stać, żeby gdziekolwiek wyjść. Selekcja jest niezbędna, żeby do nerwicy męża nie dołączyła przepuklina kręgosłupa. Cierpiałby strasznie w czasie malowania, a Ty… Musiałabyś wyjść, bo chyba trzeba mieć serce z kamienia, by móc patrzeć, jak ukochana osoba cierpi, prawda?

A właśnie… Malowanie. Dajesz słowo, że wszystko skrupulatnie wyliczyłaś, dopięłaś budżet i obiecałaś mężowi nerkę w zakładzie pt. „stać nas” i co… Cóż, na szczęście z jedną nerką da się żyć, a intensywne kolory we wnętrzach wspaniale się prezentują, więc możesz pomalować ściany własną krwią.

I już masz wpadać w euforię, jarać poczuciem zajebistości, cieszyć z sukcesu, kiedy zasiadasz w swoim nowym mieszkaniu i stwierdzasz, że:
– wszystko wygląda tak samo, bo nie było Was stać na nowe meble, wiec narożnik nadal się rozkleja
– zmieniło się to, że masz więcej podłogi do mycia oraz więcej okien do udawania, że nieumyte Ci nie przeszkadzają;
– nie dożyjesz spłaty kredytu;
– nabawisz się wrzodów;
– dziecko i tak panoszy się wszędzie tylko więcej i bardziej;
– mąż ma pretensje, że jest więcej i bardziej, ale brudno.

Da Dammm! Szczęśliwego nowego życia! 🙂

___________________________________

Pół żartem, pół serio i trochę gorzko,bo dużo się działo, ale mam nadzieję,że niedługo zaproszę Was na wirtualną kawę w moje, nowe miejsce. Takie niewykończone i remontowane po kosztach, ale z fotelem i kątem do pisania. Nareszcie! 😉

BĘDZIE EKSTRA. Tak, tak, a u Was takie zmiany przebiegają pewnie bez przygód i rewelacji? Pff, amatorzy 😉