Już wiem, jak zgłosić się do firmy XYZ i zaproponować im współpracę reklamową. Wiem też, że lepiej tego nie robić, poczekać, aż sami docenią, wtedy moja wartość mierzoną w PLN-ach będzie wyższa. Wiem, że banerki i inne migające pierdoły, ani nie sprawią, że się wzbogacę. Z pewnością jednak wkurzą czytelników. Usłyszałam, że powinnam od początku wprowadzać na blogu jakiekolwiek reklamy, żeby po pierwsze czytelnik się oswoił, a po drugie, żeby stworzyć wrażenie, że mój blog jest najlepszym miejscem. Na reklamy oczywiście.

Dowiedziałam się, że najlepiej zarabia się na wpisach sponsorowanych i konkursach, w których do wygrania są produkty firmy XYZ. Wiem, że powinnam budować swoją markę, przykładać się do komunikacji z czytelnikami, budować swój wizerunek i mieć dobry PR.  Oprócz tego powinnam pisać regularnie i często.

Wiem też, co robić, żeby skutecznie kamuflować pryszcze i worki pod oczami i w jakich włosach wyglądam najkorzystniej. Kurs makijażu, wizażu i stylizacji nauczył mnie, w jakich kolorach wyglądam dla innych lepiej, jak kamuflować za szerokie od pływania bary, podkreślać cycki, ukrywać płaską dupę i odsłaniać nogi.

Czytam i słucham o tym, co powinnam robić, żeby pisać lepiej i budować zdania trafniej. Chłonę wszystkie ludzkie opowieści i nawet, jeżeli w żaden sposób nie mogę ich do siebie odnieść, usilnie zastanawiam się, jak ich, choćby najmniejsze, fragmenty przekalkować na choćby literkę z własnego życiorysu.Słucham cudzych pomysłów na to, o czym powinnam pisać i czego nie powinnam mówić, jaka być i jakie kryteria spełnić, żeby odnieść ‚sukces’.I nadal nie wiem czego chcę, ale czego nie chcę wiem już raczej na pewno.

Fragmenty o zarabianiu bardzo pośrednio dotyczą tego, czego dowiedziałam się na Blog Forum Gdańsk. To, co mnie naprawdę wzbogaciło, przyszło do mnie jednak w czasie przerw na kawę, obiad, darmowego drina i entą szklankę soku na kacu. Bo poza tą całą propagandą sukcesów blogowych, między tymi,co ponoć już są znani i przechodzą innych już ich nie widząc, bo mają tak oczy wbite w przestrzeń, w której pewnie kreuje się przed nimi ich świetlana przyszłość, poznałam masę tych, którzy być może jak i ja, nigdy nie będą marką, internetowym celebrity. Robią jednak rzeczy zajebiste i mają odwagę o nich pisać, nawet jeżeli kierują te słowa do 5 osób, bo znaleźć w internecie 5 osób, które zainteresują się tym, co robisz Ty, a nie zaczną najpierw opowiadać o sobie, jest naprawdę trudne i zajebiście satysfakcjonujące.

Co to ma wspólnego ze mną?

Fajnie, że jest tyle osób, u których wzbudzam zainteresowanie. Nawet jeżeli  ma jedynie formę przelotnej rozmowy w kolejce po kawę.Ja się uczę słuchać i analizować uważnie każde słowo, żeby niczego nie przegapić.Ciągle się uczę od ludzi.

Uczennicą jestem roztrzepaną i niekonsekwentną, ale sporo już wiem. I ośmielę się napisać, że szczerze w dupie mam wszelkie metody budowania wizerunku, bo od posiadania wizerunku to są politycy, a fakt, że muszą mieć za sobą ludzi, którzy ich uczą jak nie narobić sobie wiochy w miejscu publicznym, budzi we mnie wstręt.  Dlatego nadal będę sobie robić wiochę i szalenie pozdrawiam chociażby Pana kelnera z hotelu w Warszawie, który tak uroczo obśmiał wieśniaczkę Radomską, bo zapytała, gdzie ma odnieść naczynia, żeby nie sprawiać mu kłopotu.

Szczerze mam w dupie to, że powinnam poginać  z gołą dupą, żeby żadnemu z przechodniów nie umknęło, że nie mam kalafiora na udach, jakby dopiero ich zdziwienie powoływało ten idiotyczny fakt do istnienia. Będę nosić pumpy, choć nie te tak szalenie modne, z miejscem na kupę, bo nie jestem facetem, więc nigdy się nie przyzwyczaję, że mi coś między nogami lata.

To świetnie, że ludzie czytają, co piszę i mają dla mnie tyle cennych rad, bo ja naprawdę ich słucham i się rozwijam, ale chcę pamiętać o tym, że wprowadzanie ich wszystkich w życie zaowocowało by tym, że moje pisanie nie byłoby już moje ani trochę, byłoby tylko zlepkiem cudzych oczekiwań.

***

Dostrzegam w tym wszystkim,co mnie ostatnio spotyka ogromny problem.

Nie umiemy sami sobie pomóc i doradzić, a pchamy się z (pseudo) serdecznościami w serca i dupska innych, często bez lubrykantu i cienia żenady. A gówno wiemy lepiej, bo gdybyśmy wiedzieli, to byśmy wprowadzali to w życie, świecąc przykładem, a nie gołymi dupami wstawionymi do obcałowywania wszystkich tych, którzy powinni piszczeć z wdzięczności. Wniosek jest jeden i żałosny – nikt nie wie lepiej ode mnie, co dla mnie dobre, ale i ja nie wiem lepiej od innych, bo każdy wie, co innego i forsuje swoje jako uniwersalną prawdę, której najczęściej we własnym życiu nie potrafi zainstalować.

To, że wiem inaczej, mniej, a nawet gorzej, nie ma jednak żadnego znaczenia i o dziwo, nie sprawia, że czuje się gorsza. Nie przeraża mnie fakt, że piszę w nieodpowiedni sposób, że zrażę czytelników, nigdy nie wydam książki i nie dostanę pracy.Bo popełniałam zbyt długo jeden pieprzony błąd. Tkwiłam w przeszłości biczując się za to, co mi nie wyszło, choć do kurwy nędzy nie wiem, czy miałam na to realny wpływ. Albo kuliłam się na myśl o przyszłości. Gdybym szła tym tropem w kwestii blogowania, zaczęłabym już kasowanie starszych idiotycznych wpisów, kminiła nad budowaniem swojego przyszłego wizerunku.

To oznaczałoby, że zmieniałabym się nawet jako blogerka. Albo w wystraszoną, zakompleksioną kurkę, która ciągle przeprasza albo cwaniakowatego jebakę, co to widzi przed sobą takie szerokie horyzonty, że może się nabawić lęku przestrzeni.

Z całym szacunkiem dla wszystkich przeżyć gatunku ludzkiego – to, że ktoś dorobił się miliona dolarów, nie znaczy, że wie, jak się robi pieniądze. To, że ktoś jest już uznany za blogera, który odniósł sukces (ten cały sukces to takie słowo klucz, słowo nic, bo znaczy tak wiele, że nikt za cholerę nie wie, co tak naprawdę się za nim kryje, poza wieczną ochotą na więcej i wiecznym niespełnieniem…), nie oznacza, że wie, jak to zrobić i robi to dobrze, więc niech w swoim wystąpieniu nie wyjaśnia innym, jak mają pisać, zwracać się do czytelników i kiedy, o ile w ogóle, używać ‚kurwy’.

Do blogujących

Pierdol to, kiedy mówią Ci jak często masz pisać i o czym, żeby się sprzedało. Nie handlujesz jabłkami, żeby je wpychać ludziom i dorobić się w jeden sezon. Pierdol rady dotyczące leadu, szablonu, czcionek, długości tekstów i akapitów, a skup się na treści. Nauczysz się sam, z czasem i będziesz się śmiał  z tego, że byłeś taki żałosny i tak wierzyłeś, że naprawdę masz światu coś fajnego do zakomunikowania.
Nie mam dla Ciebie recepty, co zrobić, żeby to, o czym piszesz, było ciekawe, wciągające i dobre. Nikt jej nie może mieć. Ty sam wiesz, co jest takie dla Ciebie i ja nie mam prawa wiedzieć lepiej, a to, że wiem co innego i co innego rusza mnie, to już moja prywatna brocha, a nie kwestia nad którą trzeba dyskutować. Nie pytaj mnie, ani innych, czy tekst jest dobry, najpierw to Ciebie musi przekonać, bo nigdy nie przekonasz wszystkich. To, że ktoś Ci powie, że to co robisz jest fantastyczne/ idiotyczne jeszcze nic nie znaczy. To,co Ty sam o tym myślisz, też nie. Więc nie zapomnij o tym, że wszystko jest relatywne, trzymaj dystans i … rób swoje.

I proszę, nie licz na komercyjny sukces, bo to jak posyłać dziecko do prywatnego przedszkola, żeby zapewnić mu posadę prezesa NBP.

Znam tych, którzy żyją z blogowania, ba, zazdroszczę im, ale zdaję sobie sprawę, że „wszystko dobre, co nie nasze”, więc robię swoje. Nie ma uniwersalnej recepty na sukces komercyjny bloga, czyli sukces wyrażany w złotówkach. I wiem, że Mądre Głowy twierdzą inaczej.

Czytałam te blogi, które zarabiają. Niektóre są świetne, ale ich zarabianie na siebie to rzadko efekt świetności i jakości. Większość z nich jest dla mnie raczej nijaka, ot zabłysnęły w odpowiednim momencie i dobrze dla nich, komuś się przecież musi udawać. Niektóre konsekwentnie budowały swoją markę opierając się na rzetelnych treściach i ciężkiej pracy ich autorów. Inne zasłynęły tekstami o kupie, dupie i zupie, rozbawiły gawiedź, a teraz twierdzą, że mają władzę nad umysłami.

Sukces każdego z tych blogów to zupełnie oddzielna historia, której w całości nie poznasz, bo ich autorzy podzielą się z  Tobą tylko tym, co dla nich wygodnie. Fajnie byłoby czerpać z cudzego doświadczenia, ale w tym przypadku opis ekstrakcji cudzej ósemki nie sprawi, że Twój ząb nagle przestanie Cie boleć. Rób swoje.

To, że mnie czytasz, to żadne świadectwo jakości moich tekstów, talentu, który może i posiadam, więc nie jestem dla Ciebie ani autorytetem, ani koleżanką, ba, pewnie nawet nikim, z opinią kogo będziesz się liczył. Mogłoby być jednak tak, że nigdy byś tu nie trafił. Mogłoby być tak, że byłabym sobie ot, jebnę z grubej rury, drugą Szymborską, ale nikt by mnie nie odkrył nawet i po śmierci.Bo w sieci jest masa tych, co za Szymborską się uważają, ale problem polega na tym, że naprawdę niewielu traci swój czas na drugiej Szymborskiej poszukiwanie. Olej wszystko to, co Ci się w tym blogu i tekście nie podoba i… rób swoje.

I przestań, kiedy przestanie Ci to sprawiać dziką frajdę i satysfakcję. Tylko tyle. I aż. I kropka.


I napisała to niezarabiająca (jeszcze kurwa mać 🙂 ) Radomska, co to nie spełniła jeszcze w zasadzie żadnego z największych marzeń,  gówno ma, ale jak dziecko w piaskownicy na blokowisku się z tego gówna cieszy jakby to była  z czekolada. O!

__________

Do zobaczenia (?) na FB:  Mam Wątpliwość