15 sierpnia – zgodnie z informacjami zawartymi w kalendarzach to Święto o znaczeniu i wadze niepodważalnym. Domyślam się, że jego religijny wymiar miał dla moich rodaków takie znaczenie, jak zamiana w marketach zwykłych reklamówek na ekologiczne. Olali by pewnie, jak każdy inny dzień, ale to przecież nie był roboczy poniedziałek, a wolna środa.
Od rana dało się słyszeć stukot obcasów osiedlowych Lambadziar zmierzających do kościoła – jednej z nielicznych instytucji, w tak ważnym dla nas wszystkim i świętym, bo przecież wolnym dniu, otwartą dla wizytujących. Za wodzirejem kościelnych imprez nie  przepadam, pod żadną czarną kiecką nie ukryje, że jest hipokrytą i może niektórzy uwierzą, że jego bęc to efekt niepokolanego poczęcia, a nie żerowania na naiwności Owieczek, ale ja nie. Poza tym zrzutka na takie wyjście zawsze przyprawia mnie o stres, bo nie ma tam żadnych ustalonych stawek, jak w każdym rozsądnym klubie, a każdy się licytuje, jakby przebicie piątki dychą gwarantowało wniebowstąpienie, albo przynajmniej dziką satysfakcję i lepszy humor. Kiedyś na pewno ministranci  w tych firankowych sukienkach zaczną tam stawać ze skarbonkami już przy wejściu i selekcjonować gości. A zabiegać o wejście do instytucji, w której człowiek, który oddzielił się od świata codziennych problemów amboną, powtarza mi, że wszystko, co we mnie dobre, jest boskie, ale nie moje, a tak w ogóle to powinnam przepraszać, że żyję, jakbym się o to prosiła i to jeszcze z soundtrackiem naprawdę kiepskiego DJ-a w tle. NIE. Ok, frustracja antyklerykalna i żółć wylana, czas przejść do sedna, czyli tego jak taki święty dzień należy święcić.
Pogoda jednak brzydka, fajne miejsca pozamykane, a dzień nadal wolny. Ratunkiem w takiej sytuacji jest oczywiście szatański wymysł amerykańskich koncernów propagujących konsumpcjonizm i zło tego świata, czyli kino. Radomska wizyta w tym przybytku jest motywowana skrajną desperacją i przemęczeniem wynikającym z sekwencji kiepskich zdarzeń, jakie są ostatnimi czasy jej udziałem. Nie bywam tam często, bo bardziej od popcornu i sekwencji zmieniających się kolorowych obrazków, wolę lekturę książki/gazety/etykiet środków czystości i sen. Jednak człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce, czasem też chcę zostawić mózg w torebce, bo ciąży.
Jako, że mam tendencję do dzielenia się z moimi czytelnikami wyznaniami, które nie mają żadnego sensu, ani znaczeniu, nie omieszkam rozpocząć kolejnego wpisu od kontrowersyjnego oraz idiotycznego wyznania pt. Nie lubię oglądać filmów. .  Nie będę się dłużej rozwodzić nad sensem tego stwierdzenia, ot, jedni lubią sado maso, a inni żelki, nad gustami się nie dyskutuje. Zanim tłum zbulwersowanych zacznie wykrzykiwać, że to niemożliwe, a znudzonych uśnie, potwierdzę –za oglądaniem filmów nie przepadam, ale raz na kilka miesięcy zdarza mi się pójść do kina. Piszę dopiero dziś, bo musiałam porobić coś ambitnego, ochłonąć i dojść do siebie.
Już przy samym wejściu do nowego kina urzeka mnie fakt, że wszyscy pracownicy są tak ładnie ubrani i choć zarabiają grosze to naprawdę starają się być bardzo mili i czuję się dzięki nim pewnie, czysto i świeżo jak wkładka Discrette. W wolne dni wszyscy są cholernie kreatywni, dlatego na dokonanie wyboru filmu mam kilka godzin, jakie spędzam w niekończącej się kolejce. Czasami to jednak za mało … I dzieje się rzecz zupełnie pospolita, znana wszystkim, którzy z nudów kupują przy kasie w markecie Orbitki. Poszłam na film z plakatu.
Recenzje to kompletnie nie moja branża, ale pozwolę sobie na parę słów, na temat dzieła, jakie dane mi było zobaczyć. Tak, wiem, chciałam się odmóżdżyć, ale w tym przypadku, wybierając „Magic Mike’a) (tracę chyba w waszych oczach…) – przesadziłam. Mało tego, nie dość, że postąpiłam tak idotycznie to jeszcze nie miałam litości i mszcząc się na moim towarzyszu za istnienie redtube’a, zmusiłam go do oglądania męskich dup wciśniętych w stringi wraz ze mną. Od środy oboje jesteśmy lesbijkami.
To, że film będzie kretyński, wiedziałam, miałam jednak przynajmniej nadzieję, że i zabawny, wszakże to nie polska komedia, żeby na wstępie pozbawiać się złudzeń. Towarzystwo jak zwykle dopisało. Pan siedzący obok już na reklamach strasznie zgłodniał i żarł chrupki, za co potem byłam mu serdecznie wdzięczna, bo tylko to chrupanie umożliwiało mi podtrzymanie kontaktu z rzeczywistością i zawstydzanie siebie samej świadomością , że tak, kurwa, zapłaciłam za to, oglądam i to dzieje się naprawdę.
Sąsiad pomylił trochę wizytę w kinie z pięciodniową wycieczką w góry, bo zabrał tyle jedzenia, że gdyby nagle w czasie seansu jakiś rudy psychopata zatrzasnął nas na sali i powiedział coś tak strasznego jak „zabiję Was” albo „w bufecie skończył się popcorn i orzeszki” to on jeden by przeżył. Nie jestem podła, widziałam minę sąsiada po 20 minutach seansu i zwyczajnie mu zazdrościłam. Gdyby film trwał kilka minut dłużej miałby przynajmniej czym rzygać.
Jak tak mocniej przeanalizuje to, co widziałam, to „Magic Mike” to prawdopodobnie film o uczuciach. Mówię prawdopodobnie, bo ich nie widziałam, gdyż rozpraszały mnie męskie nagie torsy, ale trudniej mi było dostrzec w nim jakąkolwiek fabułę, więc obstawiam uczucia. I trochę narkotyki.
Stary, teraz opowiem Ci coś, czego normalnie sama nie byłabym sobie w stanie wyobrazić, gdyby nie fakt, że sama to widziałam, uważaj:
Główny bohater mieszka w odpieprzonej jak panny na odpust, piętrowej chacie, która znajduje się w zasadzie na plaży, po której spaceruje kontemplując życie oraz striptizerskie układy choreograficzne. Jest striptizerem, ale nie dlatego, że to lubi i dobrze rusza dupą. Nie jest przecież kobietą, która w tej samej sytuacji jest po prostu przedstawiona jak sprzedajna szmata. Otóż ma ambicje. Od 6 lat oszczędza pieniądze (mieszkając w pałacu…) na rozkręcenie biznesu meblarskiego, bo robienie mebli to jego życiowa pasja, ponoć. Piszę „ponoć” bo przez dwie godziny seansu ani razu nie widziałam, żeby cokolwiek heblował. Biznesu nie może rozkręcić (mieszkając kurwa w pałacu…), bo bank, do którego przychodzi z plikiem gotówki uważa, że Mike nie posiada wydolności kredytowej, gdyż mając kasę w walizce, nie ma jej w banku. Mógłby co prawda chyba wpłacić te pieniądze na konto i rozwiązać ten problem, ale to zbyt proste, a proste rozwiązania są dla słabych. A Mike to nie taka popierdułka, potrafi przecież podnieść laskę wraz z krzesłem i seksownie marszczy czoło mierząc się z problemami.
W filmie pojawia się drugi bohater, taki bad boy, któremu Mike otwiera oczy i wyjaśnia, że prawdziwe życie jest smutne i nudne, a  jego sens stanowią dziwki, striptiz i narkotyki.
Uwaga, puenta!
Ziomek Mike’a przejmuje rolę przywódcy stada rozbestwionej zgrai striptizerskich ancymonów. Bo Mike zakochuje się w siostrze ziomka, która jemu też otwiera oczy i wyjaśnia, że dziwki, striptiz i narkotyki to jednak nie to, bo w życiu liczy się miłość i marzenia. A TERAZ NAJLEPSZE –  ON W TO KURWA UWIERZYŁ.
Główny bohater nie zaczyna heblować, nie objawia mu się Chrystus. Traci pieniądze, bo oddaje dług zdemoralizowanego przyjaciela-striptizera. Jest jednak szczęśliwy, bo ma kobietę, może porzucić hańbiącą fuchę i stringi już nigdy nie podrażnią jego odbytu. KONIEC
Wniosek z seansu nasunął mi się taki, iż za te 18 złotych to mogłam sobie kupić coś ładnego albo przynajmniej wino. I powiedziałabym, że to było straszne, że od widoku mężczyzn golących łydki i merdającymi przed kobietami pindolami skrytymi za brokatowym skrawkiem materiału, wolę już pornosy. Ich wyższość polega na tym, że tam się coś dzieje i nie trzeba czytać napisów.
Nie ma się z czego śmiać, bo dzięki wizycie w Cinema City dowiedziałam się o sobie i życiu paru rzeczy:
– jeśli facet idzie z Tobą na taki film, to opcji jest kilka: jest  gejem, idiotą, mścisz się na nim za oglądanie reżyserskiej wersji Władcy Pierścieni, albo po prostu strasznie Cię kocha
– jednak jestem zwolenniczką kultywowania podziałów płciowych. Niech mężczyźni spędzają wieczory z wyimaginowanymi kobietami z pornosów i obdarowują dowodami swojego spełnienia i satysfakcji blaty i klawiaturę, a kobiety niechaj chodzą na filmy o striptizerach, ba, niech sobie nawet wyobrażają, że to one są właśnie miziane przystojnymi genitaliami po twarzy, warunek jest tylko jeden. Na litość boską niech będzie to jednak nadal głębokie, niepodważalne i nienaruszalne tabu, niech nikt o tym z nikim nie rozmawia, nie obnosi się, nie szczyci, bo to tak jak powiedzieć, że czytanie Coelho działa jak psychoterapia i negowanie, że jest Krzysztofem Krawczykiem literatury…
I pytanie retoryczne i gorzkie, skierowane nie do Was już, a raczej do lustra
NO ALE CZEGO JA SIĘ SPODZIEWAŁAM?
15 SIERPNIA – ZGODNIE Z INFORMACJAMI ZAWARTYMI W KALENDARZACH TO ŚWIĘTO O ZNACZENIU I WADZE NIEPODWAŻALNYM. DOMYŚLAM SIĘ, ŻE JEGO RELIGIJNY WYMIAR MIAŁ DLA MOICH RODAKÓW TAKIE ZNACZENIE, JAK ZAMIANA W MARKETACH ZWYKŁYCH REKLAMÓWEK NA EKOLOGICZNE. OLALI BY PEWNIE, JAK KAŻDY INNY DZIEŃ, ALE TO PRZECIEŻ NIE BYŁ ROBOCZY PONIEDZIAŁEK,A WOLNA ŚRODA.

Od rana dało się słyszeć stukot obcasów osiedlowych Lambadziar zmierzających do kościoła – jednej z nielicznych instytucji, w tak ważnym dla nas wszystkim i świętym, bo przecież wolnym dniu, otwartą dla wizytujących. Za wodzirejem kościelnych imprez nie  przepadam, pod żadną czarną kiecką nie ukryje, że jest hipokrytą i może niektórzy uwierzą, że jego bęc to efekt niepokolanego poczęcia, a nie żerowania na naiwności Owieczek, ale ja nie. Poza tym zrzutka na takie wyjście zawsze przyprawia mnie o stres, bo nie ma tam żadnych ustalonych stawek, jak w każdym rozsądnym klubie, a każdy się licytuje, jakby przebicie piątki dychą gwarantowało wniebowstąpienie, albo przynajmniej dziką satysfakcję i lepszy humor. Kiedyś na pewno ministranci  w tych firankowych sukienkach zaczną tam stawać ze skarbonkami już przy wejściu i selekcjonować gości. A zabiegać o wejście do instytucji, w której człowiek, który oddzielił się od świata codziennych problemów amboną, powtarza mi, że wszystko, co we mnie dobre, jest boskie, ale nie moje, a tak w ogóle to powinnam przepraszać, że żyję, jakbym się o to prosiła i to jeszcze z soundtrackiem naprawdę kiepskiego DJ-a w tle. NIE. Ok, frustracja antyklerykalna i żółć wylana, czas przejść do sedna, czyli tego jak taki święty dzień należy święcić.

Pogoda jednak brzydka, fajne miejsca pozamykane, a dzień nadal wolny. Ratunkiem w takiej sytuacji jest oczywiście szatański wymysł amerykańskich koncernów propagujących konsumpcjonizm i zło tego świata, czyli kino. Radomska wizyta w tym przybytku jest motywowana skrajną desperacją i przemęczeniem. Nie bywam tam często, bo bardziej od popcornu i sekwencji zmieniających się kolorowych obrazków, wolę lekturę książki/gazety/etykiet środków czystości i sen. Jednak człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce, czasem też chcę zostawić mózg w torebce, bo ciąży.

Tak jest – nie lubię oglądać filmów i domyślam się, że to stwierdzenie sprawi, że moje zdjęcie zniknie dziś z niejednego pulpitu i wyświetlacza [*]. .  Nie będę się dłużej rozwodzić nad sensem tego stwierdzenia, ot, jedni lubią sado maso, a inni żelki, nad gustami się nie dyskutuje. Zanim tłum zbulwersowanych zacznie wykrzykiwać, że to niemożliwe, a znudzonych uśnie, potwierdzę –za oglądaniem filmów nie przepadam, ale raz na kilka miesięcy zdarza mi się pójść do kina. Piszę dopiero dziś, bo musiałam porobić coś ambitnego, ochłonąć i dojść do siebie.

Już przy samym wejściu do nowego kina urzeka mnie fakt, że wszyscy pracownicy są tak ładnie ubrani i choć zarabiają grosze to naprawdę starają się być bardzo mili i czuję się dzięki nim pewnie, czysto i świeżo jak wkładka Discrette. W wolne dni wszyscy są cholernie kreatywni, dlatego na dokonanie wyboru filmu mam kilka godzin, jakie spędzam w niekończącej się kolejce. Czasami to jednak za mało … I dzieje się rzecz zupełnie pospolita i niewłaściwa, znana wszystkim, którzy z nudów kupują przy kasie w markecie Orbitki. Poszłam na film z plakatu.Recenzje to kompletnie nie moja branża, ale pozwolę sobie na napisanie paru słów, na temat dzieła, jakie dane mi było zobaczyć.

Tak, wiem, chciałam się odmóżdżyć, ale w tym przypadku, wybierając „Magic Mike’a) (jeszcze bardziej tracę w Waszych oczach…) – przesadziłam. Mało tego, nie dość, że postąpiłam tak idotycznie to jeszcze nie miałam litości i mszcząc się na moim towarzyszu za istnienie redtube’a, zmusiłam go do oglądania męskich dup wciśniętych w stringi wraz ze mną. Od środy oboje jesteśmy lesbijkami.

To, że film będzie kretyński, wiedziałam, miałam jednak przynajmniej nadzieję, że i zabawny, wszakże to nie polska komedia, żeby na wstępie pozbawiać się złudzeń. Towarzystwo jak zwykle dopisało. Pan siedzący obok już na reklamach strasznie zgłodniał i żarł chrupki, za co potem byłam mu serdecznie wdzięczna, bo tylko to chrupanie umożliwiało mi podtrzymanie kontaktu z rzeczywistością i zawstydzanie siebie samej świadomością, że tak, kurwa, zapłaciłam za to, oglądam i to dzieje się naprawdę.

Sąsiad pomylił trochę wizytę w kinie z pięciodniową wycieczką w góry, bo zabrał tyle jedzenia, że gdyby nagle w czasie seansu jakiś rudy psychopata zatrzasnął nas na sali i powiedział coś tak strasznego jak „zabiję Was” albo „w bufecie skończył się popcorn i orzeszki” to on jeden by przeżył. Nie jestem podła, widziałam minę sąsiada po 20 minutach seansu i zwyczajnie mu zazdrościłam. Gdyby film trwał kilka minut dłużej miałby przynajmniej czym rzygać.

Jeśli dokładniej przeanalizuję to, co widziałam, to „Magic Mike” jest prawdopodobnie filmem o uczuciach. Mówię prawdopodobnie, bo ich nie widziałam, gdyż rozpraszały mnie męskie nagie torsy, ale trudniej mi było dostrzec w nim jakąkolwiek fabułę, więc obstawiam uczucia. I trochę narkotyki.

A teraz opowiem Ci coś, czego normalnie sama nie byłabym sobie w stanie wyobrazić, gdyby nie fakt, że sama to widziałam, uważaj:


Główny bohater mieszka w odpieprzonej jak wiejskie panny na odpust, piętrowej chacie, która znajduje się w zasadzie na plaży, po której spaceruje kontemplując życie oraz striptizerskie układy choreograficzne. Jest striptizerem, ale nie dlatego, że to lubi i dobrze rusza dupą. Nie jest przecież kobietą, która w tej samej sytuacji jest po prostu przedstawiona jak sprzedajna szmata. Otóż ma ambicje. Od 6 lat oszczędza pieniądze (mieszkając w pałacu…) na rozkręcenie biznesu meblarskiego, bo robienie mebli to jego życiowa pasja, ponoć. Piszę „ponoć” bo przez dwie godziny seansu ani razu nie widziałam, żeby cokolwiek heblował. Biznesu nie może rozkręcić (mieszkając kurwa w pałacu…), bo bank, do którego przychodzi z plikiem gotówki uważa, że Mike nie posiada wydolności kredytowej, gdyż mając kasę w walizce, nie ma jej w banku. Mógłby co prawda chyba wpłacić te pieniądze na konto i rozwiązać ten problem, ale to zbyt proste, a proste rozwiązania są dla słabych. A Mike to nie taka popierdułka, potrafi przecież podnieść laskę wraz z krzesłem i seksownie marszczy czoło mierząc się z problemami.

W filmie pojawia się drugi bohater, taki bad boy, któremu Mike otwiera oczy i wyjaśnia, że prawdziwe życie jest smutne i nudne, a  jego sens stanowią dziwki, striptiz i narkotyki.

Uwaga, puenta!

Ziomek Mike’a przejmuje rolę przywódcy stada rozbestwionej zgrai striptizerskich ancymonów. Bo Mike zakochuje się w siostrze ziomka, która jemu też otwiera oczy i wyjaśnia, że dziwki, striptiz i narkotyki to jednak nie to, bo w życiu liczy się miłość i marzenia. A TERAZ NAJLEPSZE –  ON W TO KURWA UWIERZYŁ.

Główny bohater nie zaczyna heblować, nie objawia mu się Chrystus. Traci pieniądze, bo oddaje dług zdemoralizowanego przyjaciela-striptizera. Jest jednak szczęśliwy, bo ma kobietę, może porzucić hańbiącą fuchę i stringi już nigdy nie podrażnią jego odbytu.

KONIEC

Wniosek z seansu nasunął mi się taki, iż za te 18 złotych to mogłam sobie kupić coś ładnego albo przynajmniej wino. I powiedziałabym, że to było straszne, że od widoku mężczyzn golących łydki i merdającymi przed kobietami pindolami skrytymi za brokatowym skrawkiem materiału, wolę już pornosy. Ich wyższość polega na tym, że tam się coś dzieje i nie trzeba czytać napisów.


Nie ma się z czego śmiać, bo dzięki wizycie w Cinema City dowiedziałam się o sobie i życiu paru rzeczy:

  • jeśli facet idzie z Tobą na taki film, to opcji jest kilka: jest  gejem, idiotą, mścisz się na nim za oglądanie reżyserskiej wersji Władcy Pierścieni, albo po prostu strasznie Cię kocha
  • jednak jestem zwolenniczką kultywowania podziałów płciowych. Niech mężczyźni spędzają wieczory z wyimaginowanymi kobietami z pornosów i obdarowują dowodami swojego spełnienia i satysfakcji blaty i klawiaturę, a kobiety niechaj chodzą na filmy o striptizerach, ba, niech sobie nawet wyobrażają, że to one są właśnie miziane przystojnymi genitaliami po twarzy, warunek jest tylko jeden. Na litość boską niech będzie to jednak nadal głębokie, niepodważalne i nienaruszalne tabu, niech nikt o tym z nikim nie rozmawia, nie obnosi się, nie szczyci, bo to tak jak powiedzieć, że czytanie Coelho działa jak psychoterapia i negowanie, że jest Krzysztofem Krawczykiem literatury…
  • etykieta Domestosu ma więcej z wodziereja, niż aktorzy, scenarzyści i choreografowie razem wzięci

***

I pytanie retoryczne i gorzkie, skierowane nie do Was już, a raczej do lustra – NO ALE CZEGO JA SIĘ  W OGÓLE SPODZIEWAŁAM?