Nie, nie napiszę ani słowa o cmentarnych zjazdach wszystkich Lambadziar w kożuszkach, kapelusikach i makijażach inspirowanych amerkańskim Haloween. Niech się cieszą, że będzie chłodno i w końcu dane im będzie wyglądać (nie)stosownie i (nie)elegancko. Nie napiszę o mojej obsesji związanej ze szpilkami, których właścicielki z impetem wbijają je w ubitą ziemię zakłócając spokój rozkładającym się ciałom, ale budząc pożądanie u tych, którzy jeszcze mogą stać i czuć, jak przyjemnie krew pulsuje im w członkach.

 

 

Nie zatroszczę się o nerki podlotków i panienek w miniówkach tak kusych, że pewna jestem, iż choć nie wyposaży ich  ten dzień w żadna  głębsza myśl, to na bank w  zapalenie pęcherza.  Ani słowa nie dodam o konkursie pt. „Kto pamięta bardziej i kocha mocniej” czyli prześciganiu się w rozmiarach zniczy o dzikich stylizacjach i wzorach, w wymyślnych kompozycjach wieńcowych. Nie skarcę tematów rozmów znad grobów – o pogodzie nie takiej jak kiedyś, o wzdęciach, remoncie i rozwodach kuzynki bezwstydnej. Przekraczanie pewnego poziomu żenady sprawia, że wyśmiewanie staje się śmieszne samo w sobie i zupełnie niepotrzebne. Nie trzeba wyjaśniać, że wznosimy dla bliskich błyszczące pomniki tylko po to chyba, żeby  1 listopada móc się w nich swobodnie przejrzeć.

Dzisiaj ciężko nas wzruszyć. Na cmentarzu widzimy tylko rzędy  marmurowych płyt, na które zwracamy uwagę tylko wtedy, kiedy  zwinnie przemykamy w stronę grobów swoich bliskich i uważamy, żeby nie uflagać pantofelków i nie uderzyć się w łydkę. jemy na cmentarzach obarzanki, nie karcimy gówniarzy, którzy potrafią łoić też tam tanie wina. Obce nam refleksje, że za 50 lat, za rok, albo jeszcze w tym tygodniu to nas wsadzą w buty trumiaki i drewniane pudełka z gołych dech obszyte białym płótnem. Tak bardzo to dla nas straszne i odległe, tak bardzo nie o nas i jeszcze nie teraz, że to wydaje mi się chyba najzabawniejsze.

To okropne żyć lat 5, 50 czy 500 i zostawić po sobie tylko marmurową płytę i za wszystkie trudy dostać bukiet plastikowych kwiatów z gałęziami sztucznych iglaków. Niesprawiedliwe, że na tytuły na nagrobkach zasługuj tylko wykształceni i Ci, którzy zdążyli coś zrobić, którym się coś udało, bo przecież wszystkim nam się wydaje, że jeszcze czegoś dokonają, że i im się uda.

Dlaczego podziwiamy tylko tych, których nie znamy? W czym gorsze od zasług tych Wielkich, są gorsze zasługi zmarłej Jadzi, która 35 lat obsługiwała w spożywczym ludzi z całego osiedla, zawsze z uśmiechem, choć od środka wpieprzał ją smutek i rak? Powinniśmy w domu gromadzić książki o anonimowych ludziach, przecież każdy przeżył coś godnego uwagi i zasłużył na spisanie jego biografii. Moglibyśmy czytać o Romanie leżącym pod szarym pomnikiem w trzeciej alei miejscowego cmentarza, żeby 1 listopada odwiedzić jego grób i zaśmiać się pod nosem, na myśl o wspomnieniu rozdziału, w którym narrator opisuje, jak to Roman po pijaku z działki kwiaty kradł sąsiadom i żonę na kolanach błagał, żeby go do domu wpuściła.

Nie mamy czasu czytać. To  chociaż może jedno zdanie na nagrobku? Dwa nawet? Takie, które z niewzbudzającego żadnych uczuć postawi nam przed oczami obraz konkretnego człowieka?

Marian zmarł w wieku 58 lat. Miał długi i chorobę alkoholową, ale i syna, którego strasznie kochał. Po prostu mu nie wyszło.
Jaś żył 6 miesięcy. Uwielbiał zabawę w ‚patataj’ i miał najpiękniejszy uśmiech, choć wyposażony tylko w jedną dolną dwójkę.
Tadeusz lat 74. Mimo zbyt wysokiego cholesterolu nigdy nie porzucił swojej życiowej miłości – schabowych smażonych przez, bliższą sercu niż owy cholesterol, żonę. Można powiedzieć więc, że zmarł w imię tego,co kocha.
Krzyś lat 7.  Lubił LEGO i wozy strażackie, a w przyszłości chciał zostać pilotem. Nie zdążył.

 

Chodzilibyśmy wzdłuż cmentarnych alejek i mogli sobie wyobrazić ludzi, nie tylko z krwi, która już w nich nie krąży i kości, które będą rozkładać się najdłużej, ale z nawyków, uśmiechów, sukcesów i gaf. Takich samych jak my. Może to w jakiś sposób uzmysłowiłoby nam, jakie to szczęście, że w kwestii naszej przyszłości, poza nieuniknioną śmiercią, jeszcze nic nie wiadomo. Może zostaniemy pilotami, albo zjemy bez konsekwencji kolejnego schabowego. Może uda się nam coś zrobić lepiej, albo przynajmniej dodać sobie otuchy, że w którymś momencie nie byliśmy z tym wszystkim sami. Nie jesteśmy i nie będziemy.

jeżeli, daj Boże, Bóg jest, to chwała Bogu, ale natomiast jeśli, nie daj Bóg, Pana Boga nie ma, to niech nas ręka boska broni…

Zawsze w okolicach tego święta mam problem z rozkminkami dotyczącymi wiary. Nie przekonuje mnie Bozia z obrazów i obietnica nieba, jeśli tylko będę wystarczająco dobrą dziewczynką. Chyba bardziej grzeją mnie już te znicze, nawet żałosne z bombkami, niż świadomość tego, że ktoś wystawi mi kiedyś rachunek. Ponoć największy procent niewierzących znajduje się wśród ludzi z wyższym wykształceniem. Im wystarcza siła racjonalnych argumentów i faktów zamiast zabobonów i modlitw. Przynajmniej dopóki są zdrowi. W coś jednak wierzę, ale nazywam to sensem. Sensem umierania. I im starsza jestem, tym bardziej uzmysławiam sobie chyba, że umieranie nie może być straszniejsze od życia. A jeśli nawet, to przecież mamy morfinę…

Panicznie bałam się śmierci, ba, nawet podziwiałam samobójców za odwagę. Bo, że życie potrafi być dziwką, to każdy dobrze wie i to też dodaje mi jakoś otuchy. A co i jak z tą śmiercią, to przecież tak do końca nie wie nikt. Chociaż może lepiej nie wiedzieć? Kiedy jednak zza kolejnego zakrętu wyłania się jakaś, choćby najkrótsza prosta, to współczuję wszystkim tym, którzy już takiej ulgi nie doświadczą. Śmierć jest mądra. A przynajmniej morfina skuteczna. To wiem, odkąd dotknęłam śmierci Walecznego Podopiecznego.

Mądra jest starość w swojej niedołężności, ograniczeniach i bólu, która obrzydza nam życie po to, żeby łatwiej nam było  odejść. I to dziecinnienie na starość też jest dla nie majstersztykiem. Gdybyśmy świadomie dźwigali wspomnienia wszystkich swoich przeżyć, nikt z nas nie dożyłby narodzin wnuków. Po prostu nie dałby sobie z takim ciężarem rady.

Na prawie już zakończenie

Nie apeluję o oddawaniu się jakimś głębokim przemyśleniom, bardziej o roztropną jazdę autem i nie rzucanie kurwami w drodze, że znów trzeba gdzieś jechać i marznąć. O odrobinę cierpliwości dla znienawidzonej ciotki, przecież ostatni raz widzieliśmy ją na jakimś weselu idokładnie rok temu, na cmentarzu. Najbardziej niemile widzianych należy zwalczać myślą, że przecież i oni kiedyś odejdą i będziemy tęsknić za ich wkurzającym biadoleniem nad grobami.

Tylko fajnie by było, żebyśmy poza zimnem i zmęczeniem poczuli jeszcze tęsknotę i radochę. Tęsknotę za takim na przykład moim dziadkiem Cześkiem, który nigdy nie napakuje mi już w worek słomy, żebym mogła zjeżdżać na nim z górki i nie zapyta, czy lepsza jest pomidorówka czy rosół i nie będzie wkurzał pytaniem,gdzie ja tak ładuje to jedzenie pod nos i wpychaniem w tajemnicy przed babcią weków do mojej torby. I radochę z tego, że nikt jeszcze nie wkurwia nas tymi lampkami i plastikowymi kwiatami, że możemy się jeszcze cieszyć z dostawania czekolady, a nie dziesiątki różańca. i żeby przeżywanie czegoś „głębiej i mocniej” nie kojarzyło się już tylko z kwestiami aktorów z pornosa.

__________

Ej, zaryzykuję, zadając to  absurdalne pytanie – A co wy byście napisali na swoim nagrobku?

Ja, że lubiłam milkę toffi i zieloną herbatę. I mimo tego, że trochę za szybko czas zamknął mi mordę, która zwyczajowo nigdy się nie zamykała, to fajnie że zdążyłam kochać, cierpieć, cieszyć się, narobić parę głupot i kilka nie najgłupszych rzeczy też. I że umarłam jako jedyna taka, co to nigdy nie była w Zakopanem ani na prawdziwych wakacjach za granicą, ha. I że jak ktoś mi położy jakiegoś chwasta na grobie, to autentycznie zmartwychwstanę i umrę z zażenowania raz jeszcze.

Tyle ode mnie. Spokojnego Święta Zmarłych, Moi Drodzy.


-Przestań! Przestań! – krzyknęła nagle żona porucznika Scheisskopfa i zaczęła walić go nieudolnie pięściami po głowie.
– Przestań!

Yosarrian zasłonił się ramieniem pozwalając jej przez kilka sekund wyładować kobiecą furię, po czym łagodnie, ale stanowczo, chwycił ją za przeguby i posadził ją z powrotem na łóżko.

– Dlaczego u diabła się tak denerwujesz?- spytał ze zdziwieniem, skruszony i rozbawiony zarazem – Myślałem, że nie wierzysz w Boga

-Nie wierzę  – powiedziała wybuchając gwałtownym płaczem – Ale Bóg, w którego nie wierzę, jest Bogiem dobrym, sprawiedliwym i miłosiernym, a nie złym i głupim, o jakim ty mówisz…

Paragraf 22, str. 195-196.

__________________

kto szuka na fejsbuku, ten znajdzie: Mam Wątpliwość