Okres przedświąteczny to taki magiczny czas, kiedy to nagle, pod fałdami skóry, kości, gdzieś między płucami a żołądkiem, odzywa się w ludziach coś na kształt resztek człowieczeństwa, potocznie zwanego sumieniem. Sumienie to strasznie problemowa sprawa, dlatego to super, że w czasie świąt,  żołądek napychany obfitościami stołów rozrasta się na tyle agresywnie, że przepycha sumienie gdzieś w okolice kręgosłupa.
konkretniej – kości ogonowej.
A dosłownie – umieszcza w dupie.
To zapewnia nam święty spokój na cały rok. Nie licząc kilku nielicznych zrywów, które tak jak sodą oczyszczoną zgagę, można sumienie ukoić wysyłając jakiegoś charytatywnego smska dla fundacji TVN ‚Nie Jesteś Drań’ czy wziąć udział w akcji ‚I Ty Możesz Zostać  świetnym Samurajem’.


Ale święta dopiero za chwilę  (na szczęście za dwie chwile z hakiem będzie już po i wszystko wróci do normy). Tymczasem jednak zróbmy coś dobrego i fajnego, żeby sumienie, które zjada nas jak stres i nerwica pracowników korporacji, w końcu odpuściło i dało już spróbować kawalątek serniczka i łyżenunię barszczyku.

Kupmy karmę dla zwierząt do schroniska, to takie szlachetne! Dużą! Z małą nie opłaca się jechać, jeszcze nas wyśmieją. Wrzućmy do koszyczka z charytatywną zbiórką paczkę ryżu, przecież nie zbiedniejemy, bardziej się chyba nie da,co?  No dobra, paczkę ciastek, niech się biedne dzieci też ze świąt cieszą, no niech mają! Obejrzyjmy jeden świąteczny blok reklamowy! SZYBCIUTKO, ZANIM MAGIA CZŁOWIECZEŃSTWA PRYŚNIE i zdążymy się spocić.

A teraz ciut poważniej…

Jesteśmy dorośli. Fajnie, że sumienie odzywa się w nas kiedykolwiek, ale szkoda, że tak rzadko i tak na krótko. Radomska jest sceptyczna – wobec sztucznych drzewek z Chin i tych prawdziwych, wycinanych i hodowanych, żeby postały sobie w mieszkaniu tydzień i umiliły paniom domu czas koniecznością upierdliwego zamiatania. Radomska dorosła i chyba za stara – ani bombeczka, ani lampeczka, ba, nawet lizak choinkowy nie jest w stanie wydusić z niej westchnienia. Bo Radomska wierzy to co mówił Edi – święta są wtedy, kiedy my tego chcemy. A nam to się nawet w święta świąt nie chce.

Do brzegu

Dziecięcy oddział onkologiczny. Spróbuj znaleźć bardziej chwytające za serce, medialne,  poruszające ludzi aż do rdzenia kręgowego miejsce. Małe łyse główki, wyczerpane fizycznie i psychiczne matki z sinymi od płaczu oczami,  karykaturalnie kolorowe ściany i wnętrza, które ponoć mają pomóc dzieciom zapomnieć, gdzie i dlaczego się znajdują.

Do siódmego roku życia jakoś łatwiej. Boli, często bardzo, jest dziwnie i nudno, ale jak trwa to większość życia, a dla niektórych taki rok to już owa większość, to w absurdalny sposób można przywyknąć. Odruchowo bać się pielęgniarek i igieł, jak każde dziecko, bo każde dziecko boi się rutyny. Dlaczego  łatwiej? Bo takie dzieci nie znają  sensu paru ważnych i strasznych słów. Myślą, że takie umrzeć, to zostać z mamą, tylko być niewidzialnym jak Kacper, przyjazny duch.

Starsze wiedzą, ale nie można przecież ciągle i bez przerwy się bać. Od tego są mamy przykute do metalowych łóżek, one nigdy nie przestają. Jak grzyby po deszczu wyrastają na ich twarzach kolejne zmarszczki, tyją, chudną, ale po prostu stają się niewidzialne, bo najważniejsze jest dziecko. Kiedy im się przypomni to nawet jedzą, ale tak, jakby wszystko było pozbawione smaku.

To nie jest straszna opowieść. To po prostu wycinek, fragment, opis uproszczonego obrazka. Tam też słychać śmiechy i wieje nudą, jest berek, chowany i „ALE JA NIE CHCĘ ODRABIAĆ LEKCJI”. Bo to świat wbrew pozorom bardzo podobny do wielu innych. I jak każdy z nich, niepowtarzalny i unikatowy.

Tam nie wolno wnosić za dużo powagi i smutku. Każdy ma jej w tym miejscu pod dostatkiem i spokojnie mógłby obdzielać odwiedzających, ale nie robi tego, bo Ci i tak niewiele pojmą. I lepiej żeby nie wiedzieli.

Takich miejsc jest bardzo wiele i  wcale nie muszą się nazywać Dziecięcą Onkologią. Mogą być Schroniskiem, Hospicjum, Fundacją, rodziną z sąsiedztwa, czymkolwiek i kimkolwiek, co spycha się w kąt świadomości i prosi, żeby tak nachalnie nie istniało i nie przypominało, że życie bywa niesprawiedliwe, nieznośne i podłe. Ale są.

Przypomina się nam jakoś tak teraz, albo mniej więcej od połowy grudnia. Sponsorzy, paczki, prezenty, datki, szał macic i mosznowych worków. Jest tak ciepło i serdecznie. Nie bywam w innych niż onkologia miejscach,tym bardziej przed świętami, ale tam i właśnie wtedy, miałam ochotę wyrwać misję dzieciakowi po chemii, bo myślałam, że i ja się porzygam.

Nie zrozum mnie źle, to bardzo fajnie, że  w ogóle i kiedykolwiek pomagamy. Lepiej tyle i rzadko niż wcale i nigdy. I naprawdę wiem, że wszyscy jesteśmy egoistami i nigdy nie robimy nic bezinteresownie, a chociażby po to, by poczuć się ze sobą lepiej. Ja wszystko rozumiem. Strategię marketingową  wielkich firm, które sponsorują wymarzone prezenty, udzielają wywiadu telewizjom i mówią o miłości do dzieci, też. Dzieci dostają paczki, a firmy  naklejkę Super Hiper Przyjaznej Firmy Że Ojej. Cudnie. Ale za rok nie przyjdę, jednodniowe spektakularne cuda, znieczulają na wciąż za małą liczbę tych zwyczajnych i codziennych, a niezbędnych.

Wolę, kiedy dzieci mają tyle energii, na ile pozwala im stan zdrowia, a nie o ile prosi Pan w garniturze, który pozuje z nimi do zdjęcia. Wolałabym, żeby dzieciaki odwiedzali tatusiowie, których sytuacja choroby dziecka boleśnie zbyt często przerasta, zamiast sławnego aktora, który tylko dlatego, że jest sławny i gra w serialu, roszczy sobie prawo, żeby wchodzić ludziom na sekundę w życiorys i pytać o przebieg choroby i rokowania, tak jak pyta się przechodnia o godzinę.

A widok pięknej, zdrowej, wymalowanej i strojnej bardziej niż oddziałowe choinki miss Polski, województwa, gminy czy powiatu, która stoi z porcelanowym uśmiechem i czapie Mikołajki odgarniając piękne długie włosy, pośród grupki zapatrzonych w nią jak w księżniczkę, łysych, małych gapiów, wkurwia najbardziej. Za bardzo przypomina jak bardzo wszystko jest nie tak, jak trzeba. Niesprawiedliwe.

Ale to nie moje święta, więc uśmiecham się i chwalę wystrzałowe prezenty, bo wiem, że dla niejednego malucha to jedyny podarunek w tym roku. Bo mama nie ma pieniążków. Bo za rok nie będzie prezentu. Albo, co tak straszne i realne, samego malucha.

Jeśli jednak mogę wyrazić swoje zdanie, wolę rytm i rutynę codzienności tego miejsca. Niezmordowany zapał zapaleńców, więź wyczuwalną tak łatwo pomiędzy matkami, które w całym tym dramacie nie chciałyby być gdziekolwiek indziej na świecie, bo świat nie zrozumie tak dobrze tego,co czuje cierpiąca matka, jak cierpiąca matka z sali obok. Śmiechy tych, co czują się lepiej i ciszę dobiegającą jeszcze głośniej z pokoików, gdzie  potrzebny spokój.

Działania niewidzialnych rąk, które za plecami malują ściany, kupują wyposażenia do szkół nawet wiosną, kombinują pieniądze na remonty, dowozy, dofinansowania, obozy i leki. Ich działania nie są spektakularne i nie nadają się do głównego wydania wiadomości, ale są nieustannie i niezmordowanie, chociaż ciągle niestety za rzadko i za mało.

Niech minie szybko ten świąteczny blichtr pełen wyzwań, pięknych deklaracji i uniesień, żeby zostało w nas choć odrobinę więcej świątecznego zapału na cały rok.

Ja wiem, że wszystko, co moglibyśmy zrobić, to tylko kropla w morzu potrzeb.

Ale z czego składa się ocean jak nie z kropel właśnie?

_________________________________________________________________________________________________________

 

SPOKOJNYCH ŚWIĄT i umiejętności nie proszenia życia o więcej dla siebie, życzę.

 

I dziękuję za wsparcie w spełnianiu świątecznego pragnienia Magdziochy 🙂 Nadal na  Was liczę, bo jeszcze sporo jest do zrobienia.

________________________________________________________________________________________________________________

No ale piszcie mi na fejsbusiu, jakie święta be, cacy, jak się nażarliście, albo pożarliście z kimś i jak bardzo jesteście grubi :*

Facebook: Mam Wątpliwość

e-mail: radomska_to@op.pl