zlentkiem6mcy

Hej Bezdzietna i jednocześnie dzieci nie planująca!

Pozwalam sobie pisać do Ciebie i daję sobie do tego prawo, bo doskonale pamiętam kim i jaka byłam stojąc na Twoim miejscu. Zarzekałam się, że nigdy nie będę miała dziecka, albo, że nastąpi to za nieokreśloną liczbę lat- kiedy będę dojrzała, gotowa, spełnię  kilka marzeń, popłacę rachunki, zarobię na kredyt. Szczerze?Panicznie bałam się siebie w tej roli i udawałam, że życie samo mną tak kieruje, że na dziecko miejsca zabraknie. Lubiłam swój styl życia, wolność i wypieszczony egoizm i nie chciałam/bałam się z niego zrezygnować w imię nieznanego, przerażającego, a co najważniejsze- nieodwracalnego. A potem to samo życie sprawiło, że wydałam na świat nowe życie. I co?

No dla Ciebie w zasadzie nic. Jeśli wydaje Ci się, że będę teraz piać z zachwytu nad córką i gloryfikować nowe doświadczenia- rozczaruję. Moja córka i moje doświadczenia są moje, opisuję je tylko dla tych, których to interesuje- temu docelowo poświęcam ten blog, ale nie ten wpis. W żaden sposób nie wartościuję Twoich wyborów i decyzji i uwierz mi, że absolutnie nie mam czasu,by wywierać na Ciebie jakąkolwiek presję. Nawet jeżeli nie zgadzam się z Tobą to.. daję sobie do tego prawo. Nie pozwalając jednak na wpieprzanie Ci się w życiorys.

Nie uważam, że macierzyństwo jest jedyną słuszną drogą dla każdej samicy ludzkiego gatunku. Uważam,że powinno być realizowane świadomie, ale to,że często, tka jak w  moim przypadku, nie jest, to też nic strasznego – gdyby dzieci miały tylko te, które czują, że powinny i są gotowe, ludzki gatunek by wymarł, a najbardziej inteligentni wyginęli by pierwsi, bo na dzieci by się nie odważyli. Żałuję tylko, że wiele kobiet zasłaniających się swoją niezależnością, wolnością i egoizmem nie urodzi dziecka nie dlatego, że nie chce, tylko dlatego, że twierdzą, że nie chcą, a dlatego, że boją się, że się nie nadają. Myślę, że można zostać fajną mamą nie mając kurewsko pojęcia w co się człowiek pakuje. Ale Ciii.. Radomska, nie Twoja macica, życie sprawa! Nie o tym ten tekst. A o szacunku.

Twoja macica jest Twoja i dysponujesz nią w dowolny dla siebie sposób. Ja urodziłam i jaram się dzieckiem, którego nie planowałam, choć każde inne i nie swoje chciałam utopić po dwóch godzinach.Ty nie musisz. Nic nie musisz, ja Ci niczego nie każę i nie próbuję udowodnić, że wybrałam lepiej- może trochę się puszę i przesadzam z pianiem z zachwytu, ale wiem, że po drugiej stronie muru, za którym stoisz ze swoją nienaruszoną macicą, akustyka jest taka, że dociera tylko,co znasz z autopsji, pojęcia o poznanym już smaku -zmęczenie,gorycz, rozczarowanie, wkurwienie. I próba zrównoważenia i zagłuszenia tego jakimkolwiek pojęciem związanym z rodzicielstwem jest bezsensowne,bo nie masz o tym pojęcia. Tak jak ja o inżynierii, fizyce etc. Nie piszę po to,żeby wytknąć Ci coś, a wyrazić zrozumienie- 2 lata temu też nie miałam i kiedy ktoś próbował mnie przekonać, że macierzyństwo jest super, to chciałam mu zwymiotować na buty, posadzkę i dziecko.

Piszę z prośbą o szacunek. Moje życie przewróciło się do góry nogami. Podjęłam się zajebistego wyzwania  – poza przeżyciem swojego życiajak najlepiej, jestem odpowiedzialna za życie własnego dziecka. Już na zawsze kocham kogoś absurdalnie i umieram ze strachu o to, czy będzie szczęśliwy. Miotam się i gubię i jest mi bardzo ciężko. Tak jak tobie być może, tyle, że zupełnie innych powodów. Nie mam ochoty, czasu, ani siły na walki i utarczki słowne. Nie mam ochoty słuchać też, że babram się w kupach, przeżywam debilizmy związane z ząbkowaniem czy ekscytuję się czymś dla Ciebie żałosnym. To,w czym się babram, co przezywam i czym ekscytuję, to jak w Twoim przypadku, moja osobista sprawa, choć nie zawsze wybór (czasem konieczność, ot, żeby nie zwariować).

Chcesz pogadać, co w macierzyństwie piszczy- wpadaj na kawę. Nie chcesz o tym słyszeć, spoko. Chcesz mi opowiedzieć,co u Ciebie i jak wygląda świat bez dziecka- chętnie posłucham i będę się jarać, bo pamiętam smak życia bez dziecka i naprawdę uważam, że było smaczne, choć coś w tyle głowy zawsze mówiło mi, że na krótką metę, po której przekroczeniu byłoby za późno na zmiany.

Będziesz mnie próbowała przekabacić i udowodnić, że popełniłam błąd, a przede wszystkim obrazić mnie albo moje dziecko… Podziękuję i wyproszę. Skoro Twoja praca, pasje, osobowość są dla Ciebie świętością i domagasz się respektowania swojej wolności, ja domagam się o nieokreślanie mojego dziecka bachorem, wpadką, mnie oszołomem, kimś, komu macierzyństwo wyżarło mózg, kto poświęcił się na ołtarzu rodzicielstwa. Bo moje rodzicielstwo to znacznie więcej niż zapłodniona komórka jajowa i nie nalegam, żebyś to zrozumiała,ale uszanowała.

Mówisz, że Cię oceniam? OK, może trudno mi zrozumieć nawet po kilku miesiącach, że wolisz wygodę (edit: lub cokolwiek innego,co po prostu, zwyczajnie, do mnie nie przemawia!) od bezgranicznej miłości, ale kto powiedział, ze moja bezgraniczna miłość nie przyniesie mi bólu i cierpienia, którego będę pragnęła się zrzec w imię innych problemów, wyzwań i możliwości wyboru. Nie mam pewności, ze robię dobrze, nie mam pojęcia, czy lepiej niż Ty. Niemniej jednak życzę Ci, żebyś naprawdę czuła się ze sobą i swoim życiem komfortowo. Bo wiesz, nie masz pojęcia jak wygląda mój dzień, jaką cenę płacę za swoje szczęście i jak boli, kiedy z boku, ktoś kompletnie niewtajemniczony komentuje, że nie daję rady, że powinnam zadbać o siebie, chociaż często nie mam czasu na podstawowe potrzeby, że nie wolno mi się zatracić, że powinna się oddać dziecku w całości, że.. Och kurwa mać, popatrz, ja też czuję, że ciągle ktoś ode mnie czegoś chce, wymaga i ocenia, uważa, że marnuję sobie życie, uwierzysz? Tyle, że coraz częściej się zastanawiam, czy Ci „wszechwiedzący inni” to przypadkiem nie moja własna głowa i własne lęki, że nie daję rady.

Im bardziej opowiadasz mi o presji i oszołomach-matkach, tym bardziej jestem sceptyczna. OK, matki bywają toksyczne i nadgorliwe, muszą ocipieć na punkcie swoich dzieci, bo inaczej by nie przetrwały, gorzej kiedy próbują do tego ocipienia przekonać psa, kota wszechświat kanarka i proboszcza. Niemniej jednak, kiedy słyszę, że ktoś Cię do czegoś namawia, skłania, zobowiązuje, zmusza… To..

Dla mnie Presja Społeczna to w większości przypadków własne demony, wątpliwości i kompleksy. To nie wina modelek, że mamy problemy z samoakceptacją, to nie wina matek karmiących cyckiem, że tym z butlą się nie udało albo wybrały inaczej i je to gryzie. Naprawdę nie siedzimy w piaskownicy i nie plujemy z oburzeniem, że wolisz cokolwiek innego, niż robisz Ty. A jeśli są takie, to ja ich nie znam, nie rozmawiam, potępiam i nie zamierzam zbierać batów za ich głupotę.

Zastanawiam się tylko po cichu, ile w tym Twoim niechceniu wątpliwości, rozdarcia, ale to nie moja sprawa, więc będę cicho. Ty nie obrażaj mnie, ani mojego dziecka. Po prostu przestańmy się wartościować i oceniać.

Punkt wyjścia miałyśmy podobny, ja skręciłam, ale żadna z nas nie idzie na skróty i żadna nie wie, dokąd dotrze. Nie mamy argumentów żeby się mądrzyć i pchać w swoje życie z nogami. Nie musisz lubić mojego dziecka, dopóki go nie obrażasz. Mogę nie rozumieć Twoich decyzji, ale nie mam prawa ich krytykować.

Świat ma naprawdę kawał miejsca, pomieścimy się.

Bo wiesz „szanuję to, że wybrałaś kupy, jaranie się zębami i siedzenie w domu” brzmi jak „szanuję, że jesteś pusta, wolisz życie egoisty,bo nie stać Cię na poświęcenie i wybierasz wygodę zamiast zaangażowania” – Jak według Ciebie brzmi owe „Szanuję”? Bo ja mam ochotę wepchnąć je autorowi w dupę.

Dużo spokoju, miłości, zgody z samą sobą, satysfakcji Ci życzę.
Zupełnie tak jak sobie. Bo dużo nas dzieli, ale od nas zależy czy mur zamieni się w przepaść nie do pokonania.

Pozdrawiam,

Ola.
___