Szanowna Sąsiadko!

Już od dawna boksuję się z myślami, czy aby na miejscu jest to, bym zwracała Pani uwagę i moralizowała, będąc dużo młodszą i mieszkając na tym samym piętrze. Bądźmy jednak dorośli – ogląda Pani telewizję tak głośno, że mam wrażenie, że oglądamy ją razem, miałybyśmy o czym rozmawiać, a ja dzięki Pani mogę zaoszczędzić na abonamencie radiowo – telewizyjnym. Pierwsze lody zostały przełamane. Ponadto wiecznie otwarte drzwi do Pani domu i niosące się przez otwartą przestrzeń zapachy sprawiają, że klatka schodowa jest jedynie przedsionkiem do apartamentu z naszych dwóch mieszkań połączonych razem. To akurat nie jest zbyt komfortowe, bo mąż średnio zorientowany – jedzenie wyczuwa Pani, a oczekuje go ode mnie i przy naszym stole. Musimy się zgrać. A Pani ewentualnie gotować większe porcje.

Listy z wiadomością przykrą winno się zaczynać pozytywnie i radośnie, owinąć tą kupę w postaci prawdy jakimś wyglancowanym frazesem i kurtuazją, zatem uwaga, zaczynam. Ma Pani problemy z uważnością, zatem użyję dużych liter – PANI SYN JEST SZALENIE SYMPATYCZNY. Czy inteligentny, nie wiem, bo mam wrażenie, że nadal gaworzy, ale miły na pewno, szczególnie, kiedy czegoś chce. Oczywiście nie zawsze promienieje, no ale wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i miewamy różne humory, niemniej jednak, kiedy syn ma na piwo to ewidentnie mógłby ze mną na tej klatce nawet tańczyć. Układa się nam świetnie, wyczekuję momentu, aż nazwie mnie swoją kierowniczką, szefową, kiedy tak naprawdę drobne z mojego portfela uczynią mnie w jego rozkojarzonych oczach boginią. Sreberko odhaczone. Coś śmierdzi, więc albo dochodzimy do sedna, albo muszę wyjść z psem. Przepraszam.

Pierwsze tygodnie, nim zorientowałam się, że Pani nie dosłyszy, a Pani, że nie noszę czerwonych okularów, żeby ludzie chcieli się do mnie tulić jak do Jurka Owsiaka, były trudne. Uroiłam sobie, że Pani mnie nie lubi, bo żaden z moich suchych żartów nie wywołał uśmiechu na Pani zmartwionej twarzy. Na szczęście to nie ja jestem nieśmieszna, a Pani przygłucha, więc nie szkodzi. Mogłaby Pani dać jednak jakoś znak, silenie się na bycie miłą przez całe 9 pięter i podróżą windą to naprawdę wyzwanie po całym dniu udawania normalnej i niezdradzania tego, co się myśli tak naprawdę. Gdybym wiedziała, to najzwyczajniej kucnęłabym sobie w kącie windy i popłakała przed wejściem do domu, gdzie dla odmiany muszę udawać, że mam jeszcze siłę. No ale wybaczam, niedopatrzenie, w końcu jesteśmy sąsiadkami, musi być sztama, nie? Aczkolwiek widok mnie, mamroczącej i uśmiechającej się sztucznie, wizja bez fonii, musiał być przerażający, bo wbijała się Pani nieraz w ścianę windy tak mocno, że, daję słowo, zaczęłam wierzyć, że ktoś tu przeniósł Narnię i niewiele jeszcze wiem o nowym osiedlu. Problemy ze słuchem nie są powodem do żartu i musiałabym upaść bardzo nisko.

(z naszego, dziesiątego, to byłoby nawet bolesne. Rozumie Pani? Że niby z dziesiątego upadanie takie śmieszne. Ok. Nieśmieszne. Przepraszam. O czym to ja…? A! Wiem.)

Kiepski słuch rozwiązuje jednak nasz wspólny problem – ja nie muszę się martwić, że mój pies zatruwa Pani cały dzień szczekaniem, Pani nie musi go słuchać i właściwie tylko psa szkoda, że się tą mordą nadrze, a nikt go nie słucha. L4 na depresję psa dadzą? O, temat psa sam się nawinął, Patrz Pani, jak znalazł, w kontekście tego sreberka, gówna, relacji, prawdy, windy i całej reszty. Nie wiem, jak to Pani powiedzieć, bo sprawa nie jest prosta, a ktoś już dawno powinien. Muszę zachować się jak prawdziwy mężczyzna i spojrzeć prawdzie w twarz, nie tylko dlatego, że czyta pewnie Pani z ruchu warg. Otóż chodzi o Pani Psa. To znaczy o to, co Pani rozpaczliwie i niezmordowanie wyprowadza na spacer i nazywa Dżekusiem. Bo on… Nie żyje. Bardzo.

Wiem, że dziwnie to usłyszeć od obcej osoby, ale niech mi Pani uwierzy, od męża słyszeć, że się jest za grubą to wcale nie jest jakaś szczególnie radośniejsza perspektywa. Po prostu te słowa musiały wybrzmieć – możliwie jak najszybciej i najdelikatniej – Dżekuś is, kurwa mać, dead i naprawdę pora go pochować, a nie usilnie uczyć aportowania wypadających zębów w czasie schodzenia ze schodów. Zapyta Pani, skąd to wiem. Coś rzekłabym o fakultecie z socjologii i zamiłowaniu do obserwacji, ale… Nie no, zdradził go smród. Na początku myślałam, że to Pani, potem, że mieszkanie, a na koniec uznałam, że to jednak Dżekuś. Aktualnie sądzę, że to bez znaczenia, bo smród to smród, winda to winda, a wentylacja w windzie to pic na wodę. To nie koniec rzeczowych argumentów.

Dżekuś ma mętne gałki oczne. Gdyby był  żywym psem z mętnymi gałkami, to nazywałby się kaleką a tak, takie stworzenia, co niby wodzą wzrokiem, ale nie widzą, nazywa się eksponatami. Tego już byłoby w sumie za dużo – głucha staruszka i ślepy pies, oboje bez refleksu i nawigacji. Grzech się śmiać, strach nie bać. Wyższość Dżekusia, który zostałby wypatroszony nad Dżekusiem, który wypatroszony ewidentnie nie jest, polegałaby na tym, że nic by z niego nie wyciekało. Może warto byłoby rozważyć taką możliwość, kiedy już się Pani pogodzi z jego odejściem? Ok, rozumiem, to nie jest odpowiedni moment. Z faktami jednak nie wygramy – ciecz, którą mylnie odbiera Pani jako mocz, a która tak naprawdę stanowi po prostu wypełnienie trzewi i wodę z mózgu, którego już Dżekuś nie ma, więc sobie pozwala frywolnie wyciekać, nie jestem tym, co pragnę oglądać każdego dnia pod swoimi drzwiami. Dziecko moje jak tylko widzi zbiornik wodny, to natychmiast się drze, że nie umyje głowy i pragnie w niej skakać. A sama Pani przyzna, że widok trzylatki taplającej się w świecących adidasach w zawartości trzewi psa, nie jest tym, na co ma się ochotę o siódmej rano i przed śniadaniem. Mi to się multiplikują, niezatarte jak kałuża wrażenia, bo dodatkowo słyszę, jak się ona wtedy cieszy. I ja doceniam, że chce Pani jakoś tej sytuacji przeciwdziałać, ale przez wycieranie klatki schodowej  żaden pies nie trafił szybciej do nieba, proszę mi uwierzyć, cokolwiek innego nie opowiadałby dozorca i świadkowie Jehowy.

Kolejnym dowodem na to, że Dżekuś już odszedł jest fakt, iż ma wyjebane na miejsce i czas. Po prostu, kto jak kto, ale Dżekuś nie musi się już przejmować przemijaniem, ulotnością chwili i takimi tam. Najlepsze ma już za sobą, więc po co to roztrząsać i do tego wracać? Każde żywe stworzenie pokonywałoby te 10 schodów do windy szybciej nawet bez nóg, niż nasz poczciwy Dżekuś wspierany przeciągiem i ciąganiem na sznurku. Żeby chociaż kółka miał, to by się dzieci cieszyły pod blokiem i jedno przez drugie chciało powozić. A tak? Dobrze, że Dżekuś nie żyje, bo na pewno byłoby mu przykro, że sobie raczej nie pojeździ.

Ok, nie wzbudziło w Pani podejrzeń to, że Dżekuś nie porusza się sam, nie szczeka, nie reaguje na wołanie, nie oddycha, a ciągnięcie za sznureczek (które powoduje, że Dżekuś wydaje rzężenie, jego lewa tylna nóżka wygina się wbrew zasadom i konstrukcji – w poprzek kolanka) nie w prawia go w ruch w naturalistyczny sposób, niczym istotę choć odrobinę żywą.  Opowiadała mi Pani, że z Dżekusia to kawał skurwiela (oczywiście wiem, że ma Pani na myśli czas, kiedy żył, bo teraz czym on niby może zawadzać? Tylko tą lewą, tylną łapką, jak mu się zadrze o schodek i odchyli…) – nigdy się nie dawał głaskać, nie okazywał wdzięczności, zżerał co popadnie i dla rozrywki lubił swoją pańciunię w rękę upierdolić. To trochę wyjaśnia – lepiej martwy pies niż podły pies. Teraz to go Pani może przynajmniej głaskać. I nie zagłaszcze na śmierć, haha! Nie no, to już było wyborne, gdyby tylko Pani mogła to usłyszeć!

Odrobinę powagi. Ja rozumiem, że przy synu chlejusie to każde, zdechłe stworzenie, zdaje się być lepszą alternatywą, tym bardziej, że w sumie z nich obydwu niekontrolowanie coś wycieka, jednak pies ma nad synem taką oto przewagę, że pieniędzy nie kradnie i żreć nie woła, zdecydowanie łatwiej go kochać. I zawsze mniej wstyd za coś, czego się nie wydało na świat, ale, jak własne, żywi i znosi mimo nieudogodnień, braku pożytku i smrodu. No ale dość o synu, rodzinne sprawy Wasze mnie nie interesują dopóki zechce Pani mieć zamknięte te cholerne drzwi. Ja mam propozycję. Dżekusiowi zorganizujemy huczny pogrzeb pełen wrażeń – połączony ze skokiem przez zsyp ciemnym tunelem jak na bungee tyle, że bez liny. Niech wie, że jak mu Pani groziła, że jak jeszcze raz odwali, to go Pani z 10 piętra wypierdoli, to nie żartowała. Słowność to bardzo rzadka w dzisiejszych czasach cecha. A smutek po Dżekusiu zetrzyjmy jak plamę z trzewi i mózgu – po prostu mopem.

Pani jedzie sama tą windą z Dżekusiem, bo on we mnie wlepia te mętne gałki i błaga martwym wzrokiem, bym już powiedziała Pani w końcu, że zdechł, a ja nie mam odwagi. Głównie ze względu na smród i niezręczną ciszę w windzie, ale trochę też emocje. Każda kochała kiedyś jakiegoś nic nie wartego skurwiela i wiem, jak ciężko przejrzeć na oczy…

POZOSTAŃMY W KONTAKCIE, DODAJ SIĘ DO LISTY NEWSLETTERA 🙂