Nie chcę się chwalić, ale jestem najfajniejszą mamą Lenona na świecie. Może to nieskromne, ale to fakt – drugiej takiej matki Radomskiej zwyczajnie nie ma. To poczucie wyjątkowości pielęgnuje w sobie starannie jak nigdy i żaden kwiatek na moim parapecie. Brak konkurencji utrudnia trochę weryfikowanie tej mojej fajności, ale ja swoje wiem. Jestem przecież mamą Lenona. Dziś o tym, dlaczego fajnie jest byś mamą trzylatki.

A Lenka jest przekonana, że znam odpowiedzi na wszystkie pytania świata i nie ma nigdzie mądrzejszej niż ja. To ja się mierzę z pytaniami – dlaczego pająk ma aż tyle nóżek i gdzie się chowa księżyc? Czasem nie wiem, a jeśli ja nie wiem, to znaczy, że nie wie nikt. Skoro mama nie wie, to musi być tak bardzo skomplikowane, że nie warto drążyć. Wystarczy zapytać jeszcze szesnaście razy, upewnić się u taty i babci Krysi i już. Autorytetu mamy się nie podważa.

Wymyślam najfajniejsze bajki. Za każdym razem kiedy układam opowieść o rodzinie robaków, które budują sobie dom w jej buzi, wlepia we mnie te ślepia okrągłe jak monety, przełyka pianę, by rozbudować wątek spaceru babci robakowej i trzech niesfornych kuzynów bujających się na kiełkach – jacy by byli dziś niegrzeczni, Lelol zawsze wysyła ich na lody.
Ile to już razy układałam scenariusz porannej przemowy „wyższość bluzki z motylkiem nad ulubioną z Misiem i Maszą, która jest wiecznie w praniu i trafia tam, nim zdążę przecisnąć ją Lence przez głowę”? A ile przygotowany tekst olać i na prędce, za pięć siódma, pertraktować – bo albo bluzka będzie z kotkiem albo ona nie wstaje. O kunszcie mojej dyplomacji świadczyć może bezsprzecznie fakt, że ostatecznie zawsze się jednak wyczłapuje. Choćby po ciastko.

Mamy trzeba słuchać, wszyscy tak mówią, a że mamą jestem ja, ciąg logiczny wywodu jasno wskazuje, kto ma zawsze rację. Ja ustalam zasady, a jeszcze fajniejsze jest to, że ja mogę je też zmieniać. Dlatego kategorycznie zarządzam czasem jedzenie lodów na obiad, warzyw na kolację. Albo na odwrót, tudzież zupełnie inaczej. Mamie się nie podskakuje, a odpowiedź na każde pytanie dotyczące tego, dlaczego robi tak, czy siak, jest prosta i genialna jednocześnie:

Bo może.

Jestem pierwszą instancją, jak na razie najważniejszą. Zatem jeśli ja, mama, mówię – nieuprasowane jest spoko, to znaczy, że tak jest, a własne zasady sobie Lena ustali, jak będzie starsza. Wtedy to Boziu, nawet mi nie będzie przeszkadzać bluzka bez zagnieceń i podrzucę jej do prasowania parę fantów.

O swojej nieprzeniknionej wiedzy na temat zjawisk wszelakich już wspominałam. A jako, że rozwijam się wielopłaszczyznowo, nie mogę zapomnieć o krzepie i sile fizycznej. Ileż to razy mówię sobie -nie doniosę tych siat do domu, a donoszę. A raczej połowa mnie, bo reszta się wypaca i rzuca na chodnik razem z siarczyście wypluwanymi spod nosa kur…mi. A kreatywność? Panie zmiłuj się i przypomnij, bom straciła rachubę, ile to razy wymyślałam obiad z niczego, kiedy krzepy, by iść po siaty nie zabrakło, ale chęci i czasu owszem? I cierpliwość moja nie zna granic. Myślałam, że owszem, ale Lena ciągle je przesuwa, czasem mam wrażenie, że poza horyzont, hen hen daleko, tam gdzie jest już tylko personel w białych kitlach, wygodne swetry wiązane na plecach i możliwość przespania nocy.
I wiesz co, jestem też najzabawniejsza, choć pewnie trudno Ci w to uwierzyć. Mi też, ale sprawdzam codziennie – naśladowanie pierdów, wygryzanie pępka, zabawy w ganianego i chowanego, nawalanie się poduszkami, gilgotki połączone z deklaracjami, że każdą część ciała przyprawię i zjem, bawią ją ciągle do łez. Choć skłamałabym, gdybym rzekła, że występują u nas jedynie łzy szczęścia. Bywają i te rozpaczy, kiedy palnę, iż zabrałam Lenie nos, a ta histeryzuje z tęsknoty. Albo pokroję kanapkę, która akurat dziś miała być podana w całości, ale komunikat podprogowy, jak smsy w sieci Play, nie dotarł.

Choćby jedna z drugą matką biły mnie na głowę w każdej dziedzinie, mam to gdzieś, bo zwyczajnie się jaram udziałem w tej paraolimpiadzie dla matek i dzierżę dumnie znicz, choć ciągle się potykam. Nie ma tu wyższych, szczuplejszych, lepszych i mądrzejszych niż ja. Nie muszę wciągać brzucha, choć czasem wciągnęłabym coś innego, żeby tryumfalnie dotrzeć do mety zwanej wieczorem dnia powszedniego, a nie trafić tam przypadkiem, w czasie dryfowania na falach bezbrzeżnego zmęczenia.

Bunty, dyskusje, a przed uśnięciem – wir sikania i pragnienia dziki i nieogarnięty. Trzylatek to wyzwanie. Taki sam, jak roczniak, czy sześcioletni jegomość, tyle, że zupełnie inaczej. Fascynująco, ani mniej ani bardziej,zapewne, ale…. Teraz najlepsze jest to, że nie ma potrzeby spoglądać w lustro, czy rozglądać się wokół, czy aby na pewno dobrze robię. Tego nie wie nikt, a ja mogę tak twierdzić, bo… nikt nie może mi tego zabronić, ha, przecież JESTEM MAMĄ, heloł!
Fajnie się przejrzeć w oczach trzylatki. Photoshop dla serca. Bo choćby nie wiem jak bardzo okropny był dzień, to w progu mieszkania czeka ona, tak jak czeka się na kogoś cholernie ważnego – żeby utulić  i nie pozwolić nawet zrobić siku. I fruwam – ze szczęścia i dlatego, że nie mam siły stać.

Macierzyństwo – plus tysiąc do zmęczenia, plus miliard do zajebistości. Ty też jesteś ekstra? 🙂 Tradycyjnie – zostaw komentarz lub chociaż kropkę na dowód obecności swej!
_____________________

Mam Wam do zakomunikowania TYLE NOWOŚCI i nie wiem od czego i gdzie zacząć! Na chwilę okiełznam podniecenie i radość i rzeknę: jutro ślę newsletter i jeśli chcesz się jako pierwsz-y/-a dowiedzieć, co NAS MOŻE CZEKAĆ (w sensie Ciebie i mnie, a nie mnie i np. sokowirówkę, której nie używam i ciążę, w której nie jestem!) – szybko wklep swój adres w stosowne miejsce: 

!!!
Nie wiem, na ile mnie lubisz i o ile w ogóle, ale jeśli jesteś z okolic Łodzi, to w sobotę możemy się spotkać, a ja… z przyjemnością przygotuję dla Ciebie kanapkę i napiję się z Tobą kawy.

A to nawet nie ułamek newsów, ajajajaja! Obserwujcie instagram (www.instagram.com/radomskaa) tam pewnie wszystko wypeplam, bo jestem tajemnicza jak skład wody mineralnej w przezroczystej butelce.