fot. Ewelina Choroba. 38 tydzień.

Kiedyś wymyśliłam sobie teorię, że jestem odważnym tchórzem. Bo mój pesymizm i wybitna zdolność do pisania mrocznych scenariuszy potrafią mnie tak ponieść, że nawet Burton mógłby mi drinki stawiać i kraść pomysły. Tak już mam – zakorzenione w głowie, niemożliwe do wyplenienia – często się boję. Nienawidzę w sobie tego najbardziej na świecie, zaraz po kilku innych rzeczach i próbuję walczyć. Jedyny sposób jaki do mnie przemawia, to nie dawanie się lekom do końca. Słowem – robię w portki z obawy przed tym, co według mnie jest cholernie ważne, ale idę dalej nawet z obsranymi ze strachu portkami. Kosztuje mnie to dużo więcej niż kogoś, kto się nie boi, pracuję jeszcze nad tym, żeby bardziej cieszyło – ale nie cofam się, nie zmieniam zdania, nie uciekam, nawet jeśli mogę, bo teraz źródło strachu jest absolutnie nieodwołalne.

Znajdzcie mi jednak taką, co się w 38 tyg. nie bała. Znajdźcie mi taką, co nie wyła z wielu powodów,  a najbardziej lubiła wyć bez podania konkretnego. Pewnie istnieją takie i nisko, na tyle na ile mogę z bęcem, się im kłaniam. Podziwiam, chyba zazdroszczę, ale optymizm zawsze stał dla mnie niestety o krok za blisko kiczu i wolę sarkastyczne wredoty, niż rzygające tęczą kucyki pony, choć to one bezapelacyjnie są szczęśliwsze.

Siedzę w domu i cały mój dzień, chcę czy nie, kręci się wokół tego, co ma się lada moment zdarzyć. Oczywiście próbuję się oderwać – poczytać, spać, obejrzeć coś, zrelaksować, ale o czym myślisz, kiedy wszyscy mówią – NIE MYŚL TERAZ O ZIELONYM SŁONIU Z NIEBIESKĄ KOKARDĄ, DOBRZE? TYLKO NIE O SŁONIU Z KOKARDĄ! Chyba wiem, co sobie teraz wyobrażasz. I chyba ty jesteś, mniej więcej, w stanie wyobrazić sobie, co wyobrażam sobie ja, kiedy słyszę „nie myśl tyle o porodzie”.

Chcę żeby większość lęków okazała się głupia i bezzasadna, chcę śmiać się z siebie robiąc rzeczy, które teraz są abstrakcją, ale muszę to zrobić sama. Gdzieś w tyle głowy kopie mnie myśl, że mogę mieć mroczną rację i to nie daje spokoju, ale nic z tym nikt nie może zrobić.

Ciągłe myślenie paradoksalnie powoduje blokadę w pisaniu. Przez całą ciążę miałam pisać listy do Lenonka, żeby kiedyś poczytał, jak matka przez to przechodziła. Za dużo jednak we mnie przelotnych emocji, za duży wpływ hormonów i zmienność nastrojów. Boję się, że moja próba opisania „KOCHAM CIĘ, ale” zostanie odczytana jako „kocham cię, ALE ALE ALE ALE” – a przecież wiem, że to nieprawda, przecież wiem, że codziennie zawiązuje jej cholerne baletki, których zakładanie jej na stopy nie będzie miało znaczenia dla nikogo,poza mną, że codziennie,co 30 minut wstrzymuje oddech i nie zastanawiam się, czy nie powinna bardziej się ruszać.

Przestałam do niej pisać, bo chyba nie chcę, żeby do końca była świadoma tego, jak się teraz boję. Kiedyś sama, może też w ciąży, nie uwierzy, że będę ją wspierać, skoro przerastały mnie własne myśli. Próbowałam opisywać same dobre i słodkie rzeczy, ale … To chyba byłoby kłamstwo, bezczelne manipulowanie rzeczywistością. Jeszcze uwierzyłaby i w ciąży, z odziedziczonymi po matce skłonnościami do histerii, zaczęłaby sobie wkręcać, że kocha mniej, że jej ciąża jest mniej fajna niż moja, albo inne bzdury. Chyba powinnam postawić granice między moim macierzyństwem, a jej dzieciństwem – nie znam takiej matki i córki, które ustaliłyby wspólną wersję tego etapu swojego życia.

Ucichł też blog macierzyński, bo jestem monotematyczna, bo doskonale wiem, co napiszecie w komentarzach, kiedy ja po raz kolejny dodam, że czuję się jakby ugryzł mnie zmutowany pająk, który sprawił, że nie mogę się normalnie poruszać i racjonalnie myśleć. Hormony, które tak osłodziły mi drugi trymestr, w trzecim obrzydły jak kocia kupa.

Mogłabym dorabiać jako parkingowy, gdyby nie fakt, że moją czujność wzmogły by teraz nawet ruchy powietrza. Nocami dużo sikam, długo próbuje się przekręcić, jeszcze więcej czasu zajmuje mi usypianie, za to sen, to już krótkie drzemki. Nawet dobrze, bo nic przyjemnego się nie śni.

Zanim ktoś mnie skarci, uśmiechnie się pod nosem, będzie opieprzał, albo pocieszał, poproszę – nie rób mi tego.

Jestem po części Tobą, jeśli masz już dzieci, z czasu, kiedy czekałaś na pierwsze z nich, podniecona i przerażona jednocześnie, przekonana, że przeczytałaś i teoretycznie wiesz już wszystko, albo sparaliżowana poczuciem bezradności – tak jakby ktoś ci kazał, zamiast zostać matką,  najzwyczajniej w świecie poprowadzić odrzutowiec i dziwił się, że zamiast piszczeć z radości, wyjesz ze strachu.

Jestem trochę Tobą z przyszłości, jeśli kiedyś sama zdecydujesz, albo życie zrobi to za Ciebie, że zostaniesz mamą. Będzie Ci się wydawało, ze nikt inny nie bał się tak bardzo jak ty i nikt nie jest w stanie CI teraz ulżyć i pomóc. Będziesz się wkurwiać na swoje niezrównoważenie i to, że bliscy traktują Cię jak ostatnią na świecie pandę – mają dość, ale twoje buczenie będzie męczące. Może  w jakiś sposób gdzieś przeczytam o tym, jak się czujesz, przywołam wspomnienia. Postaram się dodać otuchy, której mi brakuje, najprostszym – to normalne i masz do tego prawo. Ludzie mają sraczki przed egzaminem na prawo jazdy, jak masz nie przejmować się zostaniem matką?!

Moja głowa plus zmasowana troska całej rzeczy życzliwych nam osób sprawiają, że boję się sięgnąć po masło, bo w lodówce parówki na pewno też rozmawiają o porodzie, laktacji, zapytają o termin i o to, jak się czuję. Na pewno dodadzą jakieś „wyśpij się na zapas!” .

Pociesza mnie tylko to, że nie jestem nikim wyjątkowym i przejdę przez to, co masa z Was. Taki Jezus to musiał być dopiero posrany – żeby tak jako pierwszy zmartwychwstać. Rutynowe podejście świata i machanie ręką na moje jęki przywołuje mnie trochę do porządku.Mówi mi – Radomska, nie sraj żarem, nie przeżyjesz niczego, co nie jest nie do przeżycia.

BO NAJGORSZE ZAWSZE DZIEJE SIĘ W MOJEJ GŁOWIE. ale ja chyba lubię się przyjemnie rozczarowywać rzeczywistością.