W tym systemie nie grało mi coś od zawsze, ale nie do końca potrafiłam to nazwać. Dlaczego, kiedy odwiedzam babcię raz na jakiś czas, jej pierwsze słowa dotyczą tego, czy schudłam? Dlaczego w 8/10 przypadkach witamy się ze sobą wytartym „ładnie wyglądasz”,  a mimo pozytywnych intencji mnie to uwierało?

Dlaczego za każdym razem, kiedy wrzucałam do internetu jakiś filmik, to krytyczne uwagi tylko w ułamku dotyczyły treści, a większość  – wagi, okularów, cycków? Czemu lwia część pozytywnych również dotyczyła wyglądu, chociaż mówiłam o zupełnie innych rzeczach?

Od dzieciństwa czułam dyskomfort oglądając wybory Miss – i to nie tylko dlatego, że miałam uwagi co do tego, jaka jestem i porównywałam się z paniami z wybiegu. Bardziej nie mogłam zrozumieć, czemu one sobie to robią – pozwalają się mierzyć, przebierać, paradują z szerokimi uśmiechami przed tysiącami gapiów, którzy analizują, czy mają dość zgrabne nogi, wydatne piersi i ładną buzię. Niby był tam jakiś fragment o zbawianiu świata i „moją pasją jest wolontariat i prawa zwierząt”, ale tytuł najpiękniejszej nie nawiązuje do żadnych osiągnięć.

To tylko przykład. Tych puzzli przez całe życie było mnóstwo, a lwią część życia pochłonęły mi kompleksy, obsesje i przekonania, że wygląd wyznacza to, kim jestem. W dużej mierze to smutna prawda, ale skoro się na to nie zgadzam i w czasie dyskusji tak ochoczo ludzie przyznają, że to ich wkurwia, czemu to się nie zmienia i czemu kobiety, korzystając z coraz większej wolności, niezależności w sensie lifestyle, mogące już działać, być podmiotem rzeczywistości, tak ochoczo wybierają rolę przedmiotu, a potem poświęcają jej swój czas, pieniądze, zdrowie, życie?

.
W podobaniu się nie ma nic złego. W dbaniu o siebie także – to przecież także wyraz troski i sympatii. Jednak gdybym zapytała, czy mając do wyboru, kupno podkładu, który się kończy, a odbycie wizyty u ginekologa, niepokojąca część z nas wybrałaby to pierwsze, sądząc, że lekarz poczeka, nie pali się, bo  brak makijażu widać od razu. Wiem, że zaprzeczycie. Tyle, że podkład pewnie w kosmetyczce obecny, a aktualna cytologia niekoniecznie. Szach mat.

Problem polega też na stawianiu granic – i one dla każdego z nas będą gdzie indziej.
Jednej wystarczy tusz i umycie włosów, inna nie wyruszy z domu bez pożądanego konturowania i starannego wyprostowania włosów, jeszcze inna każda wyjście traktuje jak spacer po wybiegu, a kolejna postawi na dresy – stawiając tym samym na komfort albo kompleksy. Problem jest jednak złożony.

Doba ma 24h. A uprzedmiotawiane kobiety, którym wmówiło się przekonało i które podtrzymują ten mit, że mogą już działać coraz więcej, ale muszą przy tym odpowiednio, czytaj: atrakcyjnie wyglądać to cholernie czasochłonna presja. I oczekiwania,  w dużej mierze wdrukowane i zinternalizowane jako własne, którym całe życie chcemy sprostać.

Wewnętrzne lustro

System jest na tyle skuteczny,  że nie wymaga  bezpośrednich komentarzy z zewnątrz. Wewnętrzne lustro zostało wgrane w nas. I odwrócenie się od niego po to, by odnaleźć co nas spełnia, pozwala się realizować, uszczęśliwia, daje wolność spokój i poczucie bycia wartościowym jest cholernie trudne i nawet najbardziej świadomej jednostce zdarza się zaplątać i ulec złudzeniu, że to, jak wygląda, jest ważniejsze lub równoznaczne z tym kim jest.

Na książkę „Obsesja piękna” trafiłam przypadkowo w grudniu. Zaintrygował mnie wywiad z jej autorką i kilka tez, które wzbudziły moją wątpliwość – bo jaką krzywdę może wyrządzać kobiecie to, że ktoś skomplementuje jej wygląd?!

Lektura wbiła mnie w fotel i nie raz sprawiła, że zaczęłam ryczeć. A jeśli bywacie tu czasem, nie muszę Cię przekonywać, że można założyć, że do kwestii wyglądania mam dystans: nie jara mnie świat kosmetyków, testowania produktów, ciągłego kupowania i zmieniania w sobie czegoś, domalowywania  i doklejania. Zostanie mamą przyniosło  mi także ukojenie w postaci większego szacunku do swojego ciała i tego, co mu zawdzięczam, a nie jak wygląda. Wydawać by się mogło, że dogadałam się ze sobą, trzymam sztamę, ale…

Lektura otworzyła oczy bardzo szeroko. Przypomniała wszystkie sytuacje w których pozwoliłam na to, by wygląd mnie ograniczył. Odebrał mi radość. Wyznaczył to, jak się czuję.
Od banalnych – takich jak wszystkie imprezy na których byłam przejęta tym, że jestem nie dość atrakcyjna, by się komuś spodobać i analizowałam to, zamiast się bawić.
Przez ważniejsze – jak zakodowanie sobie, że mam do zaoferowania „co najwyżej” charakter i nigdy nikt po prostu się we mnie nie zakocha, jeśli nie udowodnię mu, że warto – choć dziś wiem, że to próżne, odebrało radość ze szczenięcych lat zbyt wiele razy.
Po takie do których wstyd mi się przyznać nawet przed sobą samą – od zaburzeń zdrowotnych po zastanawianie się przed wyjazdem do Brukseli, gdzie miałam reprezentować polską blogosferę, czy zdążę zrobić paznokcie i w co się ubiorę, żeby wyglądać atrakcyjnie, choć miałam dyskutować o przyszłości planety, a nie kandydować na Miss Unii.

Autorka dokonała ze swoim zespołem badawczym czegoś karkołomnego – to nie kolejny poradnik napisany przez kogoś, kto się przewrócił, wstał zobaczył, że jest ekstra i przekonuje o tym mnie i Ciebie. To kobyłka napisana na rozległej analizie materiałów, źródeł, wywiadów i badań z którymi nie sposób dyskutować, nawet jeśli czytając ten tekst masz ochotę napisać coś w stylu „ale Radomska tak było zawsze” lub „same na to nie pozwalajmy, nie pozwalajmy i kropka” lub „co złego w byciu sexy, nie przesadzaj”!!! Chylę czoła za rozmach, stworzenie narzędzi badawczych, przeprowadzenie eksperymentów, badań i wywiadów oraz rozległą analizę źródeł, a nawet sceptyczne Panie, które uwielbiają się po prostu podobać, zachęcam do lektury. I uważam, że książka powinna znaleźć się w kanonie lektur i być obowiązkowa dla każdej dziewczynki, której skupienie na wyglądzie odbierze radość życia.

Lektura książki jest przygnębiająca i tak potrzebna, że brak mi słów. I nie ma nic wspólnego z kampaniami pt. jesteś piękna taka jesteś, a raczej – nie jesteś od wyglądania i bycia ocenianą, także przez siebie. Bo pogoń za tych pięknem determinuje ogromną część naszego życia i zużywa pokłady absurdalnej energii.

Chude martwią się o to, że są za chude i słuchają, że są wieszakami, grubym ciągle przypomina się, jaki noszą rozmiar i co się z tym wiąże jakby nie wiedzieli, a pięknych nienawidzą wszyscy, przypisując im winę za swoje frustracje i niepowodzenia, odbierając im paradoksalnie możliwość docenienia, że mają coś, czego tak wszyscy pragną.

***
Podobnie jak autorka, wierzę, że kobiety mają ogromną moc sprawczą, siłę i możliwości, by zmieniać świat i działać. Nic się jednak nie wydarzy, jeżeli utkniemy przed tym lustrem, zastanawiając się, czy jesteśmy dość ładne, by nas lubić, dość szczupłe, by być atrakcyjne, dość zgrabne, by być szczęśliwe.
Chciałabym z całego serca zachęcić Cię do tej lektury – choć wiem, że książkę trudniej dostać i sama napiszę do wydawnictwa w sprawie dodruku, byś miała do niej dostęp.  Chciałabym, żebyś zapłakała ze mną, nad wszystkimi chwilami, którymi pogoń i obsesja Ci zabrała i żebyśmy razem spróbowały rozbić to jebane lustro. Jak?

Autorka podaje przykłady i daje wskazówki.

Podstawą jest zobaczenie w sobie możliwości, a nie rzeczy. Nawet najbardziej niespełniające standardów ciała dają nam więcej, niż wielu się śniło: dzięki, być może niezgrabnym nogom, możesz iść gdzie chcesz, a z punktu widzenia szczytu, ich symetria jest gówno ważna. A na pewno blednie w cieniu widoków ze szczytu.

Piszecie do mnie wielokrotnie, że mam ten luz i dystans i jak to się stało, a ja zamieram ze strachu o moją córkę, czytając wiadomość młodej mamy, która tydzień wcześniej wydała na świat nowe życie i martwi się tym, że nienawidzi swojego ciała.

Ciała, które pozwoliło przeżyć jej kawał czasu, zdobyć doświadczenia, zobaczyć i doświadczyć. Dało radę chronić nowe życie i wydać je na świat, wykonało katorżniczy wysiłek i wiele przed nim, bo rola mamy jest wymagająca, a po tym wszystkim, co dało, czego umożliwiło, słyszy tylko, że jest niedoskonałe, nie takie, brzydsze, grubsze, wymykające się spod kontroli.

Ja wiem, że na zdjęciach młodych mam nie widać obolałego krocza i krwi, może nie ma nic złego w upiększaniu rzeczywistości, ale jest w stawianiu akcentów tam, gdzie wybrzmieć nie powinny, a jeśli już, to szeptem.

Chcę do Was apelować, prosić, błagać nawet – bądźcie dla siebie dobre – siebie samych i nawzajem. Jak dla dziecka, które wzbudza w Was czułość sympatię, troskę. Czy jemu też, powtarzałybyście, że jest za brzydkie, by spełniać marzenia? Opluwałybyście, gdy się przewróci i skupiały tylko na tym co złe?
Moja córka ma 5 lat. Ciało jeszcze jej nie ogranicza. Jeszcze wprost nie usłyszała czegoś przykrego, co mogłoby wryć jej się w pamięć i zaważyć na tym, kim będzie. Na razie ma nogi do skakania i biegu, ręce do rysowania i pojmowania nowych rzeczy, oczy od podziwiania i brzuch do całowania przez mamę, która tak ją kocha i się martwi.

Wiem,  że ten tekst to nie recenzja – ale chciałam uniknąć narzucania Wam swojej perspektywy, bo konfrontacja z kilkoma osobami, które już ją czytały widzę, że każdy dostrzega w niej coś innego. Lektura składa się z 5 części:

  • w pierwszej wyjaśnia na czym polega i w czym przejawia się obsesja piękna i uprzedmiotowienie
  • w drugiej jak owa obsesja wpływa na nasze życie
  • w trzeciej: jak tą spiralę nakręcają media
  • w czwartej: analizuje dlaczego odruchowo stosowane metody walki jak afirmacja, body positive, kampanie itd.. są nieskuteczne
  •  i nareszcie w piątej: daje namacalne, praktyczne wskazówki, jak z ową obsesją walczyć.

Wszystko to zostało poparte dogłębną analizą, wywiadami, których fragmenty również są przytaczane oraz badaniami psychologicznymi na reprezentatywnych grupach kobiet z wykorzystaniem specjalnie stworzonych do tego celu narzędzi i metod pomiaru.
Dla mnie to jedna z najważniejszych książek w moim życiu, którą pragnęłabym  wręczyć każdej kobiecie Nie tylko z troski.

Wzrost mojej świadomości potęguje dyskomfort, którego sama nie zlikwiduje, bo musimy działać wspólnie… Po mojej rekomendacji na Instagramie książka niemal zniknęła z sieci. Bez problemu możecie ją jednak kupić w wersji papierowej w większości stacjonarnych księgarni oraz online w formie e-booka. Wersje papierowe online udało mi się znaleźć:

Jeśli chodzi o wersję e-book, to dostęp do niej jest dużo łatwiejszy i tu nie powinniście mieć problemu w wielu księgarniach internetowych. Szukajcie, bo warto. I nie, nie dostanę nawet złotówki za rekomendację, ale wierzę, że zawartość lektury jest cenniejsza niż złoto.

Z niecierpliwością czekam na Wasze wrażenia po lekturze!