1399927403861

Stuknęło nam  z Lentośką ponad pół roku razem. Wyobraźnia wygładza parszywe i mroczne początki, dni zlewają się w całość, która przypomina sen ćpuna rozsmakowanego w amfetaminie. Tyle się dzieje, że  wżyciu nie nadążyłabym, aby wszystko opisać. Myślałam, że życie z niemowlęciem to nieustanna rutyna i monotonia, a tymczasem? To wojna, brutalna i cudowna.

Zorientowałam się jakiś czas temu, że masę czasu poświęcam na opowiadaniu o Lence, fotografowaniu jej, dzieleniu się wrażeniami z innymi- zużywania masy słów i energii na zewnątrz, bez doceniania tego,co się dzieje. Uczę się odkładać telefon, zamiast robić zdjęcia-kolekcjonować wspomnienia, mniej energii i  czasu trwonić na opowiadanie o niej na rzecz – chłonięcie i podziwianie. Stąd ta cisza na blogu – musiałam się podelektować tym, czego nie umiem opisać i przemilczeć to, czego opowiedzenie i tak nie przyniesie ulgi i nie sprawi, że będę wyspana.

Nie,to nie pluszowy rzyg, w który sama chciałabym uwierzyć przed (o jakże cholernie krótkim i przerywanym) snem. Spodziewałam się, że będę najbardziej rozdartą i rozhisteryzowaną matką świata. Przerażona przed samą sobą tłumaczyłam kobiety, które w publicznych miejscach wydzierały się na swoje dzieci- bo przecież każdy ma dość, każdemu puszczają nerwy, łatwo komentować i doradzać komuś, kto stoi  z boku… Tymczasem- nie wierzę.

Dostaję w japę, obie pary okularów ledwo trzymają się kupy, nie spałam dłużej niż 2 godziny od kilku miesięcy, jestem gryziona, bita, budzona kwadrans po tym jak w końcu uda mi się usnąć. Moja cierpliwość została obśliniona przez jej małą japę, a asertywność zdeptana przez małe stopy. A w zasadzie codziennie obcałowuję ją całą dziękując za to, że jest. Nie mogąc uwierzyć, że jest moja!

Zdarza się wrzasnąć, ale w życiu nie przypuszczałam, że będę w stanie tak mocno trzymać emocje na wodzy. Do mistrza Zen bardzo mi daleko, ale jeszcze dalej do tamtej Radomskiej, która potrafiła trzaskać drzwiami tak, że tynk odlatywał ze ścian. To cholernie cieszy.

Bywa hardkorowo i najcudowniej, uczę się ciągle organizować dzień tak, żeby mieć czas dla siebie, ogarnąć obiad i dom i przeżyć jak najlepiej wszystko razem z nią- choćby miało to być pierwsze zadziwienie na widok koparki.

Ona uczy się nowych sylab i rozsmakowuje w mobilności. Ząbkuje, ślini się, śmieje, pieje i dźwiga dupsko próbując ruszyć z miejsca. Ja uczę się cierpliwości, funkcjonowania bez snu, czerpania energii ze wspólnych szaleństw na dywanie.

Najbardziej teraz lubię chyba to, że naprawdę nie muszę nikomu nic udowadniać. Sprzątam, gotuję, piszę dla siebie, jestem mamą dla niej. Jeśli mam ochotę i kaprys – kilka godzin tarzamy się po podłodze albo spacerujemy wygłupiając się i umierając z radości. Innym razem nie mam problemów z tym, żeby zająć ją bajką i zabawką i zrobić coś dla siebie.Sama stawiam przed sobą wyzwania,bo sama wiem najlepiej co je dla mnie stanowi. Sama też  oceniam, czy im sprostałam, a to niesamowicie komfortowe.

Naprawdę mi dobrze. Tu i teraz z nią. I sama nie mogę uwierzyć, że w końcu, bez spinki, szarpaniny, rozterek, rozkmin, potrafię być po prostu szczęśliwa. I bez względu na deficyt snu, coraz krótsze drzemki, coraz to nowsze wyzwania i wszystko z czym przyjdzie się zmierzyć – naprawdę fajnie być mamą. Bo będąc mamą i chcąc być kimś poza tym, najzwyczajniej nie ma się czasu na pierdoły i dekadencję.

Ot, okazuje się, że w pół roku dzięki Lenuszce nauczyłam się więcej niż sama przez prawie ćwierć wieku.

A co u Was? Stęskniłam się trochę, obiecuję częściej wlepiać Lence zabawkę, zrezygnować z odrobiny snu i pisać więcej. Lista tematów do zrealizowania rośnie każdego dnia, dzisiaj ot, zachciało mi się napisać co słychać.

Buziaki od nas!