To nie będzie tekst, w którym rozpaczliwie za sprawą ładnych słów będę próbowała udawać, że nie mam kompleksów, pisząc jednocześnie ze łzami w oczach i batonikiem w japie. Ot, kolejna porcja przemyśleń do których zainspirowała mnie macierzyńska rzeczywistość.

Od zawsze nie lubiłam siebie i widok mojego ciała napawał mnie wstętem. Dosłownie, choć to słowo mocne- wstrętem. Jak się ma naście lat to się lubi mocnych słów używać i z teatralną powagą upierać przy tym, że zna się ich sens 😉 Próbowałam nadrabiać innymi walorami, nigdy jakoś na tyle skutecznie, by przekonać siebie, że inne atuty, choć w istocie ważniejsze, mają dla mnie większą wartość.

Od zawsze uważałam się za za grubą, i to bez względu na ilość kilogramów. Nigdy nie powiedziałam o sobie, że jestem bardzo ładna. Szczytem wyżyn w moim wydaniu jest napisanie, że wyglądam o wiele lepiej, kiedy się umaluję i rozpuszczę włosy. Bez względu na to, jak wyglądałam, w lustrze widziałam paszkwila i nie byłoby to tak uciążliwe,  gdyby nie fakt, że owe przekonanie rzutowało skutecznie na innych płaszczyznach mojego życia – ujmując swojemu ciału i twarzy, ujmowałam inteligencji, poczuciu humoru, zaradności i odbierałam sobie prawo do fajnych, ładnych, ambitnych marzeń i planów. Kompleksy strasznie mnie ograniczały – mówię o tym uzywając czasu przeszłego, bo choć nadal mają wiele do powiedzenia, to już nie rzutują na moim życiu tak bardzo.

Są dni w miesiącu, że mam ochotę sobie w łeb strzelić. Ale w przeszłości bywały miesiące, kiedy wstawałam o 4 rano, żeby siłownią, basenem i brokułami doścignąć jakoś tą cudną imaginację i ten ideał z wybiegów i rozmiarówki sieciowych sklepów. Zmarnowałam naprawdę kupę czasu- na zamartwianie się, co pomyślą inni, na liczeniu kalorii, na płaceniu za to, że się pocę.

To nie jest tekst w którym pochwalam lenistwo i udaję, że moje fałdy są kobiece. Nie są, dla mnie są obleśne. Obleśne, ale… już nie tak ważne.

Kiedy się dowiedziałam o ciąży to w top 10 moich lęków, pośród przerażenia przed zmianami, odpowiedzialnością, bólem, przyszłością itp. itd. był też lęk o to,co się ze mną stanie. Nie dlatego, że byłam dobrą dupą i obawiałam się,  że stracę status atrakcyjnej. Dlatego,że ówczesny stan rzeczy był dla mnie wystarczająco trudny do zaakceptowania, dlatego, że wzięcie pod uwagę, że może być gorzej, napawało mnie przerażeniem. Panicznie się bałam, że znienawidzę siebie, nigdy nie spojrzę w lustro, ba! że będę miała do Lenki żal, że musiałam poświęcić dla niej brutalnie, dosłownie, doszczętnie i bardzo mocno wszystko,co mam.

Całą ciążę pieczałowicie wmasowywałam w siebie tonę mazideł i oliwek, skrupulatnie oglądając co wieczór swoje ciało w celu odnalezienia przeklętych skaz. Pojawiły się, nie na skalę, która mogłaby sprawić, że zacznę ze łzami w oczach nazywać się dzielnym tygrysem, który wydał na świat istotę ludzką i zasługuje przez to na większy szacunek blabla. Na skalę taką, że są, mam je, szanuję i nawet lubię, bo świadczą o tym, że moje ciało zrobiło coś super ważnego i byłoby jakoś głupio nie mieć po tym żadnej pamiątki.

Po wychuchanej i pachnącej ciąży, przyszedł czas na macierzyństwo, w którym kąpiel, golenie nóg i balsamowanie wystepujące w tym samym czasie… Nie istnieje. Tak się bałam, że będę z obrzydzeniem patrzeć na siebie w lustrze, że skalę tych obaw przerosło tylko zdziwienie, że po narodzinach Lenki zapomniałam, że mamy lustro.

Nie dlatego, że zamieniłam się nagle w obrzyganego potwora w dresie (a bywało i tak), tylko, że przy całej kaskadzie emocji,zdarzeń, doświadczeń, zmęczenia to, jak wyglądam, było absurdalnie głupie i nieistotne.

Minęło kilka miesięcy. Z Lenonem uczymy się siebie. W zasadzie codziennie staram się wyglądać jak człowiek, za którego moje dziecko nie powinno się wstydzić (kto chciałby się wozić po mieście z matką-lumpem?;) ). Prawie codziennie robię makijaż, nie dlatego, że jestem taką gorącą mamuśką, ale dlatego, że bez podkładu wyglądam, jak 3/4 Polek, na zmaltretowaną przez życie i na kacu. Wystarczyło, że raz ktoś mnie zobaczył saute i zapytał, czy mam gorączkę i gdzie się tak załatwiłam,że prędzej nie zjem niż nie smyrnę japy jakimś łagodzącym prawdę mazidłem 😉

Wiele się jednak zmieniło.

Mam szersze biodra, większe piersi, nadal niezgrabnie balansuję na granicy nadwagi przed którą fuksem ratują mnie czasem moje 174 centymetry wzrostu. Mam brzuch, który tańczy, kiedy ja od kwadransu już stoję. Od zawsze dużą wadę wzroku i… Mogłabym tak długo, pewnie jak Ty, nawet jeśli ważysz 50 kilo i wszyscy wokół powtarzają Ci, że jesteś ekstra.

Dbam o siebie inaczej.

Nie rozpaczam już, że nie wyglądam tak, jakbym chciała, cieszę się, że nie wyglądam tak źle, jak wydawało mi się, że będę. Nie ćwiczę z Chodakowską, ale szanuję każdego, kto znajduje na to czas, energię i motywację. Nie kombinuję jak wydrapać planowi dnia godzinkę na jogging, nie marzę o siłowni.

Bo dbam o siebie inaczej.

Wyrywam każdą wolną chwilę na czytanie i pisanie. Kiedy jest cicho, nie szukam sobie na siłę zajęcia i to wyzwanie,bo nigdy nie umiałam nie robić nic. Nie próbuję być wszystkim i wszędzie, a sobą tu i teraz.

Nadal nie lubię patrzeć w lustro, ale to,co w nim oglądam nie jest wszystkim,co w sobie widzę. Nie jestem już zakompleksioną nastolatką, która nie wie czego chce, ale wie, że ma być to takie jak u innych i natychmiast. Mam dom, rodzinę, córkę.  Jakoś obejdę się chyba bez mięśni brzucha i jędrnego cycka :)…

Bo gdzieś w tyle głowy mam obawę, że Lenka być może będzie do mnie podobna, że może zmarnuje ten fajny, młodzieńczy  czas, w którym powinno się szukać swoich pasji i zainteresowań, na odnajdywanie kolejnych wad i niedoskonałości, że kompleksy zablokują ją na tyle skutecznie, że nie odważy się na coś, czego zapragnie. Że patrząc w lustro nie będzie widziała siebie, a  jedynie poszczególne, niedoskonałe, partie ciała.

Że nie uwierzy mi, że czasem o wiele trudniej, ale lepiej, pewne rzeczy zaakceptować niż na siłę i za wszelką cenę próbować zmienić.

_____

Pieprzenie o samoakceptacji nie jest tylko wynikiem korzystnego biorytmu, czy też pocieszaniu się na siłę. To wyraz uświadomienia sobie, że nie wychowam jej na pewnej siebie i swojej wartości osoby, która będzie zdawała sobie sprawę ze swoich wad i nie trwoniła energii na to,co  nieistotne, jeżeli sama nie dam jej przykładu.

Moja córka nigdy nie uwierzy w to, że jest piękna i wartościowa bez względu na kształt, wymiar i wagę, jeśli zobaczy, że ja w to,argumentując kształtem, wymiarem i wagą, wątpię.

Teoretycznie ja o sobie mogę myśleć co zechcę. Problem polega na tym, że będę pierwszym wzorem, dla kogoś, dla kogo zrobiłabym wszystko,by myślała o sobie jak najlepiej.

Psikus.

___________________

A jak się oswajacie ze swoimi ciałami po ciąży? Walczycie? Oswajacie? Nienawidzicie? Szanujecie? 

Lubię Was czytać, czekam na opinie.