fot.Ewelina Choroba, Nawleczony i Lenuszka, kiedy miała 6 tygodni. Jedno z ukochanych zdjęć Radomskich.

Inspiracją do tego tekstu po raz kolejny stała się rozmowa z bezdzietną koleżanką. Kilka dni temu, po tym jak na fanpage’u bloga napisałam post o Lence, zapytała mnie co się tak bardzo zmienia w życiu kobiety, że po narodzeniu dziecka pieje jak naćpana z zachwytu nad maluchem, milcząc jednocześnie na temat sprawcy tego swojego cudu, który jeszcze niedawno był obiektem największych westchnień. Zapytała mnie, dlaczego matki piszą o synach, że to oni są najważniejszymi mężczyznami w ich życiu, o córkach- że to najdroższe skarby. Co z partnerami? Przydatność faceta kończy się w dniu porodu? Rodzisz i nagle kochasz mniej?

Wydaję mi się, że bez względu na to,czy jest się z kimś stosunkowo krótko (jak ja z Nawleczonym) czy wiele lat, bez względu na to,czy pragnęło się już dziecka, czy decyzje o jego poczęciu odkładało na bliżej nieokreślone „potem”, czy w ogóle zarzekało się, że owego dziecka mieć się nie będzie – ciąża to zawsze szok i zaskoczenie. Pozytywne bądź negatywne. A rodzicielstwo to jedna z najważniejszych prób dla związku.

Zanim rodzi się dziecko, wszystko jest prostsze i,co ważne w dzisiejszych czasach, mniej zobowiązujące. Seks? Kiedy zechcesz! Wypad za miasto? Może w najbliższy weekend? Całonocne rozmowy, seanse filmowe, spontaniczne niespodzianki? To takie słodkie i… niedocenione. Kiedy ma się tylko siebie nawzajem o wiele łatwiej zaspokajać potrzeby swoje i partnera i… dokonać rewolucji. Możemy się czarować, ale większość z nas, która jest już w tym wieku, że biologicznie, psychicznie lub jakkolwiek mogłaby mieć potomstwo, ma za sobą jakiś związek, jakieś „na zawsze”, „po grób”, które z jakichś względów nie przetrwało, co już na stałe tworzy w naszej głowie furtkę i przekonanie, że jestem tu i z nim, bo chcę, ale gdybym nie chciała, albo on nie chciał i zawali się świat, to po poniedziałku i tak przyjdzie wtorek, najwyżej spakuję plecak i ruszę w tą podróż dookoła świata o której wszyscy tyle pieprzą, a nieliczni znajdują odwagę.

Reasumując- będąc w bezdzietnym związku nadal jest się wolnym, a zobowiązania, które nas ze sobą trzymają, są konsekwencją podjętych decyzji. A co kiedy na świat przychodzi malec? Co dzieje się z kobietą? Związkiem? Facetem?

Kobieta

Matka natura, ta cwana szmata sprawia, że konsystencja mózgu ulega mniejszemu bądź większemu rozrzedzeniu. Nie ma w tym procesie żadnych reguł – niektóre wariują na punkcie swoich maleństw na USG w 5 tygodniu ciąży, inne przy porodzie, jeszcze inne, tak jak ja, zaczynają wariować z miłości dopiero z czasem. Oczywiście zdarza się to NIE ZAWSZE i oczywiście używanie określenia bezgraniczna matczyna miłość jest naiwnym uproszczeniem, ale to nie tekst o macierzyństwie, więc pozwolę sobie z niego skorzystać. Ot, dziecko zwykle staje się dla kobiety najważniejsze. Ot, gdyby ktoś kazał jej wybrać między dzieckiem a facetem, kiedy oboje staliby nad przepaścią, to albo wybrałaby dziecko albo skoczyła sama, żeby tragicznego wyboru uniknąć. A gdyby w tej hipotetycznej sytuacji facet ośmielił się powiedzieć – wybierz dziecko, bo ono jest najważniejsze dla nas obojga, to ona upewniłaby się, że ojcem jej dziecka jest najlepszy kandydat na świecie i znalazła w sobie jakimś cudem siłę, żeby uratować od przepaści obojga, bo już nie raz pisałam – matki to nadludzie.

Nie raz słyszałam i czytałam, że rodzicielstwo albo rozpieprzy związek albo scementuje i uprawomocni. Kumam to stwierdzenie coraz lepiej,bo zaledwie 3,5 miesiącach. Jest trudniej – cieszyć się sobą, być sam na sam, poświęcić się tylko tej drugiej osobie, kiedy dziecko ciągle domaga się uwagi, a ja sama – chwili dla siebie, ciszy, kąpieli, snu, spokoju. Jest trudniej, bo nie jesteśmy już parą wolnych ludzi bez zobowiązań, którzy za obopólną zgodą spotykają się na wspólnie zagospodarowanej przestrzeni, żeby pobyć razem i sprawić sobie radość. Ta przestrzeń zostaje rozpierdolona w drobny mak, wspólne chwile stają się usypianiem ze zmęczenia w poprzek łóżka, ciągłe zmęczenie i brutalna rzeczywistość, którą dopiero uczymy się okiełznać nie raz, nie dwa, nie dziesięć staje się powodem do sprzeczki i awantur, a spokojna rozmowa bywa możliwa tylko na spacerze albo nad ranem, kiedy dziecko wreszcie  uśnie na dłużej niż kwadrans.

O facecie

Poświęcenie się tylko dziecku to bardzo kiepski wybór (ale czasem lub przez jakiś czas konieczność, bo to nie bajka Disneya, że wszysto nagle będzie dobrze i pięknie). Buczą o tym wszyscy eksperci i programy śniadaniowe- rodzina to DZIECKO, WY, ale też ty. Tralala w teorii wszystko jest piękne, a każdy dzień stawia nas przed trudnymi wyborami – umyć się, przewinąć czy zrobić dla niego obiad? Dlaczego kobiety przestają uwielbiać swoich mężczyzn?

Bo ich biologia w jakiś sposób przygotowuje do zmian. Ja sama z przerażenia i niechęci wobec dziecka płynnie przechodzę w zachwyt i dumę, rósł mi brzuch, cycki wypełniały się mlekiem, hormony robiły i robią kokoczambo pod pokrywą czaszki. A facet po prostu dostaje informacje- będzie tatą. Super, jeśli tego pragnął. Gorzej, jeśli musi się oswoić, bo jednocześnie musi odnaleźć się sam i wspierać ją, żeby z owym hormonalnym kokoczambo nie zawędrowała z euforii na szczyt wieżowca wierząc, że umie latać, albo że, w chwili hormonalnego zjazdu, woli tulić chodnik niż dziecko.

Myślę, że kluczem do rozwiązania zagadki -co się dzieje z pozycją faceta i dlaczego tak często ulega degradacji są 3 czynniki.

1. Kobieta zapomina,że jest partnertką, a nie tylko matką. Podoporządkowuje oseskowi nawet oddychanie i jest dla niego w stanie zrezygnować nawet z higieny osobistej. Nikt nie wymaga od niej żeby co wieczór stroiła się w gorsety i piekła ciasto, ale przelewanie całego uczucia na dziecko jest drugą skrajnością, która zagraża jej związkowi.

2. Tato to zupełnie inny partner. A przynajmniej w idealnym świecie tak powinno być. Wraz z narodzinami dziecka zmieniają się oczekiwania –  spontaniczność jest wtedy mniej cenna niż odpowiedzialność, a zamiast „Kochanie, jutro jedziemy w Bieszczady!” jak melodia brzmi „Kochanie, sam z siebie uzupełniłem lodówkę, zabiorę małą na spacer, zdrzemnij się!”. Ojcostwo jest moim zdaniem trudniejsze, bo to rola, której nie da się sobie wyobrazić, bo wymaga cholernej dojrzałości.

3.Bo dziecko kocha się zawsze i mimo wszystko, a faceta niekoniecznie, choć brzmi to brutalnie – tym bardziej jeśli facet swoją postawą i niedojrzałością na wypalenie miłości ciężko pracuje.

Happy end which truly is just a beginning…

Z doświadczenia wiem już jednak, że jeżeli facet kocha swoje dziecko i spisuje się w roli taty (nie jest idealny, come on, oboje dopiero się uczymy poruszania po tej usłanej różami polanie pełnej kup i min zwanej rodzicielstwem!) to kobieta KOCHA GO JESZCZE BARDZIEJ i jest w stanie robić dla niego jeszcze więcej.

Może jestem naiwna, ale odkąd mamy Lenkę i widzę, jak Nawleczony wariuje na jej punkcie, jak wydzwania 5 razy w ciagu dnia, kiedy jest spokojna i 16, żeby się upewnić, czy już nie płacze, kocham go mocniej. To znaczy wkurwia mnie i doprowadza do szału równie mocno i jeszcze częściej, bo przybyło nam sytuacji konfliktowych i spornych kwestii, a mnie ubyło snu, ale…

Nie jestem już z facetem, który mnie zauroczył i uwiódł, z którym lubię spacerować, rozmawiać, jeść kolacje i kochać się. Jestem z kimś o wiele ważniejszym. Facetów można mieć całą masę, ale ojca swojego ukochanego dziecka ma się jednego i miłość do nich obojga sprawia, że skądś, bo na pewno nie z wody niegazowanej i poszarpanego snu, czerpie się tą siłę.  I gdyby Nawleczony w roli ojca się nie sprawdzał, to choćby spełniał wszystkie kryteria tak ważne dla mnie przed ciążą, na pewno nie bylibyśmy już razem. I kiedy nasze uczucie już nieco ostygnie, to chcę pamiętać, że udało mi się z nim stworzyć coś o wiele więcej niż kiedykolwiek z kimkolwiek -w tym pojebanym i zmiennym świecie – mamy prawdziwą rodzinę i dom, do którego oboje lubimi wracać (to znaczy on lubi, bo ja wychodzę tylko do spożywczego i z psem, trololo..)

I jeszcze jedno

Ta przyjemność i frajda z bycia razem, rozmów, seksu, jedzenia, wszystkiego,co jeszcze rok temu było absolutnie oczywiste i nawyciągnięcie ręki, smakuje teraz zupełnie inaczej. Kiedyś to była szuflada pełna słodyczy, którą wystarczyło otworzyć i bez euforii, bo z przyzwyczajenia, nachapać się zawartością. A dziś?

Każda przyjemna chwila smakuje teraz jak Snickers po wyczerpującej diecie i przebiegnięciu maratonu. Dopiero teraz doceniamy, jaka to radocha obejrzeć w spokoju film, od kiedy dziecko usypia o normalnej porze, albo zjeść ciepły obiad, bo bardziej niż noszenie interesują ją własne uślinione ręce. Trochę zajadę frazesem, ale z dzieckiem na pokładzie życie smakuje zupełnie inaczej, a te gorzkie chwile nadają słodkim bardziej wyrafinowany smak.

I finał infantylnej słodkości mojej:

Nie ma większego szczęścia niż Nawleczony i Lenuszka śmiejący się do siebie o 5 nad ranem.

A CO WY SĄDZICIE? CO ROBIĆ, ŻEBY ZWIĄZEK PRZETRWAŁ? JAK I KIEDY?!

czekam na komentarze! I pamiętajcie, że udostępniając tekst, który przypadł Wam do gustu, wspieracie moją pracę. Dziękuję.