Wielu twierdzi, że można mieć wszystko- szczęście, zdrowie, czas, pieniądze i pasje. Rodzinę i dom. Twierdzi, że chcieć to móc, trzeba się tylko starać i zapieprzać, ciężko pracować i wierzyć. A ja twierdzę, że nie wszystko, nie wszystko jest potrzebne do szczęścia, nie o wszystko warto walczyć.

Wstaję o 6 i mam kwadrans na ogarnięcie siebie. Wsuwam szybko przygotowane wcześniej ubrania z kategorii: czyste, ciepłe, niewymagające prasowania. Nie maluję się w zasadzie, zarzucam podkład na twarz, tusz na rzęsy i róż, żeby nieco zakamuflować zmęczenie, ale kamuflaż nie dociera ze mną do pracy, przegrywa ze smarkaniem i śniegiem. A własnie, smarkanie. I kaszel, w zasadzie ciągle jestem przeziębiona. Może dlatego, że nie mam kiedy wyleżeć choroby, iść do lekarza, zapominam kupić leki? Absurd jakiś, Lenka ma zapas syropów na najbliższe dwa lata, a ja prędzej sobie łeb utnę, kiedy mnie boli, nim znajdę tabletkę w torebce. Nie jem śniadań, nie mam czasu na kawę, nie zastanawiam się przed wyjściem, czy wyglądam dobrze, czy atrakcyjnie.

***

O 6:15 rozpoczynam codzienną zabawę pt. „Gdzie jest Lenka”. Ta, nakrywa się kołdrą, udając, że jej nie ma. Moja rola polega an rozpaczliwym nawoływaniu i wyrażaniu tęsknoty. Do poszukiwań musi zostać zaangażowany tata. Szukamy jej po całym mieszkaniu wzajemnie pytając- czy może nie ukryła się pod łóżkiem”? Może nie poszła do żłobka  w piżamie? Może nie robi siusiu albo kuca pod choinką? Na każde nasze zdanie „nieobecna Lenka” reaguje rechotem i piskami. Wystawia stopy i teatralnie domaga się całowania po piętach, co my, uniżeni słudzy, niniejszym czynimy z honorami. Potem wyskakuje spod kołdry, rozkudrana jak Bobek z Muminków,z czerwonymi od zaspania oczami i szczerzy mleczaki wrzeszcząc na całe mieszkanie „Tu jeś, tu jeś wasia Jenka, nie wdzieliście?!” , a my, bez mrugnięcia okiem, bo znamy swoje role na pamięć, wyrażamy swoje absurdalne zaskoczenie.
Potem nie ma zmiłuj, musimy się tulić. we trójkę, żeby nikt nie czuł się gorszy. Musimy tkwić z głowami pod każdą z Lenkowych pach tak długo, jak długo nie uzna, że jesteśmy nasyceni. Jeśli ma dobry humor, domaga się nocnika i sika w towarzystwie naszych owacji, wyrazów dumy i euforii. jeśli nie, powtarza, że nas nie cie, nie pozwala zapalić lampki i twierdzi, że jest choja i nie może iść do dzieci.
Tata wraca do swoich spraw i odśnieżania auta, ja do dalszej celebracji poranka. Kolejnym  punktem jest wygłoszony przeze referat pt.: „Dlaczego warto zdjąć piżamkę i założyć gacie?”. Tylko wystarczająco atrakcyjny outfit, odpowiednia modulacja głosu oraz haracz w postaci obietnicy, że włączymy program o zwierzątkach, jest ją w stanie przekonać. Zanim jednak pozwoli się odziać, oddajemy się rytuałom miziania. Lentosława rozkłada się przede mną jak pasztetowa na słońcu, wstrzymuje oddech i palcem wskazuje, gdzie ma być w danej chwili miziana. Dopiero po kilkukrotnym wymizianiu brzucha, udek, dupki, zgięć kolan i łokci, stóp i dłoni, mogę pertraktować ewentualne, dalsze ubieranie. Potem muszę wykreować fryzurę zgodną z nastrojem i ilością włosów szefowej. W dzień dobry na topie są dwie kitki lub warkocze. W gorsze- wystarczy kołtun, którego nie mam odwagi tknąć, co by nie stracić ręki. Potem jeszcze pielęgnacja skóry kremem i możemy kontynuować.
Zostaje mi kilka minut, żeby siorbnąć herbatę, nim rozpocznę instalowanie odzieży wierzchniej. Oglądamy razem program przyrodniczy, a ona wlepia w ekran zafascynowane ślepia i pyta o każde stworzenie. Głupio mi, że ich nie znam. Mam 13 razy więcej lat niż ona, a wciąż tak niewiele wiem. Kiedy już wciśniemy buty, szalik, czapkę i kurtkę z Peppą, musimy poczekać na tatę, który nigdy się nie wyrabia na czas. Potem czułe pożegnania, machania, dociekania, czy na dworze jest śnieg, czy ciocia już czeka, czy Zosia będzie się z nią bawić i drzwi się zamykają. Z prędkością światła wpadam do łazienki, czeszę się myjąc zęby, wciągam buty i kurtkę i biegnę na przystanek. Wiem jak wyglądam. Wszyscy widzą. Ale nikt nie wiem, jak cudowne mam za sobą poranki.

***

W autobusie podziwiam sobie innych ludzi, bo każdy jest dla mnie interesujący. Ten niechlujnie ubrany, który tak cudnie nie potrafi ukryć na twarzy dziecięcego zdziwienia i gapi się na wszystkich jak zafascynowany pięciolatek. Grupkę nastolatek z punktu ksero- wszystkie 3 z identyczną torbą na ramię, tlenioną głową i różowymi pasemkami. Sprytne, na pewno jeżdżą na jedną migawkę, kanar nie jest w stanie ich odróżnić. Zachwycam się dziewczyną, która, wiem to, jestem pewna, dobiera kolor szminki i czapką do swojego nastroju. Kiedy się wyśpi, usta i głowa zawsze są neonowe. A kiedy zaśpi, nakrycie głowy szare lub czarne, a usta saute. Zastanawiam się, o co tak gorliwie modli się ta staruszka, która z przymkniętymi oczami miętoli w dłoniach koraliki różańca i chyba nawet nie wie, że gdzieś jedzie. I ten pan, co tak zabawnie nosi czapkę, zawsze tak, żeby przypadkiem nie zakryć uszu, prawie jak papież. Ja nie wyróżniam się chyba niczym. Nie mam rano czasu, bo… Mam ważniejsze sprawy na głowie.

Moja kobiecość na pewno ucierpiała. Garderoba jest żałosna. Dbałość o wygląd godny potępienia. Nikt nie patrzy na mnie z zachwytem w autobusie tak jak ja patrzę na innych. Nie szkodzi. Ja mam się czym zachwycać. Bardziej niż sobą. Nią, codziennie, od 6 rano, kiedy jeszcze śpi, a ja wiem, że za kwadrans zaczną się nasze rytuały. To mam w zamian.

Wielu twierdzi, że można mieć wszystko- szczęście, zdrowie, czas, pieniądze i pasje. Rodzinę i dom. Twierdzi, że chcieć to móc, trzeba się tylko starać i zapieprzać, ciężko pracować i wierzyć. A ja twierdzę, że nie wszystko, nie wszystko jest potrzebne do szczęścia, nie o wszystko warto walczyć, ale wszystko, co cenne,  warto doceniać.