W biegu, w biegu, ciągle w biegu. Nawet nie zauważyłam, kiedy przyśpieszyłam. dzień odmierzany konkretnymi porami- na pracę, sen, pobyt Lenki w żłobku, obowiązki. Tik tak. Lato przemknęło. Nie niezauważone, ale za szybko. Dziewczynka mi dorasta.Dotychczas czas jej usypiania wykorzystywałam dla siebie. Za jej plecami czytałam książkę, gazetę, scrollowałam facebooka. Umknęło mi to, że znów urosła.

Przegapiłam wiele wspólnych kwadransów w których mogłam nacieszyć się nią, trochę mniejszą, trochę mniej samodzielną, gadatliwą. Dziś leżałam blisko niej, kiedy dawno już spała.Moja mama zawsze powtarzała, że uwielbia zapach mojej skóry, że pachnie tak samo jak kiedyś. Traktowałam to jak małe, macierzyńskie dziwactwo i nigdy nie próbowałam zrozumieć. Dziś pojęłam. Moje dziecko pachnie najpiękniej na świecie.
Nie płynem do kąpieli, nie oliwką, mlekiem, płynem do płukania. Nie niemowlęciem ani nowordkiem. Moje dziecko pachnie jak dziewczynka, która wie,czego chce. Która dzisiaj zdjęła swoje buty, wymknęła się przez otwartą furtkę na boisko, przecisnęła przez dziurę w siatce i biegła, biegła ile sił w nogach. Krzyczałam, że może się zranić i byłam tuż za nią. Było dokładnie tak, jak być powinno. I tak zrobiła swoje, odkryła dziś, że szyszki kłują w bose stopy, a mama będzie tuż obok, żeby ukoić najbardziej bolesne zdziwienie i rozczarowanie.
Głowa mojej śpiącej córki pachnie wiatrem. Pachnie ściółką lasu, w którym dzisiaj spacerowałyśmy. Kurzem, który osiada na skórze, kiedy w słoneczny dzień bawisz się w piaskownicy. Skórą ogrzewaną cały dzień przez słońce. Jakby migdałami. Prawie dwa lata mojego macierzyństwa, a dziś znów odkryłam coś nowego.
Między skórą mojej córki, a resztą świata, znajduje się niewidzialna warstwa z zapachu, niewinności, dnia czerpanego garściami dzieciństwa. Najpiękniejszy zapach na świecie, którego nigdy wcześniej nie czułam. Który najchętniej zapakowałabym w szkatułkę, wlała do flakonu i nosiła zawsze przy sobie, szczególnie, kiedy nie będzie jej obok. Kiedy tą warstwę zacznie z niej ścierać dorosłość.
Nigdy nie sądziłam, że miłość może mieć zapach. Dzieci wydawały się zawsze pachnieć i wyglądać podobnie. Tymczasem swoje rozpoznałabym po ciemku spośród wielu innych. I ten zapach przywołałby więcej pięknych wspomnień, niż tysiące zrobionych jej dotychczas zdjęć.

Moja dziewczynka niedługo nie będzie chciała spać blisko mnie, a ja nie będę mogła w ułamku sekundy sprawdzić w środku nocy, czy śpi spokojnie. Nie ma nic ważniejszego niż to, że ją mam. Nie ma piękniejszego zapachu od tego, który wyczuwam tuląc ją do siebie i próbując zrozumieć, jak bardzo, absurdalnie, nieskończenie, do bólu i szaleństwają kocham.

Wybaczcie poziom ckliwości, czasem trzeba, żeby ten lukier nie wyciekał uszami i nie oblepił wszystkiego, bo do lukru strasznie klei się brud, a ja nie znoszę sprzątać 😉