Mniej wątpliwości, więcej odwagi. Kilka tygodni temu, po powrocie z pracy, kiedy marzyłam o wyciągnięciu nóg na kanapie i kubku herbaty, moje dziecko podbiegło do mnie, jak zawsze nie zważając na godzinę, o której rozpoczęłyśmy wspólny dzień, na to, że byłam w pracy i niekorzystny biometr  z informacją, ze muse iś do bazy, bo będziemy carować jak sięznicki.

Uśmiechnęłam się półprzytomna, ale pomiędzy wyduszonym z siebie, nieśmiertelnym „zaraz”, które wróci, jak tylko Lenka podrośnie i poproszę ją o posprzątanie pokoju, a podniesieniem tyłka z kanapy, naszła mnie pewna myśl.

Za chwilę przekroczę prób pastelowego pokoju, w którym wszystko może się zdarzyć. W którym leczy się chore lale i misie podając im wyimaginowane lekarstwa, a trzylatka raz jest dzidziusiem, raz żabą, a innym razem potworem lub mamą. Na 13 metrach kwadratowych udajemy, że nie ma jutra, marzenia się spełniają i wszystko jest możliwe, wystarczy tylko bardzo chcieć. Uśmiech nie schodzi z twarzy, nawet tej najbardziej zmęczonej, bo jak możesz być smutny, kiedy najprawdziwsza królewna kroi dla Ciebie magicny, plastikowy tort i polewa do lózowej filiżanki czarodziejską herbatę, taką, która nie stygnie. (nie tylko dlatego, że nie istnieje, na pewno!)

Patrzę na ten rozkudrany mały łepek – każdy włos w inną stronę, jak kolejna myśl i pomysł i uwielbiam ten widok rozjarzonych oczu, które snują swoją nową wizję i zamieniają moje dziecko w kucyka pony, a gniewna brew nakazuje od teraz nazywać Lenkę Twajlajt, a nie, jak zwykle, Budryskiem i Hermenegildą. Po chwili podnosi łepek znad zabawek i pyta –

A Ty, Mamo, kim sciałabyś być?

Zamieram. Dziś to zabawa i wcielę się dinożarła, takiego, co się nażarł czekolady i boli go brzuch, byleby chwilę poleżeć na dywanie, ale za jakiś czas zapyta na poważnie. Kim byłam mając tyle lat, co ona. I kilka lat później? I co mam wspólnego z tamtą dziewczynką dzisiaj? I trochę się boję, bo to nie będzie bajka z morałem.

Zrozumiałam, że usiądę i zacznę niezręcznie opowiadać o tym, jak kiedyś, dwadzieścia lat temu, uwielbiałam chować się za cudzymi słowami i występować na scenie, czując cudowną moc wpływania na emocje innych. Wtedy jeszcze wstydziłam się swojego pisania i chowałam się za słowami innych, wkuwając z rozkoszą wiersze, które mnie poruszały, na pamięć i deklamując je – na akademiach, konkursach, w ciemnym pokoju do sufitu i do siebie samej przed łazienkowym lustrem. Potem trochę pisałam i mam gdzieś te poskładane słowa pełne egzaltacji, dopóki nie dałam sobie wmówić, że wierszy już nikt nie czyta i pora dorosnąć.

Następnie zapragnęłam zostać aktorką i było to pewnie znowu terapeutyzowanie się za pomocą wcielania w różne postaci, oddawania im kawałka siebie, których trochę się wstydziłam. Wrażliwa Matka Boska w jasełkach, człowiek-społecznik w zielonych rajstopach z okazji Dnia Ziemi, bezpardonowa i bezczelna Hera w szkolnej sztuce o uczcie na Olimpie. Czułam się dobrze, nie będąc sobą, bo tak mi było kiepsko z tym, że sobą jestem. Niestety.

Opowiem Lence, że marzyłam o aktorstwie i że nawet wybrałam liceum o teatralnym profilu, tylko… w ostatniej chwili zwyciężył zdrowy rozsądek i poczucie winy – że moi rodzice ciężko pracują i inwestują we mnie i nie mogę zawieść, nie mogę się zająć tym niepoważnym deklamowaniem wersów na scenie, których pewnie nikt nie będzie chciał słuchać. Wybrałam, z rozsądku, liceum dobre, renomowane, kompletnie nie dla mnie. Nie żałuję, bo to też była lekcja i nie roztrząsam tego, co było. Do marzenia o aktorstwie wróciłam jeszcze przed maturą.

Potajemnie wydawałam kasę, którą dostawałam na obiady i zaoszczędzone banknoty, które tata i mama wciskali mi do kieszeni dyskretnie, tak, żeby nikt nie widział, nie wiedząc, że robią to na zmianę albo i jednocześnie, na dodatkowe lekcje przygotowujące mnie do egzaminów na aktorstwo. Po kursach przygotowujących do matury jeździłam do pewnego aktora i jego artystycznego mieszkania, a on zrównywał z ziemią moją interpretację Osieckiej, kazał mi patrzeć na siebie w lustrze i zadawał pytania dotyczące mnie, kiedy ja chciałam tak bardzo grać, żeby przed sobą się schować.

Obnażył wszystkie moje kompleksy, mój własny widok mnie obezwładniał i był źródłem tremy, a nie potencjalnym narzędziem pracy. Nie wróciłam więcej na lekcje. wolałam żyć niespełnionym marzeniem niż przekonać się, jak to jest usłyszeć coś, co wtedy, zdawało mi się, może mnie zabić i pozbawić sensu.
Studia wybrałam przypadkiem, ale akurat nie najgorzej, nie zarywałam nocy i mogłam szukać siebie dalej – w hospicjum, w radiu, w zabawie w dom i rodzinę po raz pierwszy. Drugi kierunek wybrałam, bo zapragnęłam być oczytana. Rok pomiędzy odklejonymi ludźmi, którzy wierzą w sztukę, kochają literaturę, teatr i film albo zwyczajnie nie mieli się gdzie podziać. Zrezygnowałam. Prowadzenie jednocześnie 4 żyć na raz jest strasznie męczące i żadne nie daje satysfakcji.

Potem była zagranica i trudna lekcja o tym, że sobie poradzę. Próba wyjścia poza schemat, bolesne uproszczenie, że po studiach znajdę pracę. Wiesz, że zrobiłam kurs makijażu i stylizacji? Wydałam na to zaoszczędzone stypendium z zagranicy. Przez kilkanaście weekendów uczyłam się jak konturować, pudrować, zamalowywać, podkreślać. Uczyłam się, co to znaczy, że kolor jest zimny lub ciepły albo dlaczego figurze o kształcie klepsydry będzie dobrze w spódnicy w kształcie litery A. Były ze mną Panie w średnim wieku, które chciały coś zmienić, te młodsze, które realizowały pasje  i ja. Prowadząca mówiła o tym, jak chować wielki brzuch i kamuflować brzydki nos, a ja oczami wyobraźni spotykałam się już z kobietami przy herbacie i zamiast mówić im, co w nich nie tak, opowiadam im, jak pięknie im w pastelach, jak dobrze mieć charakterystyczny nos, a posiadanie szerokich bioder to żaden powód do wstydu czy ukrycia.

Kiedy słuchanie o karnacjach nudziło mnie jak mopsa, wyobrażałam sobie wielkie kampanie z normalnymi kobietami, którym tłumaczę, że są naprawdę spoko i nie muszą wierzyć nikomu, kto mówi im, że jest inaczej. W tamtą stronę też nie poszłam. Za brakło przekonania, że mogę być w tym dobra, że ktoś mi zaufa. Potem stylistek i makijażystek zrobiło się więcej niż twarzy do pomalowania, wszyscy zrobili się gładcy i piękni, więc mnie jakoś przestało to interesować, wróciłam do 1 podkładu, różu i tuszu oraz przekonania, że nie to świadczy o mojej wartości. Nie wiedząc jeszcze, co świadczy.

Było po drodze jeszcze parę prób. Staże w firmach, w których stresowało mnie to, że dziewczyny przed trzydziestką są tak potwornie znerwicowane i smutne, a ja muszę nosić białe koszule. Aż pyk. Jestem tu, na dywanie z moją trzylatką. I zastanawiam się, co jej opowiedzieć o sobie, żeby nie straciła tej wiary, która czyni cuda. Żeby nie być jak moja mama, jej mama i jej babcia oraz ciotki i wiele kobiet, które znam, które miały marzenia, plany, ale za nimi nie poszły, a kiedy wydały na świat dzieci, schowały się za rodzicielstwem, oddychając nieco z ulgą, że mają powód, by odpuścić. I obarczając trudnym zadaniem bycia szczęśliwym, a przynajmniej szczęśliwszym, swoje dzieci, wierząc, że to im się w końcu uda. Nie fair.

Wiesz co jej powiem? Powiem jej, że choruję czasem n a chroniczny smutek, ale można to leczyć i nie ma się co nad tym dłużej pochylać, bo to bardzo wygodne, kiedy się szuka argumentu, żeby stanąć w miejscu. Że można z takim samym zaangażowaniem szukać odpowiedzi na pytanie „A dlaczego nie?”, jak szukało się przeszkód i ścian.
Opowiem jej, że choćby miała poczucie utraconych szans i zmarnowanego czasu, to wszystko dzieje się po coś. I że dotarło to do mnie, kiedy miałam 27 lat i próbowałam siorbać ukradkiem jeszcze choć trochę letnią herbatę, zanim wróska zamieni mnie w zabę.

Paradoksalnie musiałam pójść w kierunki, które nie były dla mnie, zgubić się, żałować, popełnić błędy i stracić parę szans, które być może i tak nie miały szans się ziścić, by dojść tam, gdzie jestem teraz. Uwierzyć w siebie.

Już nie powtarzam, że nigdy nie nauczę się gotować, a szukam nowych smaków i ignoruję kręcenia głów sceptyków, kiedy blenduję z uśmiechem fasolę na moje domowe kokosanki. Przestałam iść tam, gdzie wszyscy, szukając sprawdzonych recept na bycie atrakcyjną i szczupłą, zaczęłam słuchać siebie i swojego ciała, choć musiałam sama wiele razy się skrzywdzić, zanim usłyszałam jego skowyt. Leczę się na depresję, wciąż biorę leki, bardziej o siebie dbam. Ćwiczę, ale nie dlatego, żeby mieć dupę jak skała. A dlatego, że natłok dziwnych myśli odpuszcza mi na trochę, kiedy się zmęczę. A poza tym, kiedy po raz pierwszy udało mi się od A do Z spełnić pierwszy raz w życiu swoje marzenie i wbrew głosom sceptyków, zmienić mieszkanie, z 40-paru metrów na wymarzone 70, kiedy po raz pierwszy czuję się gdzieś jak u siebie i dobrze ze sobą, zaczynam mieć odwagę na więcej. I więcej śmiałości.

Przestałam się wstydzić tego, kim jestem i co robię i choć może nie wystąpię już w teatrze i na scenie, nagrywam filmiki, bo uwielbiam swoje miny, słowotoki, żarty i to, jak trafnie porównuje emocje i znajduje słowa, żeby je nazwać. Przestałam czekać, aż ktoś mi powie, że mam potencjał, a wierzyć, że go mam, bo nawet jeśli nie, to przecież tą wiarą nikomu nie robię krzywdy, prawda?
Nie zastanawiam się, co mi wypada, a co powinnam tylko to robię, zdając sobie sprawę, że konsekwencje mogą być różne, ale przecież na tym to polega, żeby szukać, mylić się, błądzić, popełniać błędy i wyciągać wnioski. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Czy to manifest? Nie. Zbiór luźnych myśli bez klarownych wniosków. Bo ja nadal nie wierzę, że coś jest na pewno. Mogę CI opowiedzieć o tym, jak to się dzieje, że uśmiecham się w lustrze, że już mnie tak nie boli, kiedy ktoś mówi, że jestem za chuda, za gruba albo brzydka, o tym dlaczego jem i żyję inaczej tylko widzisz, potraktuj to jako ciekawostkę, bo ostatnią rzeczą jakiej chcę, to być dla kogoś wyznacznikiem i przykładem.

Mogę tylko zapewnić, że nie ma prostych dróg, ślepych zaułków, a zadawanie sobie pytań i szukanie odpowiedzi, może być tak samo wyczerpujące i straszne, jak piękne i ważne. Jedyne, czego jestem pewna to tego, że chcę powiedzieć Lence i Tobie, że nie musisz być wcale niczego pewna, możesz się mylić i żałować, marnować czas i szansę, bo to Twój czas i nikogo więcej. I że jedynym, kim chcę być dziś i zawsze, to sobą.

I tak, jak dla niej ważne jest bycie księżniczką i carowanie w zabę, występy z plastikowym mikrofonem i ekstaza, kiedy nauczyła się dla mnie, sama, rysować całkiem zgrabne serdusko, dla mnie stało się ważne, żeby czuć się dobrze ze sobą. I spełniać marzenia.

To dlatego – będę wydurniać się na youtubie,  <klik>
Nabijać z siebie na instagramie <klik>
Robić rzeczy od czapy i pokazywać Ci to w internecie<klik>

Po co? Jeszcze nie wiem.
Dlaczego?
Bo mogę i to jest piękne.

_____________________________________________

Więcej odwagi także w wyglądzie. Obcięłam włosy, kupuję ubrania, których wcześniej nie jajajamiałam odwagi, słucham siebie. Cudne uczucie.

Najwygodniejsze spodnie świata: Freeshion TU
Czadowa koszulka z Panem Kleksem Pan tu Nie stał TU
Sweterek z osiedlowego lumpa.

 

 

 

 

 

Zostaw komentarz, napisz do mnie albo dodaj się do newslettera, będzie mi miło: