W przeddzień sylwestrowej nocy, rozpoczęcia karnawału, doświadczałam emocji z innego bieguna. Pod koniec poprzedniego roku zmarł mój dziadek. Potrzebowałam 10 miesięcy, żeby ubrać to w słowa. Dziś jest ten dzień, którymi chcę się z nimi podzielić, bo huczą we mnie od tamtej pory i czasem boję się, że rozprują mi płuca, jeśli znów je tylko wyszepczę. Muszę to napisać, bo ja chyba wiem, kiedy najgorzej się umiera.

Nie będzie to dobra historia o pięknym życiu dobrego, szlachetnego człowieka, który zmarł nim los zdołał mu cokolwiek wynagrodzić. Bo, prawdę mówiąc, nie znałam go, na tyle na ile można nie znać kogoś, z kim jest się spokrewnionym, kogo cyklicznie się widuje, a z kim tak naprawdę nigdy nie porozmawiało się od serca.

***
OIOM to takie dziwne miejsce, które nazwałabym poczekalnią. Do odwiedzin dziadka widziałam go tylko w serialu – w Leśnej Górze umierający zawsze mieli siłę na ostatnie, krągłe słowa, wymianę mantr i życiowe podsumowania, które podsycała ckliwa melodia. Na prawdziwym OIOMIE masz na wizytę 10 minut, w tym dobre pięć pielęgniarka dyktuje listę środków i rzeczy, które należy dowieźć dla chorego. Na jednej sali jest ich kilku. 3 na pięciu nieprzytomnych. 2 wodzących wzrokiem, ale Bóg mi świadkiem, nie wiem, co w nich było – obojętność, strach, czy ciekawość. Pamiętam tylko przekonanie, że nieprzytomni mają lepiej, nie wiedzą.
Wszyscy są nadzy, przynajmniej od pasa w górę. Owinięci szczelnie kołdrą jak bandażem. W tle żadnej melodii, tylko wzbudzające respekt pikania różnych maszyn. Kilka odcinków Ostrego Dyżuru to jednak zbyt mało, by odczytać przyszłość z diagramów, liczb i słupków. Zresztą atmosfera tego miejsca mówi sama za siebie. Poczekalnia. Albo w tą stronę,  z powrotem, albo, częściej chyba jednak, na tamtą, cokolwiek to znaczy.

Dziadek nigdy nie wzbudzał we mnie ckliwości ani wzruszenia. Prędzej złość. Prawie zawsze był niezadowolony, narzekał, lubił rządzić i podnosić głos. „Marianować” to czasownik funkcjonujący w mojej rodzinie w stosunku do kogoś, kogo racja zawsze jest ważniejsza niż innych. Migawki obrazów – jak niedołężnie posuwa nogami, chmura unoszącego się nad nim zawsze dymów papierosowych, worki z tytotniem, wcześniej ryzy szarych Waletów i zapałek. Jak próbuje zsiąść z traktora bez pomocy, jak się zamyśla na starym krześle przed domem, jak ociera posiekane nadprogramową, od papierosów, liczbą zmarszczek czoło, wykończony. Jak mimo upały, zapina sweter i wsuwa kalesony. Na taką czułość obrazu mogę się zdobyć. Żadnego „dziadek nosił mnie na baranach” czy „kiedy szliśmy razem na sanki”. Za to dwie sceny, przy których wszystkie inne bledną.

Dziadek ma dren wystający z klatki piersiowej, a ja stoję, zdziwiona, że można komuś od tak wsunąć rurkę w płuco i sobie pójść. Dziadek inny niż zwykle. Już nie oschły, zdystansowany. Nadal zimny, ale już w zupełnie inny sposób. Odruchowo chciałoby się go nakryć kocem z przekonaniem, że na pewno marznie, bez względu na żywione do niego uczucia. Jestem pewna, że był przerażony i to nie da mi spokoju do końca życia. I że było mu zimno.

***

Nie chciałabym cofnąć czasu i zacząć wszystko od nowa. Nie czuję w sobie siły, by naprawiać relacje spieprzane przez lata, każdego pokolei i wszystkich z osobna, ale… Strach odziera z wad.
Twarz niby dziwnie spokojna, zmarszczki nieco wygładzone. W ustach rurka od respiratora. I te zajady wokół ust. W tle pielęgniarka mówi o tym, żeby przynieść dziadkowi balsam. W głowie wrzeszczy pytanie, czy te popękane, rozdarte w zasadzie usta go  nie bolą. Pytanie głupie w miejscu, w którym się stoi. Tuż obok drenu wbitego w płuco.

Nigdy nie okazaliśmy sobie czułości, poza tą porcją chropowatej miłości i pobłażania wyrażanych poprzez zwracanie się do mnie per „Olesia”. Nawet gdyby była okazja, prawdopodobnie oboje byśmy nie umieli i nie ma sensu łudzić się, że po tym wszystkim, co przeszedł on, a co ja znam ze skrawków opowieści ja, moglibyśmy się tak po ludzku dogadać. Pielęgnuję ten mglisty sentyment wobec człowieka, któremu oczy uśmiechały się, kiedy śmiał się do mnie, a raczej z mojej niezdarności. Który  z zachwytem wpatrywał się w moją córkę powtarzając „mała Olesia”. Może na mnie też patrzył tak czule, tylko nie zauważyłam, przez te grube szkła i przekonanie, że nigdy mnie nie polubi?Nie wiem.

Wiem, że nawet gdyby był zupełnie obcy albo nawet gdyby wyrządził mi jakąś wielką krzywdę, chciałabym, aby wtedy się nie bał. Świadomość, że ktoś, kogo bali się wszyscy inni, sam był przerażony, mnie obezwładnia. Wypadało wtedy coś powiedzieć. Jak na filmie. O wybaczeniu, czy że się kocha. Cokolwiek, co zabrzmiałoby dobrze. Ale w głowie tylko natrętna mantra, że na pewno mu zimno, że na pewno się boi.

***

Mam w sobie potrzebę do teatralizowania i rozbierania scen na ujęcia. Złapałam go za dłoń, zimną, co zmroziło mnie tak, że te słowa, które odnalazłam na prędce, ugrzęzły i nie chciały się wydostać, jakby wiedziały, że trochę na wyrost i bardzo nie w porę. Powiedziałam tylko kilka zdań.

Dziadku, to ja. Olesia. Przepraszam, że tak rzadko i dopiero teraz. Szkoda, że nie dowiem się, kim naprawdę jesteś. Nie bój się, teraz już nie ma się czego bać, chyba nic gorszego niż życie, Cię nie spotka.

Bo wiem, że życie miał straszne. I umarł sam, nocą. W szpitalu. I jestem przekonana, że było mu wtedy bardzo zimno.

***

Na pogrzebie wyglądał dostojnie i schludnie. Wszystkie zmarszczki zbierane pieczołowicie przez 76 lat, zniknęły. Twarz naciągnięta, spokojna. Smutna. Tylko ślady blizn z obu stron, ten różaniec wpleciony w ręce i skuleni żałobnicy nie pozwalali odczuć ulgi i uwierzyć, że wszystko skończyło się dobrze, ma swoje miejsce i czas. I koniec.

Na mszy obok mnie mój tata, który stoi nad ciałem swojego taty. Dziadek, tata, wnuczka. Dwóch ojców, dwoje dzieci. Bo wiesz,, myślę, że dzieckiem jest się zawsze, nawet jak ma się ponad 50 lat. Nawet jeśli ten tata, za którym się płacze, nie był miły ani czuły ani dobry. Był jedynym, jakiego się znało to wystarczy, żeby tęsknić. Żeby się bać, że teraz to już naprawdę trzeba dorosnąć.
Kiedy byłam mała i było mi bardzo źle wciskałam pięści w twarde, spracowane dłonie taty. Nigdy nie byliśmy dobrzy w rozmawianiu, z resztą, czy na pogrzebie można powiedzieć coś, czego nie widać? „Przykro mi” zakrawa o truizm. Dlatego stojąc obok mogłam tylko schować w dłonie jego pięść, żeby dać znać, że jestem. Nie wiem, czy domyślił się, że myśl o tym, że któraś z naszych dłoni będzie chłodna, że komuś z nas przyjdzie zmarznąć sprawiała, że zaciskałam swoje dłonie coraz mocniej. Nie dałam rady zaciskać oczu tak, żeby nie płakać.

Płakałam. Nie nad samym dziadkiem, bo, niewiele o nim wiem. Nad cierpieniem ludzi, którzy tęsknią. Nad skuloną babcią, dla której dziadek nie był za dobry, ale był wszystkim, co znała przez ostatnie kilkadziesiąt lat, co było trwałe i zawsze obok. Nad tym, że ona już nie płacze, bo żyje tyle lat i tyle przeszła, że nie wierzy sama, że coś może jeszcze zaskoczyć i boleć.

A nade wszystko nad człowiekiem, który całe życie zapieprzał od świtu do nocy, prawie nigdy się nie uśmiechał, nie miał żadnej pasji, hobby, nigdy nie wyjechał, nie potrafił ani okazać uczuć ani ich przyjąć, a jednocześnie nie umiał bez nich żyć, dlatego był taki smutny i zgorzkniały.I od dziesięciu miesięcy huczy mi w głowie jedna myśl. Nie najstraszniej jest umrzeć nagle, czy w chorobie. Nie najstraszniej, na własne życzenie. Samotnie, czy marznąć. Najstraszniej jest umrzeć ze świadomością, że tak naprawdę nigdy się nie żyło.

***
Dysonans. Ksiądz używający wielkich słów, których znaczeń nie rozumie. Kościelny – grabarz, który z dokładnie taką samą gracją zawodzi na pogrzebie, śpiewa Ave Maria na ślubie, czy opowiada przy wkładaniu trumny do grobu, że po mamie dziadka, pochowanej tam siedemdziesiąt lat temu, zostało kilka kości i rajstopy. Potem stypa. Radosne, nieśmiałe toasty. Nie „na zdrowie”, bo za późno i bezowocne.

Ku pamięci.

____________________

Refleksyjnego 1 listopada Wam życzę.