Jest początek 2011 roku. Od kilku miesięcy robię sobie jaja w internecie, bo nie wiem, że sama próbuję siebie przekonać, że jest śmieszniej niż jest. Publikuję jedne z pierwszych tekstów mieszkając w Holandii. W tle nie ma żadnej, porywającej historii – miliony ludzi miesięcznie przemieszcza się częściej niż ja przez całe życie, ale bez wątpienia dla mnie tamto pół roku było ważne. Na koniec obiecałam sobie, że kiedyś tam wrócę.

Większość życia tak robiłam. Udręczałam się złymi decyzjami z przeszłości albo obsesyjnie skupiałam na wyimaginowanych momentach z przyszłości, które będą tym czasem i tym miejscem, które w końcu mnie uszczęśliwi. Nigdy tu i teraz, zawsze z poczuciem, że to bez znaczenia, bo trzyma mnie to, co za mną, a wszystko zmieni to, co nastąpi. I mam ochotę cofnąć się w czasie, aby podejść do tej Radomskiej sprzed kilku lat i powiedzieć – ależ Ty jesteś głupia. I wygodna.

Bo bycie w przeszłości oraz czekanie na cuda jest wygodne i zwalnia z odpowiedzialności. I piszę to z premedytacją wiedząc, że za tym, jak wyglądało moje życie, a raczej jak wyglądało wnętrze mojej głowy i serca odpowiadały geny, wychowanie, wrażliwość oraz, zdiagnozowana jakiś czas później, depresja. Latami robiłam sobie krzywdę i choć depresja nie wybiera, to ja traktując siebie z wiecznym wyrzutem, wywieszałam transparent z napisem „Depresjo, wylałam na siebie dużo gówna, jest gdzie rozkwitać”.

Nigdy się już nie dowiem, czy rzeczywiste podjęcie innych decyzji w przeszłości sprawiłoby, że dużo wcześniej cieszyłabym się tym, co mam i kim jestem. Szkoda mi czasu na takie rozważania, bo zdaję sobie sprawę, że sporo już zmarnowałam i nie wiem, jak każdy, ile mi go zostało. Obklejałam się tłumaczeniami i wymówkami, szukałam argumentów, by usprawiedliwić to, czemu mi źle albo przychodziły same. I, choć już nie snuję wizji przyszłości, sądzę, że z jedną mogłabym mieć rację – po tamtej stronie święty Piotr zagaiłby w progu słodko „ja pierdolę, taki potencjał, tyle możliwości albo spokój, a ta wszystko sama sobie spieprzyła i skomplikowała, brawo!”.

A ja chcę przekraczając ten próg zbić z Piotrkiem piątkę i powiedzieć, że mam tyle historii do opowiedzenia, że zabrałam ze sobą dla niego wkładki dla nietrzymających mocz i lepiej niech usiądzie, bo jebnie. I wcale nie historii z końca światów i pięknych filmów. Nie,nie! Moje, radomskie.

Kolejnych 6 lat nie będę streszczać, bo umarłabym ze starości przy którymś akapicie. W międzyczasie zostałam mamą dziecka, które odarło mnie ze wszystkiego, co wydawało mi się, że wiem i zmusiło do wyboru – albo będziesz tak stać albo pomalutku zbudujesz siebie, z wybranych samodzielnie puzzli, jakby trochę od nowa. Myślałam, że mi zabrała i byłam zła, a po prawie 5 latach stwierdzam, że tylko zdjęła z barków to wszystko co na sobie tachałam (drętwiały, kiedy trzeba było całą noc tulać i nosić), przyjrzeć się temu i zadecydować, czy potrzebuję założyć z powrotem, czy jest to na tyle ważne.

Na przestrzeni tych lat nie wróciłam do Holandii, bo byłam: chora, w ciąży, urodziłam, karmiłam piersią, nie miałam pieniędzy, pracy, urlopu. Powodów było mnóstwo, ale fakt, że nigdy nie przestało mi to dawać spokoju, dawał mi do myślenia. (Od 13 roku życia marzę, żeby zwiedzić ten cholerny, walący uryną Paryż, żeby pokazać sobie, że to marzenie może i naiwne, ale moje, więc ma rację bytu, ale to nieprędko. Wcale nie czuję, że będę teraz zwiedzać świat. Bo czuję spokój.)

O tym, że przed wyjazdem wszystko było na nie i świat nie klaskał, poza ludźmi z internetu, którzy lubią siedzieć w fotelu i patrzeć, jak inni odważają się na coś, czego oni nie robią, opowiem w tekście „Kiedy mama wyjeżdża sama”. Ten jest zwyczajnie za długi i nie wierzę, że przebrniecie 🙂  kilka dni przed nadal nie miałam biletu, nocleg był niepewny, Lena zachorowała, a rzeczywistość mnożyła problemy. Dokładnie 3 przed siedziałam na kawie z Karoliną i mówiłam: kurwa, niech się wydarzy coś, o mnie popchnie, bo ja nie mam siły, a nigdy im nie wybaczę, że mnie nie spakowali i nie wysłali całując na drogę i wciskając kanapkę! Bo ja bym tak zrobiła i nie raz udowodniłam, że to nie frazes!

I ona powiedziała, że jedziemy razem. Ot tak. Żyje z fotografii, ma jakieś resztki euro, lubi mnie i potrzebuje coś odwalić.

Nie było w tym nic z odpowiedzialności ani spontaniczności o której fajnie by się czytało. Postąpiłam nieodpowiedzialnie i zaufałam ludziom, których nie znam i tym razem się udało. Mieszkałam 30 minut od Amsterdamu, jadłam dużo frytek, robiłam mnóstwo rzeczy, które zachowam dla siebie (mąż może spać spokojnie, strażnicy sumień też!) i w 6 dni zrobiłam prawie wszystko to, czego nie pozwoliłam sobie przez pół roku.

Przeżyłam epicką dobę w Hadze, gdzie piłam wino na plaży, tańczyłam i poznawałam cudowną szefową kuchni, która zasiała we mnie ziarno, które kwitnie i rozsadza od środka tak, że aż boje się, czy podołam temu, co z niego wyrośnie (o tym też opowiem). Wróciłam do miasta swoich studiów, by niespiesznie po nim połazić, a nie gnać z i na pociąg. W Amsterdamie złaziłam wszystko, co „trzeba” i odwiedziłam byłych pracodawców z radością stwierdzając, że… wszystko, co złego pamiętam, jest za mną. Oni zostali, ja jestem w zupełnie innym miejscu i dużo łatwiej się skacze ze szczęścia bez żalu.
A potem na wariackich papierach odwiedziłyśmy Rotterdam, wpadłyśmy do Haarlem, śmiałam się prawie całą dobę i  kompletnie nie myślałam o tym, co w Polsce, co przede mną i za mną. Powalając sobie nawet na 6 dni z założeniem, że moje dziecko i jej bliscy ogarną, a ja zasłużyłam. Choć, uwierzcie, nawet bliscy mieli inne zdanie.

To była wycieczka mojego życia. Przekonałam się, że jestem uparta i jeśli będę tak walczyć o siebie, jak tym razem o swoje, to biada przeciwnościom. I że bez życzliwych ludzi nic by się nie udało!
Moje życie nie stało się łatwiejsze, wręcz przeciwnie, kiedy w głowie otwierają się pewne drzwi i rodzą pytania trudniej usnąć spokojnie. Bez względu na to, co przede mną i dopóki mam wątpliwość i możliwość, z radością chcę chapać tego życia więcej. I nie w wielkim świecie, oj nie. Tu i teraz.

Bo teraz dzieją się rzeczy piękne, straszne, smutne i dzikie. A Kaśka Nosowska odpala moje story i śmieje się pod nosem, że jestem jebnięta, ale ona to lubi i może nawet zazdrości mi tego, że mam mniej lat jak ja jej tego, że już na tyle pokazała w swoim życiu, że jest przekozak, że serio nic nie musi (nigdy nie musiała, ani ona, ani ty, ani ja i odkrycie tego daje naprawdę wolność i przynosi ulgę) i po prostu może – nagrywać, śpiewać, przebrać się, obśmiać, pisać, bo KTO JEJ ZABRONI? 🙂 My same sobie zabraniamy, a potem umieramy. Jak każdy. A to życie, to jest cudowna sprawa choć często niewdzięczna.

Dziękuję Anicie za to, że nas ściągnęła i była przewodnikiem.
Karolinie za to, że pojechała a do tego pozwoliła mi zgromadzić przepiękne, profesjonalne zdjęcia, które będą pamiątką na całe życie i odkryć, że jest moją zaginioną siostrą.
Erwinowi za to, że wpuścił i wynajął pokój jakimś dwóm wariatkom z Polski.
Alanowi za najlepsze podróże.
Dorocie za pranie mózgu i podzielenie się swoją historią, łóżkiem oraz żarciem.
Przewodniczkom z Utrechtu i Rotterdamu za swój cenny czas, który poświęciły obcej babie z internetu!

I Wam! Za wsparcie i motywację, bo zdecydowanie trudniej się wycofać, kiedy „ludzie patrzą”.

A przede wszystkim sobie, bo nigdy wcześniej nie było mi ze sobą tak dobrze, choć nie brakuje w moim życiu problemów i strach potrafi sparaliżować.

ZDJĘCIA Z HAGI HOP! BO BYŁO PIĘKNIE, ZOSTAŁAM KRÓLOWĄ ŻYCIA, ŚMIAŁAM SIĘ CIĄGLE, JARAŁAM SOBĄ, WIDOKAMI, WINEM, FAKTEM, ŻE MOGĘ NIE MRUŻYĆ OCZU I WYGLĄDAĆ JAK GWIAZDA! Nie wiem, jak się czują laski, które jadą w świat reklamować zegarki, ale ja, jadąc po fajne wspomnienia, czułam się jak królowa życia i ten stan polecam!

zdjęcia: Karolina Paluszkiewicz Forma Fotografia. Kocham ją, naprawdę  i wcale nie za taką kosmiczną pamiątkę i turbo wypad.