Spędzamy z Lenką przymusowy urlop w domu, bo dziecko kaszle tak, że łatwiej nam będzie znaleźć jej wyplute płuca na własnym kwadracie. Niewiarygodne, jak człowiek szybko przyzwyczaja się do zmian. Ledwo kilka miesięcy temu dzień z nią był dniem powszednim, a teraz z trudem przestawiałam się na tryb „matki zabawiającej 12 godzin na dobę i wycierającej gile”.

Mogę żartować, że błagałam po dwóch dniach o powrót do pracy, ale prawda jest taka, że dobrze wiem, gdzie byłam najbardziej potrzebna i niezastąpiona i żadna premia nie byłaby godnym substytutem tego uczucia. Cała dla niej. Pierwszy raz od dawna. Malowanie, wycinanie, bezkarne łażenie w piżamie, zostawianie plam po soku na „potem” i wspólne przyjmowanie śmiertelnych dawek głupich bajek. Kiedyś chleb powszedni. Zapomniałam, jak smakuje.

Nie to nie żale matki pracującej, wręcz przeciwnie. Możliwość porównania pozwala doceniać to co mamy, tu i teraz. Z pokorą przyjmowałam przez 5 dni towarzystwo dwulatki, która koniecznie chciała być ze mną nawet w kiblu i gdy tylko miałam potrzebę się w nim ukryć, przyłaziła taszcząc ze sobą swój fotel i udzielając rad mamusia, jup kupkę, ja pociekam! tyjko umyj dobzie dupkę! ciesz papjej? jenka poda?”
Rok temu warczałabym pod nosem, że nie mam chwili spokoju. Jestem jednak mądrzejsza. Nadal nie mam chwili spokoju, niestety najczęściej właśnie dla niej.

Z uśmiechem znosiłam każde „mamuś, chodź, sibko, jenka się boi! wykrzykiwane tylko po to, żebym po prostu nie wychodziła z pokoju. Dzielnie podejmowałam wyzwania z serii „Jenka teś” – kotlety, muffinki, tosty, herbatę, kujki z mjekiem – wszystko robiłyśmy razem, niezdarnie, niedokładnie, z masą zabawy. I sprzątania, dla mnie oczywiście, bo po każdej czynności słyszałam, że „jenka jeś juś męciona”.

Pomalowałam więcej wodnych kolorowanek przez 3 ostatnie dni, niż przez kilka ostatnich miesięcy. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek narysowała tyle bocianów i miała tyle czasu, żeby przeanalizować, jak bardzo durna i seksistowska jest bajka o dziadzie Rumcajsie. Zapomniałam już, jak wiele jest w stanie zrobić dwulatka pozostawiona na dwie minuty. Dowiedziałam się, jak ciężko odkleja się plastelinę z telewizora. I „zmarnowałam” mnóstwo czasu na nicnierobienie, na mówienie do niej, na głaskanie i całusy. Chyba przeginając, bo w czasie jednego z elaboratów tuż przed snem, na temat tego, jak ją kocham i jak jestem dumna, usłyszałam, że „jenka juś siśko wie i cie pać.”

Wczoraj udało mi się ją namówić na drzemkę. ODetchnęłam z ulgą i już chciałam się wymknąć do swoich spraw, kiedy… Zrobiła taką samą minę, jak wtedy, kiedy miała miesiąc. żartowałam wówczas, że chyba zamawiała mleko czekoladowe, a matka kelnerka dostarczyła zwykłe. Zamarłam w bezruchu. Wzruszeniu, przerażeniu i zachwycie – wszystkich tych dużych emocjach, na które ostatnio brakowało doby.

Gładziłam włosy na spoconej głowie, które, kiedy szaleje, skręcają się w fale i które z taką radością zaplatam w warkocze, dumna jak paw. Jeszcze chwilę temu wyglądała jak mały chłopczyk z wielkimi oczami, któremu stosowną płeć, bezskutecznie dla ludu, oznaczałam różem i opaską. Jeszcze przed chwilą zastanawiałam się, kiedy urosną jej rzęsy, a dziś zachwycam się, że są takie gęste i grube. Całuję niespokojnie drgające powieki usiane siatką maleńkich naczyń krwionośnych. I wiem.

Wiem, że już za chwile będzie prostować te swoje piórka i fale szatańską maszynerią, przekonana, że jest piękna tylko wtedy, kiedy wygląda zupełnie inaczej niż zwykle. Wyrywać ze świeczkami w oczach brwi, które tak uwielbiam gładzić. Nakładać niezdarnie pierwsze cienie z tutorialem na youtubie, w życiu nie pozwalając mi ich ucałować.

Nie jesteśmy już jej bezwzględnie potrzebni. Potrafi bawić się sama, woleć towarzystwo innych, wyprosić nas z pokoju i poinformować, że ma dosić. Jeszcze nie wyobraża sobie życia bez nas, ale niedługo to się stanie. Jeszcze kilka lat i będzie się chciała wyprowadzić od durnych starych. A ja dziś, naiwna, narzekam, że notorycznie ściąga te cholerne skarpetki.

Moja panienka sama już je i wciąga spodnie bardzo skutecznie i lepiej ode mnie, bo ja nie dałabym rady wsadzić dwóch nóg w jedną nogawkę. Kiedy śpi obok, nie uśmiecham się do trzech fałdek pod brodą i puszystych paluchów. To już nie mój bobas, a mała dziewczynka, która najbardziej na świecie uwielbia kinder niespodziankę, bujanki w reklamówce z Lidla i swojego tatę.To był kiedyś chleb powszedni.

Mogłam każdego dnia obserwować dokładnie, jak rośnie. A jednak pewnie ten wczorajszy zapamiętam na długo. Uczucie tej guli w gardle, że już nie kwili tak niewinnie jak kiedyś, a całkiem sprawnie się awanturuje. Czy chciałabym wrócić? Cofnąć czas?
Nie. Wręcz przeciwnie, być bardziej tu i teraz. Tęsknić za nią  w pracy i każdego dnia widzieć tą radość, kiedy z piskiem rzuca mi się na szyję, jakby nie było mnie kilka tygodni, a nie godzin. Kiedyś nawet pewnie zapomni zadzwonić.
Ten chleb powszedni stał się rarytasem, ale przecież rarytas kosztuje się z namaszczeniem, smakuje powoli i człowiek zazwyczaj bardziej go ceni.

Rety, kocham tak bardzo, że nie umiem już o tym chyba pisać… Bo jak wyrazić, że już się tęskni za tym, co się w tej chwili przecież nadal posiada…?