Moje pierwsze teksty na blogu obrażały katolików i utożsamiały ich z ciemnotą i debilizmem. Mój stosunek do dzieci był taki, że wolałam je omijać, drażniły mnie swoim krzykiem, były fajne tylko uśmiechnięte i na chwile, nie raz nazwałam któreś bachorem i współczułam matkom. Raz nieomal trafiłam do sądu za robienie sobie jaj z tragedii smoleńskiej na antenie studenckiego radia. Płakałam ze śmiechu wymyślając repertuar koncertu, na którym Maryla Rodowicz miała zaśpiewać „Do łezki łezka, aż będzie smoleńska”.

Pewnie nie raz zdarzyło mi się zarżeć obrzydliwie, słysząc dowcip o śmierci, aborcji, Żydach, czarnoskórych. Nie raz określić kogoś, kto był po prostu zupełnie inny niż ja, idiotą i kretynem, a potem patrzeć, jak osiąga to, o czym ja nie mogę nawet marzyć i dowiedzieć się, kto tym kretynem okazał się naprawdę.Nadal mam cięty język i poczucie humoru, które nie wszystkim odpowiada, nadal nie raz jestem na granicy dobrego smaku i przyzwoitości.

Byłam tam. Byłam tym ograniczonym człowiekiem, chamem przekonanym, że ma prawo wykpić coś, co dla kogoś jest naprawdę ważne. Potem poznałam fajnych katolików, jedni z nich są moimi sąsiadami i modlą się za moją rodzinę, różni nas wiele, ale pijamy razem piwo i herbatę, a nasze dzieci leją się zawodowo zabawkami. Za sprawą pewnej zakonnicy biorę jednak kościelny ślub, zakończyłam właśnie kurs przedmałżeński, który dał mi więcej niż lata filozoficzno-socjologicznych poszukiwań.O Smoleńsku przestałam mówić, bo gadali wszyscy. Raz tylko zobaczyłam oczy żony generała, która prowadzi Wiadomości. Prowadziła je kilka miesięcy po tej tragedii. Ten smutek strzelił mnie po mordzie tak, że do dziś mi wstyd.

Dziecko urodziłam własne. Cudowne i mądre, czasem niewyspane i asertywne aż do bólu. Teraz to ja bywam tą mamą, na którą młode dziewczyny patrzą z politowaniem, kiedy próbuję rozkrzyczaną córkę zapakować do wózka i zabrać do domu, bo jest senna. Mogłabym próbować im coś wyjaśnić, wytłumaczyć, ale wiem, że nie pojmą. Byłam tam przecież. Niejednokrotnie stwierdziłam, że jakieś dziecko jest brzydkie. Dziś, mi, mamie, która kocha nad życie i chciałaby uchronić swoje dziecko przed chamstwem, byłoby potwornie przykro, słysząc coś takiego o kimś, kto jest dla mnie Cudem.

Nie raz wydawało mi się, że nie chce żyć. A potem usłyszałam to z ust mamy kilkuletniej Klaudii, która miała guza mózgu i dwa tygodnie życia przed sobą.  Niegdyś twierdziłam, że ludzie z problemami psychicznymi są słabi. A potem leczyłam na depresje, brałam leki, a ludzie reagowali milczeniem, kiedy o tym mówiłam. Bywam nadal w szpitalu psychiatrycznym i widuję chorych w różnym wieku, potwornie zmęczonych, przytłoczonych tym, że nie mogą normalnie mierzyć się z życiem, bo muszą tyle energii poświęcić na zmagania z samym sobą.

Nie raz śmiałam się z aborcji, krzyczałam obrazoburcze hasła i byłam pewna, że mam w tym względzie jednoznaczne poglądy i prawo, aby je wykrzykiwać wszem i wobec. Niby moja macica, ale każdemu chciałam o tym opowiadać. A potem poznałam dziewczynę, która usunęła ciążę w 24 tygodniu, chwilę przed płacząc mi do słuchawki, „że to był syn”. Mimo tolerancji, nie potrafiłam zrozumieć, choć sama wcale nie chciałam mieć dzieci. Potem sama zaszłam w ciążę. Pomiędzy poszczególnymi tygodniami płód, moja Lenka, rósł za wolno. Nikt, poza rodziną, nie wiedział, ale czekałam 3 tygodnie na kolejne USG, żeby dowiedzieć się, czy w ogóle żyje i się rozwija. Widok kilkucentymetrowej pchły na USG, która tańczyła macarenę w rytm bicia mojego serca i łzy, które spływały mi po policzkach związane z tym, że dziecko, którego nie chciałam, jednak ma się dobrze i będzie, zapamiętam na zawsze.

Mniej więcej rok temu za naszymi granicami zaczęło dziać się źle. Głośno mówiono o wznowieniu obowiązkowej służby wojskowej, o poborach i wezwaniach. Nawleczony, historyk, po przeszkoleniu wojskowym, zupełnie na poważnie instruował mnie wtedy, co mam robić, gdyby zadziało się coś złego, dokąd uciekać, wyjechać, do jakich drzwi pukać. Moja wyobraźnia nie pozwalała mi spać. Wyobrażam sobie, co czułabym gdyby ktoś w takiej sytuacji nie otworzył mi drzwi, nie pomógł uratować mojego dziecka, dlatego, że moi rodacy, imigranci kradną, są chamscy, kombinują zasiłki i nadużywają alkoholu.

Nie znam prawd objawionych, nie mam monopolu na prawdę. Śmiech jest nadal remedium dla ogrania tego, czego się boję, czego nie znam, co mnie przerasta.Każdej z lekcji pokory staram się jednak wyciągać wnioski i przyznaję się do błędów. Polecam taką taktykę.
I przyłączam do akcji Stop Mowie Nienawiści.

#stopMowieNienawiści

www.stopmowienienawisci.pl