Minęły nasze wspólne 3 miesiące. Blog pokrył się kurzem, więc nie muszę wyjaśniać, że były cholernie intensywne. Tak naprawdę to chciałabym mieć możliwość wciśnięcia „stop klatki”, powiedzenia -córuś, zastygnij, nie drzyj się teraz, nie ruszaj, nie oddychaj, bo matka musi to uchwycić, opisać, ocalić, zapamiętać, bo choć każdy dzień jest taki sam, to wszystkie bardzo się od siebie różnią, a ja boję się, że to wszystko mi się wymknie, umknie, zostaną w głowie równoważniki zdań.


Moje wyobrażenie macierzyństwa nijak miało się do tego, czego doświadczam. Ludzie próbowali nas ostrzec, kiedy afiszowaliśmy się ze swoim naiwnym, radosnym, oczekiwaniem, a my reagowaliśmy jakby ktoś chciał podciąć nam skrzydła.  Dziś to my już mamy dziecko i skonsternowani obserwujemy oczekiwanie innych par i zastanawiamy się, jak zareagować? Powiedzieć im prawdę? Nie… Nie uwierzą, przestraszą się, zaczną szczekać  i zarzekać się, że u nich będzie lżej, lepiej, inaczej piękniej. Poczekamy. Za rok napijemy się razem wódki, wykończeni i dumni, że przetrwaliśmy, że choć bolało, to jakimś kurwa magicznym sposobem było warto.

Dużo rozmawiam z innymi matkami o zmianach jakie w ich życiu zaprowadziło dziecko. Większość pieje z zachwytu wydając z siebie pieśni pochwalne na temat sensu życia, przekonywania się każdego dnia, że na to czekały, a życie bez dziecka było jałowe, puste i bezsensowne. Piękne to. Piękne to tak, że można się wzruszyć. Albo z nadmiaru zachwytu porzygać.

Wydawało mi się, że pierwszy rok z dzieckiem to będzie kaskada niepowtarzalnych wrażeń i uniesień, że będę pochłonięta poznawaniem się z moją córką, a cały świat bez żalu zostawię za drzwiami mieszkania, w którym uwięziła nas zima. I tak jest – to ciepło zalewające żołądek, kiedy dziecko się uśmiecha, przewraca, pierdzi, wydaje z siebie nowe odgłosy i dźwięki może pojąć tylko rodzic. Albo ktoś, kto chla, bo od wódy też robi się przecież ciepło w brzuszku 😉 Moja córka nie jest jednak z reklamy Gerbera i zajmowanie się nią wymaga ode mnie więcej, niż kiedykolwiek mogłabym pomyśleć.

Po prostu ustalmy, że jak małe dziecko płacze, kwili, to wyraża emocje i potrzeby. Przez pierwsze 2 godziny. Przez kolejnych siedem, po prostu drze się jak przypalane żywym ogniem i samo nie wie,czego chce, za to ty wiesz doskonale- wystawić je na balkon,żeby ostygło. W mojej naiwnej głowie to miało wyglądać tak, że na początku ona będzie tylko spać, a ja 3/4 czasu dochodzić do siebie po porodzie i pisać o tym, jakie ma piękne oczy i włosy (bo ma, najpiękniejsze, niebieskie jak chabry, a czuprynę rudą, będzie moim małym Kasztankiem najprawdopodobniej!)

Nie zrozum mnie źle, jest we mnie masa czułości i ckliwości dla jej tłustych udek i pupy pokrytej kalafiorem dziecięcego cellulitu, zacałowuję każdy centymetr jej ciała, nałogowo masuję stópki i mówię takie słodko-pierdzące rzeczy, że gdyby ktoś to nagrał to bankowo kurator zrobiłby mi w jazd na chatę z alkomatem. Ja chyba nie do końca umiem być taka rozckliwiona nawet, bo kiedy na głos wypowiadam,co czuję -że moje dziecko jest najsłodszym cukierkiem  świata- to nie umiem postawić  kropki, bo samo przez się ciśnie mi się na usta ALE…

Ale mnie zjada.Wykańcza. Stawia co drugi dzień na krawędzi przepaści w którą patrzę się z żywą nadzieją i pocieszam się, że jakby co, to mogę skoczyć, że jakby co, to to nie metafora, bo mieszkamy na 7 piętrze. Nie dlatego, że takie jest macierzyństwo-znam matki, których relacje są radosne jak motylki i skowronki. Mi po prostu trafił się egzemplarz nieco trudniejszy w obsłudze.

Nadal się to sprawdza, że cokolwiek napiszę o moim dziecku,to za chwilę przestaje być aktualne-0 2 dni temu martwiłam się, że za rzadko i zbyt krótko je, to… już drugą noc wisi na cycku jak nastolatka na telefonie 🙂

Moje dziecko jest tak nerwowe, czy jak kto woli- wrażliwe, że ryczy w zasadzie przez większość czasu. Jeżeli nie nakarmię jej w tej sekundzie w którym uzna to za konieczne, mam jak w banku godzinne uspokajanie i nakarmienie w czasie 17. podjętej próby, kiedy już uda mi się ją przeprosić. Lubi karuzelę, przez 3 minuty. Matę przez jakieś 9. huśtawkę przez 30 sekund. I nawet nie masz pojęcia ile możesz, ba, musisz zrobić w tym czasie!

Nie udało się nam wypracować jakiś radosnych reguł naszej koegzystencji – Lenon potrafi przespać w nocy 7 godzin z rzędu,albo dla odmiany przez 3 doby nie spać wcale. Umie się budzić na żarcie co 40 minut,albo zapomnieć przez 5 godzin, że powinna. 2 dni potrafi kochać kąpiel i buczeć, że się kończy, by przez 4 kolejne zatruć nam wieczór krzykiem i histerią jakbyśmy ją podtapiali (dementuję- nie znęcamy się nad nią, a to co sobie wyobrażamy to tylko i wyłącznie nasza sprawa! 😉 ). Jedno jest niezmienne i bardzo dla mnie ciężkie do przetrwania:

Czy śpi,czy nie -nie da się przy niej i z nią zrobić CZEGOKOLWIEK. Jedzenie, ubieranie się i mycie zębów w towarzystwie ryku już opanowałam, choć założę się, że mam wrzody. Kombinowanie, bo na pewno nie gotowanie obiadu, to jeden z obowiązkowych punktów na naszym pijanym planie dnia – producenci mrożonek, kopytek, klusek, pomysłodawcy Wędlinek, twórcy surówek gotowych i moja teściowo- I love you, bez Was byśmy z głodu zdechli. Gotować nie lubię i tak, więc strata żadna, czasem tylko zapłaczę, jak przeczytam, że jakaś matka coś upiekła, uszyła, przeczytała…

I dochodzimy do punktu, który jest sednem tego,co mnie męczy – kocham ją, uwielbiam, nałogowo trzymam w rękach, żeby czuć jej zapach, który jest dla mnie jak narkotyk- ale bycie mamą mi nie wystarcza. Świat złożony tylko z dziecka jest dla mnie za ciasny, tulenie jej nie dusi ambicji, dlatego…

Nie będę rzucać wielkich słów na wiatr, ale dziś, mimo, że obudziła mnie na karmienie z 6 razy, wstałam kilka godzin przed nią ( pisze kilka godzin,bo już minęły, bo przecież nigdy nie wiem ile jeszcze będzie spać) -żeby napisać ten tekst, ubrać jak gdybym zamierzała gdzieś wyjść (niekoniecznie z psem 😉 ), poszukać książek, które muszę przeczytać, zrobić listę rzeczy, o których muszę napisać…

Zrobię wszystko,by wygospodarować czas dla siebie częściej, nawet jeśli będzie się to wiązało z wstaniem o 5:50, tak jak dziś. I bynajmniej nie po to, żeby poodkurzać.

Żeby z nową energią jarać się jak blant rastafarianina, że jest taka cudowna z samego rana i że właśnie moja córka zachwyca się faktem, że jej tato hamuje odruch wymiotny zmieniając jej pieluchę 😉 I zdechnąć ze zmęczenia o 21 i modlić się, żeby ona zrobiła to samo.

A jak u Was? Dziecko to cały świat? Jeśli tak, to z wyboru czy konieczności? Jeśli nie, to co robicie poza byciem mamą i, kurwa mać, jak tego dokonujecie?; ) Czekam na Wasze relacje. Weźcie pod uwagę, że jak czytam „moje dziecko jest spokojne, a ja robię wszystko, na co mam ochotę” to zalewam się łzami i smarkami, a umalowałam się nawet o 6 rano, więc litości.