Jestem z natury chyba bardzo zawzięta, bo kiedy ktoś mówi mi, że nie mogę czegoś zrobić to czuję wewnętrzną potrzebę, bardziej absorbującą niż łakomstwo, aby paparuchowi wątpiącemu we mnie udowodnić, że nie ma racji. tak było 5 lat temu. na prośbę kilkorga czytelników, a raczej przerażonych czytelniczek, dokonam szybkiej retrospekcji.

Jako posiadaczka wady wzroku, która na pewno upoważnia mnie już do otrzymywania renty oraz pierdołowatością graniczącą z upośledzeniem, powinnam na co dzień poruszać się owinięta szczelnie bąbelkową folią i z psem przewodnikiem. Niestety, mojego psa bardziej interesują odchody innych czworonogów niż moje bezpieczeństwo, a folia bąbelkowa sprawiłaby, że na przystanku mężczyźni zaczęliby mnie dotykać, a jestem nieprzyzwyczajona i może ze strachu wezwałabym policje, albo powiedziała, że ich kocham.

W liceum nie byłam szaloną spontaniczną nastolatką, raczej zakompleksioną istotą skrytą za kuloodpornymi szkłami, szczelnie owiniętą w polar. I może dlatego, że się nie wyszumiałam, raz na jakiś czas przychodzą mi do głowy posrane pomysły. jak wówczas, kiedy zakomunikowałam rodzicom, że wcale nie chcę osiemnastki na 200 osób jak wszyscy inni znajomi w fancy klubie, bo jestem rozsądna i pragnę zrobić prawo jazdy.

Zbijali się ze mnie ze 3 miesiące, zanim uwierzyli. W podobnej sytuacji byłam chyba, kiedy w wieku 11 lat zamiast prezerwatyw, zażyczyłam sobie na święta lalkę. Byli w szoku. Tata na pewno był przekonany, że pieniądze są mi potrzebne na narkotyki, a nie na naukę czegoś, do czego się nie nadaję, więc spokojnie, z uśmiechem, postanowił sfinansować moją fanaberię.

Na temat kursu nie będę się rozpisywać. Wspomnę tylko, że było to wiosną 2008 roku, w czasie absurdalnych upałów. Pan instruktor był stary i gruby i strasznie się pocił. Z rozrzewnieniem wspominam siadanie na miejscu kierowcy i to uczucie, kiedy jego i mój pot stanowiły jedność. Nie, Pan nie był pedofilem, ot, miał może problem z higieną. Posiadał natomiast niekonwencjonalne metody nauczania – za każdy postęp w nauce otrzymywałam cukierka, za błąd- truskawkę na pocieszenie. I że ja się na te owoce alergii nie nabawiłam, to jestem naprawdę zdziwiona…

Na koniec kursu Pan poklepał mnie po ramieniu jak wujcio, powiedział, że nie wolno płakać na skrzyżowaniu z tramwajami i życzył, żebym się nawróciła, bo w tej kwestii tylko Bozia może mi pomóc. Z tym płaczem to była oczywiście gruba przesada. Zdarzyło się raz, w czasie JEDYNEJ wizyty autem na mieście. Resztę czasu spędziłam na placu udowadniając niezmordowanie, że NIE DA SIĘ PARKOWAĆ RÓWNOLEGLE.

PRZEJDŹMY DO EGZAMINU

Powiedziałam A, to i musiałam za to beknąć. Trzeźwo oceniłam swoje szanse na zdobycie dokumentu uprawniającego mnie do zasiadania za kierownicą pojazdów dwuśladowych. Od razu zapisałam się na egzamin w innym mieście, gdzie ledwo wyłożyli asfalt, ale na szczęście nie zdążyli podłożyć mi świni w postaci sygnalizacji, rond i tramwajów. Naprawdę w życiu nie byłam niczego tak pewna!

Tak pewna tego, że nie zdam.

Dalej było już jak w serialu. W pokoiku, w którym czekałam na swoją kolej poznałam ze 20 osób, które miały już za sobą co najmniej 5 prób, więc wyluzowana położyłam się na krzesełku i kminiłam, czy by przypadkiem pierwszego starcia z WORDEM sobie nie odpuścić i wroga na ucieszyć walkowerem, ale se myślę – e, przyjechałam to przynajmniej zobaczę co w tym takiego strasznego.

Teścik zdany oczywiście bezbłędnie, byłam przed maturą i nie takich pierdół się w życiu uczyłam na blachę. Potem było już tylko… śmieszniej.

No bo idę sobie na plac i uświadamiam sobie w 5 sekund, że od 4 miesięcy, czyli od zakończenia kursu nie przyszło mi do głowy, żeby chociaż uchylić maskę samochodu. „O kurwa, uwalę zanim wsiądę” pomyślałam, a dramatyzm sytuacji podsycała moja rodzona siostra w 5 miesiącu ciąży, która wisiała na siatce ogrodzeniowej WORDu i jęczała, żebym się pośpieszyła, bo ma śledzie i bułki, ale zapomniała o widelcu.

Jeszcze nacieszyłam oczy lambadziarami smutno powracającymi z pola bitwy, które myślały, że odsłonięta dupa przysłoni trzeźwe myślenie egzaminatorowi. Głupiutkie. Tego może dokonać jedynie wybitne poczucie humoru.

Mój oprawca okazał się być szalenie sympatyczny, a moje rozpaczliwe chowanie dłoni w sweter (upał był) wzbudziło w nim pokłady ojcowskiej miłości albo litości. On musiał wiedzieć, że nie mam pojęcia, co tam robię. Kiedy wymieniając światła, po trzecim, zaczęłam się powtarzać, miał już pewność. Zatem sam pokazywał je palcem i pytał jak dałniątko prawie o to, jaki ma kolor. Pomijam już fakt, że nie umiałam otworzyć maski i zamiast za wajchę, ciągnęłam szarpałam się z uchwytem od klapy, na co pan stwierdził, że nie mogę pobrudzić takiego ładnego białego sweterka, więc sam się obsłużył, a ja wyrecytowałam to, czego pięknie się przed egzaminem z kartki w kratkę wyryłam.

Dopiero na egzaminie oświecono mnie, po chuj tyle razy musiałam ruszać na górce. Wcześniej byłam przekonana, że po prostu lada dzień wszyscy porzucimy wielkomiejski styl życia i wyemigrujemy w dzikie Karpaty, gdzie ruszanie pod górkę będzie niezbędne. Plac rozpykałam, a wbrew obiegowej opinii przy zaliczaniu słynnego rękawa, nuna nawet mi nie drgnęła. Świadomość, że nie zdam działała lepiej niż aktualne psychotropy i Mc Flurry.

Wzbudziłam w egzaminatorze taki instynkt opiekuńczy, że kiedy zgasło mi auto przez odklejającą się podeszwę bucika, to zaraz chciał naprawiać i mówił, że kupić trzeba. Przywołałam go jednak do porządku i przypomniałam, ze to nie jest spotkanie towarzyskie! Niesforny, uspokoił się nieco, sam przypomniał o światłach i ruszyliśmy w siną dal.

DLACZEGO NIE POWINNAM ZDAĆ?

Bo kiedy kazał mi się rozpędzić przed znakiem i hamować silnikiem, to trzykrotnie nie udało mi się rozpędzić auta tak, jak sobie życzył. Bo kiedy kazał zaparkować prostopadle, zaparkowałam tyłem, a on zrobił facepalm i zapytał, czy nikt mi nie mówił, że na egzaminie wymagane jest tylko parkowanie przodem. Bo utknęłam w korku i kiedy kazał mi sobie poradzić, to odsunęłam szybę i poprosiłam, żeby mnie przepuścili inni kierowcy. Bo, mimo zakazu mówienia, gadałam tak szybko i tak dużo, że nie zaliczyłam ani zawracania na 3 ani parkowania równoległego (NO A PRZECIEŻ TŁUMACZYŁAM INSTRUKTOROWI, ŻE NIGDY MI SIĘ NIE PRZYDA). Najpiękniej jednak zachowałam się przed pasami. Zahamowałam z piskiem, mimo, że pieszej już dawno na nich nie było. Zapytana o to, dlaczego tak zrobiłam, powiedziałam, że mam grube szkła, lepiej widzę i naprawdę widziałam, że pani upadło pięć złotych, więc byłam przekonana, ze wróci się za chwilę. Oczywiście zdążyłabym zareagować, ale już na pasach, a TAK NIE WOLNO!

anu zabrakło argumentów. I chyba przeraziła go perspektywa ponownego spotkania ze mną. Bo kiedy z rozbrajającym uśmiechem powiedziałam, że było ekstra i ze następnym razem też chciałabym zdawać z nim, to przerażony odpowiedział, że zdałam.

wyszłam z auta chyba na rękach,z  tego co pamiętam, a do dresów czekających na swoją kolej i pytających o to,czemu mam taka minę powiedziałam, że kminię nad własną składankę do samochodu.

Konsekwencje były takie, że siostra prawie zaczęła rodzic, a ojciec się popłakał. Do dziś nie wiem, czy z dumy, czy ze strachu o swoją Skodę. Dzień po odebraniu prawka przewiozłam mamę i po dwustu metrach nienawidziłyśmy się obie i szczerze nie pamiętam, która głośniej się darła i płakała. A potem zaliczyłam jeszcze jazdę pod prąd pod Mc Donaldsem i utratę lusterka przez jakiegoś wieśniaka, który mi wkręcił, że pójdę do więzienia. TO BYŁA JEGO WINA, ale perspektywa rozmowy z matką o tym, że naprawdę jechałam 15 kilometrów na godzinę, a on 250 po tym jak odbierze list z mandatem, szczerze mnie przeraziła, więc zapłaciłam za lusterko. A mama jeszcze przez 3 kolejne lata była przekonana, że jakiś niecny drań urwał lusterko od jej auta na parkingu. I brał sterydy, bo musiał mieć dużo siły.

Od tamtej pory jeżdżę regularnie. Raz na 4 miesiące. Przez wioski, odwiedzić babcię.

 

Oto krótka historia o tym, że prawa jazdy nie zdają Ci, którzy potrafią jeździć, a ci, których opuściła Bozia. Nawet w CV posiadanie dokumentu zatajam.

Czemu o tym wspominam? Bo okazuje się, że w nowej pracy MAM OBOWIĄZEK BYĆ MOBILNA. mam zatem deadline na wczoraj, żeby nauczyć się jeździć bez ataku paniki i mdłości. I bez zamykania oczu w trudnych sytuacjach.

Czyli to nie koniec opowieści z krypty pt. „Radomska kierowca”. Mam nadzieję, że Panie, które niedługo zdają swój egzamin na prawko i które prosiły o tą relację, czują się… zdezorientowane i już same nie wiedzą, czego się bać. Czy tego, że nie zdadzą, czy tego, że spotkamy się na drodze.

Amen.

____________________________

Może zobaczymy się na Facebooku? Fb: Mam Wątpliwość