Zacznij od tego, że spojrzysz mi głęboko w oczy… No dobra, sobie spojrzysz, w lustrze i przyznasz, że większość życiowych zmian i postanowień wygłaszanych po pijaku pt. „teras to już srobie szysko i w końcu będę szczęsiwa” zaczyna się i kończy na fryzjerze. TO smutne, ale niestety prawdziwe – wymiana męża skończyłaby się praniem brudów, szarpaniem o kredyt, dzieci i mieszkanie, a na sprawie sądowej dowiedziałabyś się pewnie, że i tak nigdy Cię nie kochał, więc zamiast smaku wolności, poczujesz smak alkoholizmu i rozczarowania. O tych wakacjach zagranicznych i upojnych, na których raz na zawsze wypoczniesz i wyżyjesz się seksualnie z małoletnim ciemnoskórym, który da Ci poczucie, że Twoje tlenione wybielaczem włosy i fakt, że masz europejskie obywatelstwo rozpala go jak bezdomny śmietnik, kiedy marznie, też możesz zapomnieć. Jest wrzesień, trzeba dziecku książki i trampki na zmianę kupić, sorry.

Inne pomysły pt. „zadbam o siebie, schudnę, pójdę na siłownię, basen i zacznę się zdrowo odżywiać” rozbawią Cię już na kacu. I co? z wszystkich ambitnych planów podsycanych spuszczoną ze smyczy i podlaną alkoholem wyobraźnią zostaje tylko fryzjer. Kobiety to wiedzą. Mężczyźni powinni zakodować i zapamiętać, dlaczego podcięcie końcówek i zakamuflowanie odrostów jest tak ważne i jak rozbudowaną symbolikę ze sobą niesie. To mityczne logo niespełnionych, spektakularnych przemian. Nie no, jaja sobie robię. Po prostu Tunezja jest droga, alkohol szkodzi i tylko u fryzjera kobieta może się schronić i uciec na chwilę.

problem polega na tym, że z chodzeniem do fryzjera jest jak z wielokrotnym wychodzeniem za mąż. Za pierwszym razem jesteś pełna naiwnych nadziei i wierzysz, że Twoje życie staje się lepsze. Potem już wiesz, że nie, a mimo to i tak ponownie się na to nabierasz i wracasz przez ołtarz, jak pies Pawłowa, któremu urzędnik stanu cywilnego obiecał miseczkę Pedigree. To samo jest z fryzjerem. Werujesz magazyny, nocami przesiadujesz na snobka. pl i dobierasz sobie spektakularne cięcia i kolory, a jak usiądziesz na krześle to się okazuje, że fryzjer jest z Bangladeszu i nie mówicie w tym samym języku, ba, posługujecie zupełnie innym systemem miar i rozmawiacie o diametralnie różnych 10 centymetrach…

Zwykle więc wracasz do domu w wystylizowanym hełmie i płaczesz i stwierdzasz, ze to cudownie mieć takiego męża, który nie wyrzuca się z łózka, kiedy ten nalakierowany kask zaczyna świecić w ciemności a rano ewoluuje jak transformers w stworzenie, którego żadne mycie ani czesanie nie jest w stanie okiełznać i znów wyglądasz jak stara, poczciwa, baba z rynku. Za pół roku zapominasz o całej sytuacji i wracasz do fryzjera przekonana, że na pewno ekstra Ci będzie z grzywką. Smutne.

Zgorzkniała i przepełniona jadem i goryczą Radomska, ku zaskoczeniu bliskich i obcych informuje, że to nie zawsze musi tak wyglądać. Są fryzjerzy i salony, z których nawet Radomska wychodzi rozradowana.

Otóż poszłam obciąć swoje kudły, które po podpaleniu zapałką zrobiłyby tylko smutne, krótkie  „PHYYY”. I co?

Dostałam taki wykład na temat struktury, potrzeb i traum, jakie były udziałem moich włosów, że poczułam ukłucie instynktu macierzyńskiego i chciałam Ewie Drzyzdze opowiedzieć za pieniądze, jakim to skurwielem musiałam być, skoro nie używałam odżywek.  Absolutnie wierzę teraz, że moje włosy mają swoje własne, skomplikowane życie, jak wnętrza automatów do coli i wykazują inteligencję istot wyższych, nie mających nic wspólnego z wszami.

Z panem Grześkiem rozmówiliśmy się od razu co do tego, ile to jest 5 centymetrów, żeby nikt nie płakał i co możemy zrobić, żeby kudły Radomskie zmartwychwstały i bardziej ochoczo zasłaniały twarzy. Absolutnie nie dodam, że moja strefa erogenna znajduje się na głowie, więc już mycie mi włosów wyposażyło mnie w przekonanie, że nawet sparaliżowana od szyi w dół mogłabym być naprawdę szczęśliwa i zaspokojona.

I te złote ramy przy lustrach! Radomska prawie jak Mona Lisa! A pod wpływem strumienia suszarki, prawie jak Heidi Klum w reklamie majtek!  Jestem autentycznie, nieobiektywnie, egoistycznie zauroczona i miejscem i Grzesiem 🙂

No to, żeśmy przegadali z Grzegorzem 1,5 godzinki i objechaliśmy z trafnymi komentarzami, nie ruszając się z fotela, pół Łodzi to chyba jasne.

 

A co teraz? No „dzień po” oddaniu się Grzegorzowi Śmiech zakupie jakiegoś specyfiku z peruwiańskiego łajna (tak pachnie) w sklepie fryzjerskim, nie jestem ani lepszym ani ładniejszym człowiekiem, ale mam prawie afro, a moje włosy włażą mi do talerza, więc jestem bardzo zadowolona.

Reasumując: w moim przypadku fryzjer był początkiem spektakularnych zmian, ale jak ciągle się żyje na zakręcie, to zmiany wydają się zwyczajnie monotonne. Zaczęło się dobrze, mogę narzucić włosy na twarz i lwią grzywą dzielnie mierzyć się z życiem.

Nigdy tu niczego nie reklamowałam i ten wpis to w sumie nie reklama, a zasłużona rekomendacja, o którą nikt mnie nie prosił. Najzwyczajniej w świecie polecam fajne miejsce w Łodzi, bo jakoś nie zauważyłam, że to miasto cierpi na ich nadmiar:

SALON FRYZJERKI APROPOS, ŁÓDŹ UL. SIENKIEWICZA 7/9 (przy samiuśkim budynku łódzkiej TVP)

bo bardzo dobrze mi zrobił w głowę Grzegorz Kołodziejczyk Uśmiech

 

Po krótkiej przerwie na reklamę, za dzień lub dwa, maksymalnie trzy zapraszam na pospolitą, Radomską aktualizację o niczym konkretnym 🙂

___________________________

Do zobaczenia na fejsbuku? wklep „mam Wątpliwość” 🙂