Jeśli miałabym opowiedzieć o jakimś nieoczywistym marzeniu, które nie dotyczy bezpośrednio mnie, aczkolwiek z pewnością ułatwiłoby mi życie, to… Chciałabym, aby ktoś zorganizował ogólnopolską konferencję. Ba, światową, co ja się będę ograniczać. Z pompą, gwiazdami, ekspertami, sponsoringiem mnóstwa marek i giftpakami dla każdej uczestniczki. Konferencję o tym, jak budować poczucie własnej wartości, jak realizować cele, jak pogodzić „ja” z „my” i przeanalizować ile „chcę”, a ile „muszę mam w życiu”. I chciałabym, aby nie było na tą konferencję ani jednej chętnej.

Zeby producent sukienek i podpasek nie dorabiał się, na dorabianiu ideologii do waty na krew menstruacyjną i kawałka materiału, a potencjalne uczestniczki, słysząc pomysły na prelekcje, dostały czkawki ze śmiechu i nabijały się z organizatorów, że niedługo to oddychanie zaczną wykładać i robienie kupy. Że bardzo mocno dziękują za możliwość pieluchowania w czasie okresu i pimpowania przed lustrem sukienką, ale to wszystko, czego oczekują.

A nie tego, że je skrzydełka podpaski otoczą czule ramionkami a sukienka podniesie IQ i ujędrni dupsko.

Jest z nami naprawdę lepiej, choć skrajności nadal się zdarzają. Zwykle jednak to powietrze, które powinno było być nam dane ot tak, bez powodu większego, martyrologii i głębi, ktoś nam wydziela albo zmuszone jesteśmy wydzierać je życiu.

To są piękne opowieści, które chwytają za serce.

O toksycznych związkach, które zakończono.
O złym dzieciństwie, które zmusiło do podejmowania decyzji.
O frustracji, która przerosła.
O wkurwieniu, które zmotywowało.
O punkcie granicznym,za którym było tylko „ja” albo „przepaść”.
O zdarzeniu, które uświadomiły, że nie będzie poprawin tego wesela, żadnego dubla i być może wszystko, co mamy, to wtorek.

I bardzo długo słuchałam z zapartym tchem, zagrzewając się do walki o swoje. O cierpieniu niewyobrażalnym, które tyle kobiet znosiło latami. A poczuciu pustki i bezsensu, które przytłaczało. I wiecie co? Przyznam się, bez bicia.

Mam dość.

One są ekstra w śniadaniówkach, żeby między wysłaniem dziecka do żłobka a zrobieniem kanapki i brwi wzdychnąć pod nosem „wow, ile taka baba potrafi znieść”. Na dłuższą metę mnie jednak męczą, wybaczcie. Nawet moja własna, którą z uwielbieniem mieliłam na setki sposobów ,eksponując raz po raz owe odcienie sznyt i blizn oraz traum, które mi zostawiła.

Nie podważam ważności. Twojej historii, własnej, ani żadnej cudzej. Tylko kurwa mać, czy dojście do wniosku, że jesteśmy czymś znacznie więcej, niż to, co dzielnie zniosłyśmy i kurewsko bolało, serio musi być aż tak zaskakujące i spektakularne?

Marzy mi się, aby kobiety nie musiały czerpać siły z cudzych doświadczeń i własnego cierpienia. Nie chełpały ze źródełka mądrości cudzej i własnej, odkrywając raz po raz, że wow, mogę, mam wybór, nie wszyscy muszą się zgodzić, ja to nie tylko to, co robię dla innych i jakie role pełnię, zasługuję na szacunek nawet jak jestem „niewygodna” – nawalam, źle się czuję, nie mam ochoty, bo nikt kurwa mać nie jest stworzony do ciągłego stresu, stania na palcach i wciągania brzucha.

Marzy mi się, aby to było oczywiste, a nie odkrywcze, zaskakujące, oczyszczające.

To przekonanie, że jest się ważnym, że każdy ma to prawo zdefiniować, że nie można wiecznie słuchać innych, bo to nie oni patrzą na nas w lustrze i muszą wytrzymać ze mną aż do śmierci.

Lubić siebie i szanować, nie za jasne włosy i piękny uśmiech – włosy spieprzy pierwsze farbowanie, uśmiech można namalować, wybielić, wybić, rzecz nabyta.

Za to, że się JEST. 

Młodym i głupim i chce się dowiedzieć. Szalonym i nierozsądnym, ale odważnym i chłonnym.
Dojrzałym i nieco spokojniejszym, ale wciąż z tymi ciągotami, co to każą się zastanowić, czy wsiadać w ten tramwaj do roboty, czy zwiać na 3 dni i nikomu nie tłumaczyć.

Marzy mi się, aby to nie Twoje doświadczenie wyznaczało poczucie własnej wartości, a trudne momenty pokazywały, szokując, jak silna jesteś. Chciałabym,żeby to było oczywiste, jak czapka zimą i sikanie przed wyjściem z domu.

I nie, nie będę Waszą przewodniczką duchową, która uczy wyplatania koszy z wikliny, szycia i szukania siebie w lesie czy na wyprzedażach. Sama się dziwię  swoim żenującym  odkryciom pt. Jestem ważna. Mogę. Dzisiaj mi się nie chce. I łapę się na tym, że biłabym sobie brawo za to, że coś olałam i odpuściłam. W biegu po kartofle, z których pragnęłabym robić kotyliony dociera jednak głos: joł joł, prrr sarenko.

Odwracam kota ogonem i maluję logo super Radomskiej, pyskuję sobie, ze owszem, doceniam, że oddycham. I nie wstawiam prania na akord. Olewam. lepię z tego, co mam, ale nadal, nadal wkurzam się i marzę.

Jak zawsze spycham na kolejne pokolenie – może moja córka bez zająknięcia powie, że jest ok, że czasem się coś udaje, czasem nie, warto pracować, próbować, doceniać i być po prostu dla siebie miłym, bo żulowi to żodyn nie powie, że śmierdzi, ale sobie dojebać to każda potrafi.

_______________________________________________________________________

Zdjęcia: niezastąpiona Karolina Szubert – @onicniepytaj <klik>, Utrecht, czerwiec 2018.