Jako, że anegdotka, którą dziś przytoczę, nie dotyczy mnie, ba, firma w której miała miejsce, już nie istnieje i wcale nie przeze mnie, bo nie istniała długo nim powstał ten tekst, to pozwalam sobie ją przytoczyć jako „heheszki z branży”, bo przecież nie mogę napisać, że nasze psy ciągacze w ilości 7 tysięcy sztuk dotarły do polski z za długim sznureczkiem, ktoś z inspekcji sapał, że dzieci się powieszą i ojojoj będziemy je ręcznie ciąć w magazynie, bo będę pewnie także ciąć ja, a tam jest zimno i to w ogóle nie jest zabawne, przyznacie, że  śmieszniejsze są jednak opowieści dotyczące INNYCH. Anegdotka i plotki z branży.


 Sznureczki mają mieć centymetrów maksymalnie 22, dlatego jak traficie na zabawki-ciągacze i pomyślicie – co za debil robi zabawki ze sznureczkiem, który jest za krótki, żeby je ciągnąć odpowiem spokojnie – polskie prawo stoi na straży waszego bezpieczeństwa (żeby ani rodzice ani dzieci się nie powiesili) i rutyny (żeby nikogo nie poniosło za bardzo, jakby się chciał jednak ciągającą zabawką pobawić w sposób sugerowany na opakowaniu, bo by się okazało, że należałoby się wcielić w dżdżowniczkę i sznureczek trzymać w japie, nie mnie oceniać komfort takiego spaceru, ale ludzie są rożni, może komuś się spodoba, a wiadomo?).

A więc u tych innych, w jakieś innej firmie, sprowadzającej do Polski plastikowe marzenia wszystkich dzieci, wydarzył się inny psikus. Firma ta miała sprowadzać tzw. Lalkę sikającą. O istotę zabawki, która leje, kiedy potrafi to każdy, a dzieciaki to nawet zawsze w niespodziewanym miejscu i porze, proszę mnie nie pytać, niemniej na pewno Państwo skojarzą tą zaawansowaną technologię – wkładasz do japy lalki butelkę z wodą, naciskasz, lalka napełnia się wodą, która zgodnie z zasadą fizyki czy tam „magii” przytaczanej w spocie reklamowym zabawki, sika w majtki. Szał. Czad. Stroboskop. Wiem.

Lalka siusiająca miała jedną podstawową wadę. Malutki mankamencik, który zaburzał skutecznie jej działanie i mógłby nieco stłumić radość dziecięca i to nie za sprawą wartko wysikiwanego przez ową lalkę strumienia wodo-moczu. Pech, armia chińczyków, niesprzyjające okoliczności, sztorm  i ciśnienie oraz pewnie ustawa PiSu sprawiły, że… lalka nie sikała.

Jak to?! Krzykniesz przerażony, a ja spokojnie roztworzę ramiona, by ukoić owe zdziwienie. Tak, nie sikała. Oczywiście opowieść ma swój happy and, bo mamy październik, ale piździ jak w grudniu, czyli ja już czuje ducha świąt i odmrożone stopy. Niemniej jednak dodać trzeba, że nim lalka trafiła do wszystkich dzieci, które jak niczego na świecie, pragnęło plastiku, który leje pod siebie jak żul na dworcu, lejąc wzorowo i bez przeszkód, doprowadzając mokrymi majtkami do ekstazy wiele kilkuletnich dziewczynek.

I teraz, finał. Morał. Wisienka. Idealna na poniedziałkowy wieczór i ukojenie wkurwienia wynikające z nieuchronnie zbliżającej się zimy. Remedium na „wydaje Ci się, że masz kiepską pracę”? Zamykamy oczka i wizualizujemy.

Grupę kilkunastu chłopów w roboczych ogrodniczkach, którzy ściskają w dłoniach nagie lalki i nakłuwają im krocze, aby zniwelować brak otworu do sikania i sprawić, że woda przestanie lalce wyciekać stawami i japą.

Zostawiam Was z tym obrazem, który MNIE BAWI i liczę, że ogrzeje Was nie raz w czasie porannego oczekiwania na tramwaj i meteoryt, który skróciłby te cierpienia.

___________

Jeśli obraz nakłuwanego lalce krocza podziałał na Ciebie, udostępnij ten tekst.