Na pewno zaskoczy Was ta informacja, ale nie mogę Was dłużej trzymać w niepewności – Kate i William doczekali się wreszcie swojego pierwszego dziecka. Widzę tą społeczną ekscytację wynikającą z faktu, że młode małżeństwo zostaje rodzicami. Myślę, że ilość ciąż w Polsce to nie tylko efekt długiej zimy i monotematyczności jeśli chodzi o dziedzinę jaką jest spędzanie czas z drugą połówką, ale i zapatrzenie na księżną. Ot, jej ciąża jest po prostu trochę nasza. Trochę, bo reszta należy do całego świata.

Ustalmy parę faktów- Kate nie rzygała w pierwszym trymestrze. Kiedy zobaczyła dwie kreski na teście nie powiedziała „Co z tym zrobimy?!” ani „Matka mnie zabije!”. Ba, nawet nie była senna. Żeby do reszty odrzeć stan ciążowy z autentyzmu – nie przytyła, a rozkwitała. Jedyne zmiany w jej wyglądzie to brzusio jak przy wzdęciu i ten macierzyński blask w oczach. Po prostu patrzyła taka pospolita ciężarna na nią, potem na siebie, potem na nią i znów na siebie i kminiła, co też zrobiła nie tak…

Doskonale wiemy, że Will i Kate to produkty, jak cała monarchia utrzymywana po to, aby sprawiać radość i wzbudzać zachwyt. Wiemy, że muszą mieć określony wizerunek na który się godzą, a już na pewno godzi się Kate, bo to ona powiedziała „tak” i zdecydowała się porzucić rolę plebejskiego Kopciuszka (a że bogatego? czasy się zmieniają!), by stanąć u boku przyszłego monarchy. Wiemy już, że miłość do monarchii współcześnie nieco wśród Brytyjczyków przygasła, no ale na czas tak wyjątkowego wydarzenia, można uśmiechnąć się do zastygniętego w bezruchu i porażonego oczekiwaniem świata i powiedzieć z dumą „tak, to nasi”. Przypomina to pewnie trochę nasza narodową dumę, kiedy nagle wygramy jakiś mecz, co prawda dzięki zawodnikowi z Dżalalabadu, który nie mówi po polsku, ale to nic nie szkodzi, a gdy nie wygramy my, a jakaś inna drużyna, to szybciutko znajdziemy w drzewie genealogicznym jej najlepszego zawodnika jakieś uzasadnienie świadczące o jego Polskości- ot chociażby, że pradziadek najlepszego zawodnika hiszpańskiej reprezentacji mył nogi w rzece, w której prała Polska chłopka,  apotem o tej chłopce marzył aż do śmierci, dlatego z nikim się nie związał, bo w Hiszpanii nie mógł znaleźć drugiej takiej dziarskiej słowianeczki.

Na moment schowajmy dbałość o szczegół i bądźmy dumni. Cierpliwi też, bo fala informacji o prince juniorze jest przytłaczająca, ale spokojnie, między narodzinami, a pierwszą kupą i aż do ząbkowania może Anglia da nam trochę odsapnąć by okiełznać emocje. Doświadczamy czegoś naprawdę fajnego i dla nas, Polaków, egzotycznego – możemy publicznie cieszyć się cudzą radością, być dumni i przymknąć oko na szukanie dziury w całym. Bo w przeciągu kilkudziesięciu lat historii naszego kraju nie było by wydarzenia, które wszyscy wspólnie uznalibyśmy za ważne, fajne, wspólne.

Gdyby Kate i William byli Kasią i Władkiem, to zamiast gratulacji usłyszeli by, że Władek łysieje, ma krzywe zęby, dziecko na pewno będzie płaczliwe i podłe, a Kate na pewno nie urodziła tego dziecka sama i poza tym ma brzydką fryzurę.

Świat potrzebuje takiej bajki o ludziach, którzy są ładni, bogaci i szczęśliwi, ot, żeby wmawiać sobie, że to w realu również jest możliwe i że może kiedyś, taki drugi Will też będzie przejeżdzał obok rzeki, zalewu, albo hydrantu i się na nas zapatrzy, by śnić o nas i fantazjować o nas nocą pod książęcą pierzyną… A to, że mnie to piękno i idealizm męczą, to zupełnie inna kwestia.

To absurdalne, żeby kobieta 24 godziny po porodzie była ładna, uczesana, uśmiechała się do swojego męża – powinna mieć zdarte gardło od darcia się przez kilkanaście godzin „Nigdy więcej mnie nie dotkniesz Skurwielu!!!”. Rozumiem, że potrzebujemy telenowel, żeby wierzyć, że gdzieś żyje się lepiej, a ludzie są lepsi, ale…

Zastanawiam się, kiedy pęknie ta bańka, nie tylko monarchowa, bańka z ludźmi bez skazy, bólu, rozstępów i próchnicy, kiedy zaczniemy podziwiać ludzi, którzy są prawdziwi i po porodzie odważą się powiedzieć „bolało jak jasna cholera, a dziecko spoko, kochamy, na razie jest jednak spuchnięte, pomarszczone i brzydkie”

Czy nie byłoby nam łatwiej lubić i podziwiać tych, co mają ludzką twarz, cellulitis i zeza? No ale z drugiej strony, jak mielibyśmy podziwiać kogoś podobnego do nas, kiedy sami siebie rzadko lubimy… Łatwiej okłamywać samego siebie, że prawda jest niepotrzebna, ważne tylko to, co chcemy o sobie powiedzieć i pokazać.

Napisała Radomska, która czeka na swoje zdjęcia z profesjonalnej czyt.  wymuskanej sesji z brzuchem, która oficjalnie ma ocalić wspomnienia, a nieoficjalnie dodać uroku i słodkości stanowi, który od uroku i słodkości leży pół metra dalej  i zobaczyć to,co chciałaby widzieć, a nie to, co jest prawdą.

 

A Ty jaką bajkę o sobie sam sobie opowiadasz, by być bardziej jak Kate, mniej jak Kasia?