Nigdy nie wyobrażałam sobie siebie, siedzącej w domu z niemowlęciem. Nawet jeśli myślałam o dziecku, to wyzwania z tym wiązane miały dla mnie wymiar metaforyczny. Codzienność kojarzyła mi się z czymś żmudny, trudnym i monotonnym. Po części taka właśnie jest- rytm dnia wyznaczają drzemki i spacery, każdego dnia uczę się być mamą i znajdować czas na cokolwiek innego,co jeszcze rok temu było absolutnie oczywiste i łatwo dostępne.

Jest bardzo różnie, ale, cholera, chyba lubię tą moją codzienność, to zmęczenie po całym dniu i smak herbaty, którą zdążę chociaż raz w ciągu dnia wypić ciepłą, bo ona śpi. Myślałam, że będę pragnęła wrócić, uciec do pracy, a dziś martwię się, jak to będzie, kiedy ktoś obcy będzie zbierał 3/4 dnia jej uśmiechy i jestem już teraz cholernie zazdrosna.

Lubię to, że zmęczenie nie pozwala głowie na zajmowanie się większymi problemami, niż jej niewyspanie i bolące dziąsła, że tylko to,co związane z nią, jest namacalne i prawdziwe, a reszta to tylko abstrakcja, od której mogę się odciąć zamykając drzwi i kładąc się obok niej, żeby naładować akumulatory wachlarzem jej min i małych-wielkich nowych osiągnięć. A przynajmniej udawać, że mi się to udaje.

Jaram się do szaleństwa tym, że ma już 2 wystające z dziąsła zęby, którymi odgryzie mi niedługo cycek. Że dźwiga dupsko przymierzając się do raczkowania i tak śmiesznie się wścieka, że ciężar głowy wciąż nie pozwala jej się spruć z łóżka. Zaśmiewam się,wzruszam do łez, wściekam do czerwności, jak dziecko, a tego wszystkiego uczy mnie dziecko, które jeszcze tak niewiele umie. Magia.

***

Głowimy się jak będzie wyglądała nasza przyszłość. Moja zawodowa kariera stoi pod znakiem zapytania wielkim jak Jezus w Świebodzinie. Gdzie znajdę pracę z niemowlęciem, skoro i bez było tak cholernie ciężko znaleźć cokolwiek?Czy mogę jeszcze nieśmiało myśleć o swoich ambicjach czy brać cokolwiek, byleby tylko Lence niczego nie zabrakło? Co z moimi ambicjami? Uda nam się kiedyś wyprowadzić do większego M, urządzić córce bajeczny pokój, sobie sypialnie, pozwolić sobie na drugie dziecko? Czy marzenia o wspólnych wakacjach i życia w nieco szerszej, lżejszej perspektywie niż kolejna wypłata, to naprawdę tylko pobożne życzenia …?

**8

Na onkologii dziecięcej poznałam wiele dzieci. Chłopców, którzy nie zagrają w piłkę, dziewczynki o twarzach zdeformowanych sterydami tak bardzo, że w razie potrzeby, nie mogły nawet korzystać z masek tlenowych, bo te nie były w stanie przylegać jak należy do ich opuchniętych twarzy. Pamiętam rozmowy z mamami, które dopiero teraz, kiedy sama jestem jedną z nich, nabierają większego znaczenia. Pamiętam spojrzenia, stłumione głosy, kąciki ust opuszczone tak nisko, że daję słowo, mógłbyś ich szukać na podłodze.

Nie miały imion, poglądów politycznych, barwnych marzeń na przyszłość. Były tylko tam i wtedy,przykute do szpitalnego łóżka swoich dzieci.  Niewyobrażalnie smutne, snujące się po korytarzu definicje Bólu.

Kiedy myślę o cierpieniu, widzę je. Odkąd zostałam wolontariuszką nie do końca, a przynajmniej nie zawsze wierzę  i ufam Bogu(wolę wątpić, niż nienawidzić). Po prostu znam miejsca i ludzi, którzy bardziej niż Bogu ufają morfinie.

***

Książka „Zorkownia” Agnieszki Kalugi nie była dla mnie szokująca, nie zmroziła mi w żyłach krwi, nie poraziła. Przypomniała mi o tym, co już widziałam i wiem,  tyle, że w naprawdę piękny i mądry sposób. I choćbym nie wiem, jak wyczerpujące recenzje czytelników czytała choćbym nie wiem, jak bardzo byli poruszeni i zdruzgotani, to nie zapomnę, że to,co serwuje Zorka, jest okraszone pięknymi, dobrymi i mądrymi słowami. W życiu realnym, poza książką, często ich brakuje. Albo zbyt często do pięt nie dorastają morfinie.

Nie po to polecam Ci tą książkę, byś zalał się potokiem łez, biczował tym, że nie doceniasz wszystkiego co posiadasz, wpadł w zachwyt uzmysławiając sobie, że są ludzie, którzy najcięższe wyzwania stawiają przed sobą sami i żyją w miejscach, o których istnieniach wolimy zwykle nie myśleć. Nie namawiam do zbawiania świata, podziwiania kogokolwiek, zachwytów nad tym, co niezauważalne- świetnie wiem, że codzienność nas zjada i miejsca na zachwyt zawsze jest za mało, a przypominanie o tym, zamiast zaprowadzić zmiany,wpędza nas w poczucie winy. Uzmysławia, że żyjemy niewystarczająco dobrze. Jakby  kiedykolwiek ktokolwiek znalazł przepis na to, jak robić to jak należy…

Namawiam Cię do lektury, bo według mnie to ważne, żebyś wiedział, co robić, co czuć, jak nazywać rzeczy i jak się zachować, bo kiedy to się dzieje, a dzieje się zbyt często i zbyt mocno, co robić, a co wypierać, żeby było o pół grama lżej.

***

Odkąd pamiętam otwieram się na trudne tematy, szukam informacji, imam się wolontariatu, rozmawiam o tym,co straszne i ostateczne. Próbuję obłaskawić prywatne tabu- strach przed śmiercią, utratą kogoś bliskiego, chorobą. Chcę wiedzieć co się wtedy dzieje, z życiem, człowiekiem, co się zmienia i jak bardzo, żeby… Powiedzmy, że po to,aby wiedzieć- co się dzieje z życiem, ciałem, wartościami, jak ewoluuje sens, sposób myślenia, jak to się dzieje, że rozpacz, która mnie w teorii już przytłacza, realnie nie zabija. Kiedy tak często chciałoby się rzec-niestety.

Wiem, że kilkuletnie dzieci nie boją się śmierci, bo to dla nich pojęcie, abstrakcja, myślą głuptasy, że nadal będą z mamą, tylko, że niewidzialne, jak duszki z bajki. Wiem, że umierający, o ile mają siłę i resztki świadomości, potrzebują świadomości, że mogą odejść, że ich ulga jest ważniejsza od cierpienia bliskich, potrzebują się pożegnać. Wiem, że matki, które straciły swoje dzieci nim zdążyły je urodzić, mogą przeżywać tą utratę tak mocno, że będą cierpieć na szereg fizycznych dolegliwości – na przykład wijąc się w przewlekłej chorobie, kiedy nadejdzie termin, w którym dziecko powinno przyjść na świat. Przyjmuję za absurdalnie i boleśnie oczywiste,  że nie ma większej tragedii niż utrata dziecka.

Wiem, że trzeba pozwolić, aby zwierzęcy ból nas wypełnił i zagościł na  tak długo, na ile będzie to konieczne, bo ignorowanie go i zapychanie codziennością, to tylko odwlekanie w czasie wybuchu bomby. Wiem, że ponoć najtrudniejsze są pierwsze dwa lata, bo świat leży w gruzach, a człowiek nie ma wtedy siły podnosić ani jego,ani powiek.wiem, że kiedy to się dzieje, to cała mądrość i wiedza, nadaje się do podtarcia tyłka.

***

Kiedy o tym myślę- milczę. Daleko mi do rozważań o sprawiedliwości, wolności, aborcji, eutanazji, naprawdę trudnych wyborach. Bo uważam, że nie mam żadnego prawa w swoim imieniu wypowiadać się w imieniu tych, którzy ostatnią rzeczą o jakiej myślą to to, że są częścią jakiegoś powszechnie, społecznie dyskutowanego problemu, dzielącego opinię publiczną, która tak naprawdę nie ma pojęcia (bo ma to szczęście, nie mieć pojęcia!) o czym mówi i kogo próbuje ocenić.

Milczę. Ciebie zachęcam do okiełznania strachu przed tym, co dzieje się za drzwiami, na bycie bliżej tych, którym się to przydarza, nad nie próbowaniem uciekać przed tym co brutalne, bo, przecież wiesz, jeśli tak ma być, i tak cię dopadnie.

***

Dopijam letnią herbatę, całuję śpiącą Lenkę w nos, brodę i czoło, choć wierceniem odpowiada, że nie ma ochoty na moją codzienną porcję czułości. Zamykam kartę przeglądarki, w której sprawdzałam na internetowej stronie banku stan konta.

Bo najwazniejsza jest ta miłość. I zdrowie. Resztę się doklei.

„Po kilku godzinach towarzyszę małemu w przedszkolnym festynie.
Patrzę, jak dzieci chlapią się wodą, biegają umorusane na bosaka. Chłonę ich radość i czuję przeogromne szczęście, że mogę na to patrzeć wolna od zwierzęcego bólu- akurat tu i teraz. Nie wiem, ile to potrwa.
Mam obowiązek WIDZIEĆ rzeczy, smakować rzeczy, cieszyć się nimi.
Bo jestem.
Póki jestem.”

Zorkownia

Fantastyczną książkę Agnieszki kupisz tu: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,4351,Zorkownia

Ściskam Cię ciepło.

Ola