Jakoś w miniony wtorek, porą wieczorową, przybywa do mnie mąż i inicjuje rozmowę ważną. Wiecie jak wyglądają rozmowy ważne? To najczęściej kupka owinięta w złotko po ferrero roche. I rzecze do mnie, że dłużej tak być nie może.
Szanuje, że w domu balaganu robię mniej i zdecydowanie mniej mówię. Gdyby nie te kilka godzin pomiędzy powrotem z pracy, a uśnięciem, bylibyśmy parą idealną, na szczęście te domowe obiady, prosto z serca i półproduktów, sprawiają, że to jeszcze da się przełknąć. Mówi, że schudłam, pociągam go bardziej, cisza jest cudowna (a łyżka na to niemożliwe), ale zwraca się do mnie nie tylko jako mój mąż, ale i recenzent, pytając kulturalnie: Co odpierdalam?

Mając na myśli moją frekwencję, rzecz jasna – i zaangażowanie na polach wielu. W tym, internetowe, ale i własne, sypialniane, bo w grze „uśpię dziecko i wracam” 9 na 10 razy przegrywam z kretesem i nikt nie zakłada już, że będzie inaczej. Nawet dziecko układa się w swym królewskim łożu o 90 cm szerokości tak, by zrobić grajdoł dla matki poskładanej jak scyzoryk. Jak w piosence czarnego kastraty nucę „you can put the blame on me”, choć jestem prawie pewna, że on wcale tak nie śpiewa.

Kilka tygodni temu postanowiłam sobie odpuścić, wycofać się, wyciszyć, zrobić post – od pisania, od jedzenia, od myślenia, od zarywania nocy. Na próżno było odzywać się do mnie po 21, każdego wieczoru o tej porze miętolił mnie już w swoich łapczywych, spragnionych pieszczot ramionach, Morfeusz, narażając mnie coraz mocniej na gniew męża i postronnych, oczekujących, że mam coś błyskotliwego do powiedzenia i jest to zabawne tak, że aż łapy mi dygocą nad klawiaturą i nie mogę zapisać.

Błyskotliwego w zanadrzu nie mam nic, ale jeśli ktoś chce coś ode mnie, to chętnie mu swojego psa oddam na rok, a na weekend dziecko. Taki żarcik, wyborny, jak gorzka czekolada i chipsy z jarmużu. Mogę się podzielić odkryciem, że zapewne nawet porzucenie pomysłu porannego wstawania i odsypianie ciurkiem, nie pozwoli zregenerować się po niemal trzech latach odkładania drzemek na tzw. potem, które nigdy nie nadchodzi.

Tu teraz zagrałabym filozoficznie, że odrzuciłam to, co doczesne, zaczęłam żreć warzyw więcej i rozmyślać poważnie i egzystencjalistycznie, ale prawda taka, że jak sobie ciut odcięłam dostęp do kalorii, to mi co wieczór odcinało prąd i Bozia mi świadkiem i mąż, który kilka razy próbował mnie dobudzić, że nie było mocnych, aby z tą siłą wygrać, ale jak mi mąż zapowiedział, że jak się nie ogarnę to nie będzie już lajkował moich statusów, przestraszyłam się nie na żarty. I nic to, że statusów w zasadzie nie było, toż obiecał na dobre i na złe, a nie w malignie i śpiączce.

I oto jestem. Siedzę przed Wami w przeddzień szakala zwanego poniedziałkiem, po weekendzie wypełnionym rodziną tak, że strach, jak na kacu, głowę uchylić, żeby się nie ulało. Opisałabym jakieś katharsis, wzbogaciła nutą refleksji, mottem kogoś znanego, kto już nie żyje, żeby nie sapał, że go publicznie na blogu wywlekam i oczerniam. ale … No nie.

Po prostu jestem, ja. Oleńka Radomska. Bez cukru, białej mąki i ambicji, by podbić świat. Kajam się, że ośmieliłam się nie być, ale wiecie co, to realne życie nie jest aż takie straszne, kiedy człowiek decyduje się je przespać. Niemniej jednak czuję się powołana do wyższych celów, niż prysznice brane na prędce kwadrans po 6 i wypiekanie brownie na bazie cukinii. Czas wrócić, może nie do żywych, bo infekcja miętoli mnie jak Morfeusz, kiedy nasz romans był w rozkwicie, ale do dogorywających, którzy łypią sarkastycznie na rzeczywistość lewym oczkiem, kiedy prawe jeszcze śpi i ma w kąciku śpioszka.

3 tygodnie, czasu szmat.Trzy wiadra niepowiedzianych dowcipów się zmarnowało, ja zostałam matką przedszkolaka, nadal się nie wyspałam i czuję się absolutnie wstrząśnięta, że ta jesień, to już, bo mi umknęła jak prawe oko zezujące, ta wakacyjna beztroska lata. Nic to. Pozostaje odziać się cieplej, ludzikom z kasztanów dorysowywać siusiaki na czole, lawirować pomiędzy przedstawieniem „jestem dorosła, wysiedzę osiem godzin, ostatecznie z gilów bałwanka ukulam„, a sztuką „łowienia ryb na bezkresnym morzu  w postaci popielatej szarości dywanu, po którym dryfują bezradne figurki Kittycat (czyli Hello Kitty według mojej mamy)” a dramatem pt. „ja nie śce śpać, nie śće myć zięby, ja jubię jobaki, ściem się bawić” i „kotek, uśpię ją i wracam” rzucanym kłamliwie na do widzenia.

Czy ktoś się cieszy albo życzy sobie mnie opieprzyć? Bez krępacji, możecie zdjąć buty nawet, jak Wam śmierdzą skarpetki, przestać wciągać brzuch i udawać, że którekolwiek ciasteczko było tym ostatnim.

I’M BACK.