Kto poznał mnie bliżej, ten wie,  że mam parę takich cech, których wyplenić nie da się nawet poprzez połknięcie Vanisha. I nie mówię tym razem o emocjonalnym ADHD, czy wiecznego roztrzepaniu, które sprawiają, że mam na swoim koncie kilka zalań mieszkania, zostawienie wielkiej torby podróżnej na przystanku tudzież owsianki na palniku, niewyłączenie żelazka czy też słynne robienie tostów, o których przypomniała mi moja współlokatorka jakiś miesiąc później, dokonując zaskakującego odkrycia w chwili, kiedy zapragnęła zjeść własną, burżujską, studencką kolacje. Błogosławiony niech będzie każdy, kto mieszkał ze mną choć przez chwilę i podołał tej wykańczającej nerwowo misji.  W opiece niech ma swej Siła Wyższa tych, co nieroztropnie się na to zdecydują.*

*sprostowanie – nie jestem potworem. Umiem gotować i piec, sprawdzam się przy rozmowach przy herbacie i w ogóle służę pomocą w wielu kwestiach – wypada to napisać, bo własne M będę mieć wówczas, kiedy 80% populacji  tego kraju zeżre jakaś zaraza, co sprawi, że będę mogła przebierać w pustostanach. Zatem istnieje prawdopodobieństwo, że ktoś, z kim miałabym zamieszkać przeczyta powyższe wynurzenia i … zmieni zamki. Nie trzeba! Pewnie sama zgubię kluczę i osobiście zadzwonię po ślusarza ;-D

Jest coś, co sprawia, że jestem bardziej problematyczna, niż opłacanie remontu łazienki sąsiadów w wyniku zalania.  Bo cierpię na absolutny brak asertywności i nieuleczalną naiwność.

O ile mieszczę w sobie całe pokłady empatii i skłonności do usprawiedliwiania zachowań innych, o tyle o swoje osobiste interesy walczyć zwyczajnie nie umiem.  Jestem frajerem do tego stopnia, że kiedy wchodzę do sklepu, w którym nie mogę kupić tego, po co przyszłam, kupuję cokolwiek, bo mam wrażenie, że … Pani ekspedientce będzie przykro, że fatygowałam ją, a wyszłam z pustymi rękami. Nawet kiedy wracam styrana tramwajem numer 9 i nawet sapanie jest takim poziomem wysiłku, na który nie mogę się zdobyć, muszę frajerzyć. Choć bardzo się staram siedzieć tak, żeby nie było mnie widać, to jednak moje poczucie winy, które wpieprza mnie jak dres kebaba w przejściu podziemnym za każdym razem, kiedy do tramwaju wsiada staruszka/matka z dzieckiem/ktoś, kto wygląda jakby miał za sobą potworny dzień, sprawia, że mam wrażenie, iż swoją obecność  akcentuję mocniej, niż ww koneser kebabów posiadający komórkę z ekstra muzyką, ale niestety bez słuchawek.  Gdzieś tam w tym durnym blond łbie tli mi się myśl, że może moje „a w takim razie poproszę jakiś najlepszy jogurt na  świecie. No, ten co Pani wybierze to właśnie taki będzie” albo „chyba ma Pan za sobą ciężki dzień, Pan siądzie, a ja na stojąco będę jak żandarm czuwać przy Panu, żeby nikt już bardziej nie popsuł Panu humoru” to najlepsze co tych ludzi tego dnia spotyka i może refleksja nad moimi  żenującymi tekstami odwróci ich uwagę od chujozy mijającego dnia. To tylko moja radosna interpretacja, która pozwala mi się tłumaczyć przed sobą samą. Szkoda, że niestety nawet Radosne Interpretacje, nie robią masażu stóp i nie są smakoszami wciąż nadprogramowo kupowanych przeze mnie jogurtów.

Można do mnie dzwonić w środku nocy, jeśli usłyszę, odbiorę, jeśli trzeba to pewnie przyjadę, jeśli przyjechać nie mogę – wysłucham. Mam za krótkie rękawy we wszystkich bluzkach, bo niestety straciłam ich część na wycieraniu cudzych łez  i smarków. Staram się służyć równomiernie – lewym i prawym ramieniem – ażeby za szybko nie dorobić się garba. Jestem frajerem, który zostawia włączoną owsiankę i zawsze zatrzymuje się przy śpiącym żulu, żeby sprawdzić, czy oddycha. Jestem frajerem, który mógłby pracować za „dziękuję” i „dobrze, że jesteś” i pewnie robiłabym to, gdyby „dziękuje” było w stanie płacić za zakupy w Biedronce.

Metryczka mówi mi, że jestem dorosła. Ponoć mam być samodzielna i umieć walczyć o swoje. Mój kretynizm polega jednak na tym, że o ile jestem w stanie podejść do obcej kobiety na Piotrkowskiej tylko po to, żeby powiedzieć jej, że pięknie wygląda, o tyle nie jestem w stanie wydusić z siebie „ nie masz racji” (wszyscy wiemy, że chciałabym wydusić spierdalaj, ale takie wulgarne określenie popsułoby rzewną kompozycję tej żałosnej opowieści) do kogoś, kto nie tylko powinien usłyszeć z moich ust NIE, ale i dostać w pysk. Jak Spounge Bob filtruje każde słowo krytyki i staram się swoim zachowaniem dogodzić wszystkim.  A wszyscy razem i każdy z osobna i tak widzi to, co chce zobaczyć i całe szczęście leży to zwykle 15 centymetrów obok prawdy.

Naiwność moja polega na tym, że niezmordowanie wierzę i wyznaję zasadę, że ludzie zasadniczo są fascynujący i skomplikowani, ale raczej nie źli. Jeśli już robią coś złego, to prymitywny i ludzki odruch, wynik okoliczności bądź motywacji o wysokiej sile perswazji. Nie parskaj. Naprawdę cholernie w to wierzę. Mimo tych co najmniej kilkudziesięciu osób, które swoim zachowaniem zasłużyły na ZABLOKOWANIE ICH NA FACEBOOK’u, które sprawiły, że wysmarkałam morze łez i wylałam morze smarków. Sto razy dostaję po dupie, ale może za 101 … A może po prostu jestem masochistką.

Dziś dumam nad istotą swojego frajerstwa i bardzo mocno zastanawiam się dokąd mnie zaprowadzi. Kim będzie Radomska za dziesięć lat? Po kilku tygodniach pracy za darmo, zdobyłam wiedzę cenniejszą niż pensja 1500 brutto. Wiem już, że taki ze mnie pracownik biurowy jak z Człowieka Skurwiela Anioł Stróż. Mam odruch wymiotny na widok białej bluzki i naprawdę nie chcę udawać, że gram w seksie w wielkim mieście i jeść ekstra fit żywność z plastikowych pudełek, a po godzinach być bardzo samotna, jak moje koleżanki. Nie chcę być elegancka, przebojowa, niezależna, zestresowana i sfrustrowana.

Nie zostanę także reporterką. Dziennikarką tym bardziej nie. Nie umiem tupać i żądać, nie umiem się nie przejmować, nie umiem się nie wkurwiać, kiedy chęć nie oznacza efektu.

Nie zostanę pisarką, bo w każdym moim tekście, napisanym do szuflady, umieszczonym w Internecie, wkładam kawałek siebie, bazując na własnych przeżyciach i przemyśleniach, co sprawia, że z perspektywy czytelnika jestem nieprofesjonalna. A z mojej perspektywy – obnażona przed czytelnikiem bardziej niż wszystkie piętnastolatki z wypiętymi pupami, chojnie obdarowywane elevenkami na fotka.pl .

Nie nadaję się do pracy na taśmie, do pracy w fabryce, do pracy polegającej na powielaniu tych samych czynności . Opis tej ścieżki mojej kariery nie będzie długi. Po tygodniu pracy w fabryce popełniłabym najbanalniejsze samobójstwo.

Mogłabym jeszcze ukraść skądś mnóstwo pieniędzy, znaleźć tani lokal o dobrej lokalizacji, nadać jego wnętrzom dusze i otworzyć przytulną herbaciarnie, w której leniwie będzie spędzać się popołudnia i godzinami dyskutować o rzeczach ważnych lub głupich. Sęk w tym, że chyba ktoś, kto gubi torbę podróżną , nie powinien porywać się na zakładanie własnej działalności gospodarczej… A ktoś, kto pije zieloną herbatę z marketu, powinien… zamknąć się i siorbać w pokorze zawartość swojego kubka bez wychylania się przed szereg.

Mogłabym jeszcze wyjść za mąż i urodzić dzieci, a swoje życie poświęcić członkom rodziny. Poświęcanie swojego życia małemu ssakowi, który w wieku lat 14 i tak powie, że mną gardzi, jakos mi nie odpowiada. I gdzie ja teraz znajdę potencjalnego dawcę materiału genetycznego, który ugotuje, posprząta, rozśmieszy i będzie w s tanie rozmawiać przez wiele godzin? Szkoda czasu.

Najbardziej prawdopodobna  wersja wydarzeń zakłada, iż będę dźwigać na swych barkach ciężar zmiany wizerunku ekspedientki sieci SPOOŁEM.  Będę pełna zaangażowania, bez obawy o to, czy moja praca nie wiąże się ze zbyt wielka odpowiedzialnością, której mogłabym nie podołać ,uczyć się wszystkich E-ekologicznych składników z etykiet konserw. Będę kroić szynkę, wykładać roladę. Nigdy nie powiem dziecku „że nie starczy mu pinążków”, nawet jeśli dla jaj , ktoś przyśle je po loda z pięciogroszówką, nawet jeśli będzie brzydkie i głupie. Będę wprawiać klientów SPOOŁEM w nieustająca konsternację wydając grosiki, życząc miłego dnia, chwaląc fryzury i koszule (ostatecznie, z braku laku pogodę) i obdarzać uśmiechem.

Innych pomysłów brak. Los pewnie sam rozwikła tą zagadkę i szkoda energii na snucie nierealnych scenariuszy. A energia Radomska to ostatnimi czasy towar deficytowy, stąd mój apel:

Jako, że w  kącie mojego pokoju zawsze znajdzie się miejsce na groch,  a w  mojej szafie mam cały zestaw pokutnych worków z najnowszej, radomskiej kolekcji, proszę o zaniechanie intensywnych prób pozbawienia mnie mojego frajerstwa, bo bardzo je lubię.Ja, Radomska, niezmordowanie heblująca swój własny krzyż i przyklejająca na nim kolorowe paciorki, w celu nadania mu indywidualnego charakteru, naprawdę uprzejmie, a nawet stanowczo – prrrooooszzzzęęęę ….!

Biorytm autohejtu ma się świetnie mimo to informuję – lubię swoją naiwność, choć utrudnia mi  życie, choć nabawię się przez nią wrzodów, żylaków i rozstroju żołądka. I jeżeli przez Twoją głupotę / chamstwo / impulsywność / egoizm / nieumiejętne dobieranie słów będę musiała rozważyć pozbycie się swojej naiwności, wiedz,  że to tak, jakbym układała plan zamordowania samej siebie.

Przez wzgląd na kolorowy wachlarz minionych wydarzeń, dodaję – jeżeli ostatnimi czasy zdarzyło mi się zrobić coś, co Cie wkurwiło, wyprowadziło z równowagi, zniesmaczyło, przyprawiło o facepalm, rozbawiło –Wiedz, że przynajmniej próbowałam zrobić Coś albo chociaż cokolwiek i najzwyczajniej, a może bardziej spektakularnie, bo po Radomsku, mi nie wyszło. A jeżeli masz mnie w dupie, to czule ją cmokam i idę dalej. Taka sama. Serdecznie żałując, że nie potrafię wyartykułować , ile razy wkurwiłas/-eś, wyprowadziłaś/-eś, zniesmaczyłaś/-eś mnie ty sam/-a.

http://www.youtube.com/watch?v=Cbk980jV7Ao