Śpisz już? Wiem , że spisz. Ale pozwól, że i tak będę mówić, to wszystko, co powiem i tak wiesz, a ja potrzebuję tylko wypowiedzieć to na głos, dla siebie. Spij Spokojnie Skarbie, a ja będę mówić. Muszę, bo wybuchnę.
Budzik znów zadzwonił o 5, chociaż w ogóle go nie nastawiałam. To taki Twój dowcip? Wiesz, że w ciągu dnia staram się nie dać sobie za dużo czasu na to, żeby myśleć o Tobie, bo kiedy zaczynam, robię się smutna, a tak bardzo nie chciałbyś żebym była smutna z Twojego powodu. Przepraszam, dziś będę i muszę Ci o tym napisać. Znów się przez Ciebie nie wyspałam.
Mam wrażenie, ze to Ty nastawiasz mi ten budzik, bo domagasz się choć chwili, żebym myślała o Tobie. Myślę, mój mały, zaborczy dzieciaku, cały czas, ale tak jak obiecałam, nie jestem wtedy smutna. Dziś mi pozwól. Tak to już jest w życiu, że jak dostaje się coś tak pięknego jak możliwość poznania Ciebie, a potem się to traci, to trzeba być smutnym. Nie złym – smutnym. Bo zwyczajnie boli najbardziej oczywisty fakt, że wszystko, co ważne, cenne i piękne, musi mieć proporcjonalną do swojego ogromnego znaczenia, równie ogromną ogromną cenę. Płacę ją. Zapłacę każdą, bo mam wobec Ciebie dług wdzięczności.
Bardzo dużo myślę o tym, co się między nami wydarzyło. Analizuję nasze każde spotkanie. Jak bumerang wracają do mnie nasze ostatnie tygodnie. Zwijam się wtedy w kłębek, zawijam w kołdrę …Nie , nie jest mi zimno, przecież myślę o Tobie, nie mogę więc marznąć. Zwyczajnie, chcę tak trochę ponieistnieć , zatrzymać czas na chwilę, by mieć znów możliwość bycia z Tobą sam na sam. Nie mam na to czasu w ciągu dnia. I tak naprawdę .. nie mam już szansy.
Pamiętam jak weszłam do Twojego domu, a Twoja mama ostrzegła mnie , że mogę się przerazić. Wcześniej nie przyszło mi na myśl, żeby się bać. Miałam dwa dni na to, żeby znaleźć sposób na dotarcie do Ciebie i w jakimś niepojętym sensie, cieszyłam się (jakie to obrzydliwe określenie) , że w końcu w moim życiu dzieje się coś, co pozwala mi i komuś udowodnić, jak wiele jestem w stanie zrobić dla kogoś, kogo kocham. Już myślałam, że nie umiem tak kochać. Dziękuję za ten alarm, nie, nie budzik o 5. za przypomnienie.
Wszystko dzieje się tak szybko. Przed chwilą jeszcze rozmawialiśmy, a teraz, kiedy pytam co u Ciebie, odpowiada mi cisza. Może śpisz?
Na tapecie w telefonie mam nasze dłonie. Twoja dłoń jest szarą dłonią starego zmęczonego człowieka, nie poznaje jej. Swojej z resztą też nie. Jest zdrowa, różowa – taka pewna i silna. Skąd miałam tą siłę żeby trzymać Cię za rękę w ten sposób? Nie wiem. Ale bardzo lubię to zdjęcie i te kilka sekund w ciągu dnia, w czasie których na nie patrzę. Mam też Twoje zdjęcie, które zrobiłam w czasie jednego z naszych ostatnich spotkań. Ale na nie nie lubię patrzeć, przeraża mnie i wzdrygam się za każdym razem ,kiedy na nie spojrzę. Ja wiem, że przedstawia tego samego Skarba, którego karmiłam arbuzem, całowałam po wychudzonej twarzy. Tego samego, kto udając zwłoki co jakiś czas puszczał mi oko i wystawiał jęzor, a w chwilach gorączki prosiło buziaka na rozgrzanie i majaczył o tym, co kupi mi na święta.
Opowiadam o Tobie wszystkim, cały czas, ale cokolwiek bym nie powiedziała, wydaje mi się nieprawdziwe, zbyt patetyczne. Wielu rzeczy, które zdarzyły się między nami nie potrafię i chyba jeszcze długo nie będę w stanie nazwać. Ale nazywanie to taki zimny proces – jak coś nazywasz, to powołujesz to do istnienia , ale jednocześnie spłycasz i ograniczać. Żadne ze słów –smutek, radość, duma, tęsknota w żaden sposób nie odda nazwy tego co czuje. I ta pustka, też nie ma nazwy.. Nic co ważne nie powinno być nazywane, powinno tylko zostawiać (nie)namacalne ślady i taką przestrzeń wobec której czuje się ogromny respekt. Dobrze , że śpisz i nie słuchasz tego, co mówię. Usnąłbyś z nudów na pewno.
Bardzo długo zastanawiałam się, czy mam prawo o tym pisać. Czułam , że muszę, bo kiedy długo ni mówię o tym, co czuję, mam wrażenie , że rosną we mnie małe kamienie, które powoli kradną mi powietrze. Wiem, że muszę Ci to opowiedzieć, choć pewnie nie chcesz słuchać. Mimo to, spróbuję najlepiej jak umiem. Pamiętaj tylko proszę, że żadna z postawionych kropek nie jest tak naprawdę końcem zdania. I żaden czasownik użyty w czasie przeszłym nie zmienia faktu, że to wszystko ciągle tak naprawdę się dla mnie dzieje, a najbardziej rozbudowany opis, nie zmienia faktu, że wciąż nie znajduję odpowiednich słów.
Obiecałam Ci, że nie będę smutna, ale udawanie, że nie jest się smutnym, nienazywanie smutku, nie sprawia jednocześnie, że smutek przestaje istnieć. I dopóki nie pozwoli się smutkowi w sobie rozgościć, pobyć tak długo, jak to według niego konieczne, to prawdopodobnie już zawsze będzie stał za drzwiami, nieznośnie drapiąc w drzwi domagając się tego, aby wygospodarować dla niego należne mu miejsce. Wierzę, że sam odejdzie z czasem, zostawiając miejsce na coś nowego i dobrego. Tymczasem, głaszczę go z pobłażaniem i cieszę się, że jest. Bo ten ból to najbardziej wyraźny dowód na to, że byłeś, na to jak ważny jesteś. I tej pustki, jaką zostawiłeś odchodząc, też nie chcę zapychać byle czym, byle jak, byle jej nie czuć. Próbowałam napchać ją masą codziennych spraw, nakarmić terminami i zadaniami –nic z tego. Więc teraz chce wyczyścić tą ranę, dziurę w sercu, nie zaśmiecać jej bzdurami i poczekać, aż sama się zagoi.
Zanim Cię poznałam, wydawało mi się, że mam sporo ważnych i ciężkich doświadczeń za sobą. Ale teraz wszystkie zbladły. Stare smutki wyparł nowy smutek, najważniejszy ze wszystkich, jakie gościły we mnie kiedykolwiek. I lubię ten smutek, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Bo nie mogąc zapomnieć o tym smutku, muszę jednocześnie pamiętać, że choć nie mogliśmy o tym wiedzieć, zgodnie z odgórnym planem jakiegoś inżyniera i cwaniaka, zwanego przez niektórych Bogiem, jego obecność jest naturalną (jakie to obrzydliwe słowo..) koleją rzeczy . I jeśli ktoś chciałby mnie zapytać, czy zamieniłabym ten smutek, świadomość tego, że musiałeś odejść na to, że nigdy nie dane byłoby mi Cię poznać … Potrzebowałabym dłuższej chwili , żeby udzielić prawidłowej odpowiedzi .Tak, oczywiście, zamieniłabym ten skarb, jakim była nasza przyjaźń na to, żeby nigdy nie było onkologii, przetoczeń, nawrotów, postępów choroby. Gdybyśmy się nie poznali, to prawdopodobnie byłbyś cudnym, bezczelnym gówniarzem, który tak wiele jeszcze mógłby zrobić, zobaczyć p r z e ż y ć … Wybacz, że na usłyszenie takiej odpowiedzi musiałbyś czekać choćby ułamek sekundy, nie zrozum mnie źle – trudno mi sobie dziś po prostu wyobrazić, że kiedyś mogłoby Cię przy mnie nie być. A kiedy mówisz sobie, że z czymś sobie nie poradzisz, to ten zimny inżynier z góry organizuje wszystko w taki sposób, że przekonujesz się, jak wiele jesteś w stanie znieść i z jak weloma rzeczami jesteś w sobie w stanie poradzić. To znaczy ile ja jestem, bo Ty już na szczęście niczego nie musisz znosić. Czy znoszę dobrze, nie wiem, nie mam i nie chcę mieć skali porównawczej. Nigdy nie odchodził ode mnie ktoś taki jak Ty, taki bliski.
Spij sobie spokojnie, daruję Ci te żałosne wyzwania. Chciałam Ci tylko powiedzieć, powtórzyć, wywrzeszczeć, wyszeptać, pokazać, wymilczeć, jak bardzo jestem z Ciebie dumna. Nie waż się myśleć nawet o swoim odejściu jako o przegranej Byłeś za dobry i za dzielny na to wszystko, co dzieje się tu i teraz, co mogłoby (gdyby tylko tak naprawdę mogło…) zdarzyć się w przyszłości . To, z czym walczyłeś, zwyczajnie bało się Ciebie i nie wygrało w równej walce (wtedy nie miałby szans…) a przez najpodlejszy , najpospolitszy nokaut. Ciało przegrało, Ty nigdy, Mój Waleczny Podopieczny. Wycisnąłeś te 17 lat jak cytrynę Skarbie, niejeden emeryt ustąpiłby Ci miejsca tramwaju.. Gdybyś tylko tu był..
Tęsknię za Tobą. Mam jednak nadzieję, że nie spotkamy się za szybko, jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. Muszę teraz przeżyć to życie za nas dwoje i poczuć jego smak, o którym opowiadałeś kilka miesięcy przed odejściem („ ja teraz wiem, jak smakuje życie. Jak truskawki z ogródka dziadka serwowane przez osobę, którą kochasz tak, że jesteś, w stanie za nią zabić”).
Nie marudzę już, masz teraz pewnie dużo spraw do załatwienia. Jak już urządzisz się tam, gdzie jesteś, daj proszę znać, bo chociaż wiem, że dasz radę, wolałabym najzwyczajniej w świecie wiedzieć na pewno, że jesteś bezpieczny. I pamiętaj proszę, że chociaż Cię nie ma, chociaż życie ma takie tempo, że nie odróżniam już środy od poniedziałku, a tylko zmiany temperatury uświadamiają mi, że zmieniają się pory roku, to mam Cię zawsze – w takich miejscach w głowie i sercu, o których nie miałam pojęcia, a które Ty odkryłes i urządziłeś pod własne dyktando.
***
Jest piąta rano, cały dzień przede mną, tyle moglibyśmy jeszcze zrobić, ale nie możemy nic, bo Ciebie już nie ma…
Bo Ty śpisz już…
Ty Ś.P.
isz już
Skarbie.

 

Śpisz już? Wiem, że spisz. Ale pozwól, że i tak będę mówić, to wszystko, co powiem i tak wiesz, a ja potrzebuję tylko wypowiedzieć to na głos, dla siebie. Śpij spokojnie Skarbie, a ja będę mówić. Muszę, bo wybuchnę.

Budzik znów zadzwonił o 5, chociaż w ogóle go nie nastawiałam. To taki Twój dowcip? Wiesz, że w ciągu dnia staram się nie dać sobie za dużo czasu na to, żeby myśleć o Tobie, bo kiedy zaczynam, robię się smutna, a tak bardzo nie chciałbyś żebym była smutna z Twojego powodu. Przepraszam, dziś będę i muszę Ci o tym napisać. Znów się przez Ciebie nie wyspałam. Mam wrażenie, ze to Ty nastawiasz mi ten budzik, bo domagasz się choć chwili, żebym myślała o Tobie. Myślę, mój mały, zaborczy dzieciaku, cały czas, ale tak jak obiecałam, nie jestem wtedy smutna. Dziś mi pozwól. Tak to już jest w życiu, że jak dostaje się coś tak pięknego jak możliwość poznania Ciebie, a potem się to traci, to trzeba być smutnym. Nie złym. –Smutnym. Bo zwyczajnie boli najbardziej oczywisty fakt, że wszystko, co ważne, cenne i piękne, musi mieć proporcjonalną do swojego ogromnego znaczenia, równie ogromnącenę. Płacę ją. Zapłacę każdą, bo mam wobec Ciebie dług wdzięczności.

Bardzo dużo myślę o tym, co się między nami wydarzyło. Analizuję nasze każde spotkanie. Jak bumerang wracają do mnie nasze ostatnie tygodnie. Zwijam się wtedy w kłębek, zawijam w kołdrę. …Nie, nie jest mi zimno, przecież myślę o Tobie, nie mogę więc marznąć. Zwyczajnie, chcę tak trochę ponieistnieć, zatrzymać czas na chwilę, by mieć znów możliwość bycia z Tobą sam na sam. Nie mam na to czasu w ciągu dnia. I tak naprawdę… Nie mam już szansy. Pamiętam jak weszłam do Twojego domu, a Twoja mama ostrzegła mnie , że mogę się przerazić. Wcześniej nie przyszło mi na myśl, żeby się bać. Miałam dwa dni na to, żeby znaleźć sposób na dotarcie do Ciebie i w jakimś niepojętym sensie, cieszyłam się (jakie to obrzydliwe określenie), że w końcu w moim życiu dzieje się coś, co pozwala mi i komuś udowodnić, jak wiele jestem w stanie zrobić dla kogoś, kogo kocham. Już myślałam, że nie umiem tak kochać. Dziękuję za ten alarm, nie, nie budzik o 5. Za przypomnienie.

Wszystko dzieje się tak szybko. Przed chwilą jeszcze rozmawialiśmy, a teraz, kiedy pytam co u Ciebie, odpowiada mi cisza. Może śpisz? Na tapecie w telefonie mam nasze dłonie. Twoja dłoń jest szarą dłonią starego zmęczonego człowieka, nie poznaje jej. Swojej z resztą też nie. Jest zdrowa, różowa – taka pewna i silna. Skąd miałam tą siłę żeby trzymać Cię za rękę w ten sposób? Nie wiem. Ale bardzo lubię to zdjęcie i te kilka sekund w ciągu dnia, w czasie których na nie patrzę. Mam też Twoje zdjęcie, które zrobiłam w czasie jednego z naszych ostatnich spotkań. Ale na nie nie lubię patrzeć, przeraża mnie i wzdrygam się za każdym razem ,kiedy na nie spojrzę. Ja wiem, że przedstawia tego samego Skarba, którego karmiłam arbuzem, całowałam po wychudzonej twarzy. Tego samego, kto udając zwłoki co jakiś czas puszczał mi oko i wystawiał jęzor, a w chwilach gorączki prosiło buziaka na rozgrzanie i majaczył o tym, co kupi mi na święta. Opowiadam o Tobie wszystkim, cały czas, ale cokolwiek bym nie powiedziała, wydaje mi się nieprawdziwe, zbyt patetyczne. Wielu rzeczy, które zdarzyły się między nami nie potrafię i chyba jeszcze długo nie będę w stanie nazwać. Ale nazywanie to taki zimny proces – jak coś nazywasz, to powołujesz to do istnienia, ale jednocześnie spłycasz i ograniczać. Żadne ze słów –smutek, radość, duma, tęsknota w żaden sposób nie odda nazwy tego co czuje. I ta pustka, też nie ma nazwy… Nic co ważne nie powinno być nazywane, powinno tylko zostawiać (nie)namacalne ślady i taką przestrzeń wobec której czuje się ogromny respekt. Dobrze, że śpisz i nie słuchasz tego, co mówię. Usnąłbyś z nudów na pewno.

Bardzo długo zastanawiałam się, czy mam prawo o tym pisać. Czułam, że muszę, bo kiedy długo ni mówię o tym, co czuję, mam wrażenie , że rosną we mnie małe kamienie, które powoli kradną mi powietrze. Wiem, że muszę Ci to opowiedzieć, choć pewnie nie chcesz słuchać. Mimo to, spróbuję najlepiej jak umiem. Pamiętaj tylko proszę, że żadna z postawionych kropek nie jest tak naprawdę końcem zdania. I żaden czasownik użyty w czasie przeszłym nie zmienia faktu, że to wszystko ciągle tak naprawdę się dla mnie dzieje, a nawet najbardziej rozbudowany opis, nie zmienia faktu, że wciąż nie znajduję odpowiednich słów.

Obiecałam Ci, że nie będę smutna, ale udawanie, że nie jest się smutnym, nienazywanie smutku, nie sprawia jednocześnie, że smutek przestaje istnieć. I dopóki nie pozwoli się smutkowi w sobie rozgościć, pobyć tak długo, jak to według niego konieczne, to prawdopodobnie już zawsze będzie stał za drzwiami, nieznośnie  domagając się tego, aby wygospodarować dla niego należne mu miejsce. Wierzę, że sam odejdzie z czasem, zostawiając miejsce na coś nowego i dobrego. Tymczasem, głaszczę go z pobłażaniem i cieszę się, że jest. Bo ten ból to najbardziej wyraźny dowód na to, że byłeś i na to jak ważny wciąż jesteś. I tej pustki, jaką zostawiłeś odchodząc, też nie chcę zapychać byle czym, byle jak, byle jej nie czuć. Próbowałam napchać ją masą codziennych spraw, nakarmić terminami i zadaniami. –Nic z tego. Więc teraz chce wyczyścić tą ranę, dziurę w sercu, nie zaśmiecać jej bzdurami i poczekać, aż sama się zagoi.

Zanim Cię poznałam, wydawało mi się, że mam sporo ważnych i ciężkich doświadczeń za sobą. Ale teraz wszystkie zbladły. Stare smutki wyparł nowy smutek, najważniejszy ze wszystkich, jakie gościły we mnie kiedykolwiek. I lubię ten smutek, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Bo nie mogąc zapomnieć o tym smutku, muszę jednocześnie pamiętać, że choć nie mogliśmy o tym wiedzieć, zgodnie z odgórnym planem jakiegoś inżyniera i cwaniaka, zwanego przez niektórych Bogiem, jego obecność jest naturalną (jakie to obrzydliwe słowo…) koleją rzeczy. I jeśli ktoś chciałby mnie zapytać, czy zamieniłabym ten smutek, świadomość tego, że musiałeś odejść na to, że nigdy nie dane byłoby mi Cię poznać, … potrzebowałabym dłuższej chwili, żeby udzielić prawidłowej odpowiedzi. Tak, oczywiście, zamieniłabym ten skarb, jakim była nasza przyjaźń na to, żeby nigdy nie było onkologii, przetoczeń, nawrotów, postępów choroby. Gdybyśmy się nie poznali, to prawdopodobnie byłbyś cudnym, bezczelnym gówniarzem, który tak wiele jeszcze mógłby zrobić, zobaczyć p r z e ż y ć. … Wybacz, że na usłyszenie takiej odpowiedzi musiałbyś czekać choćby ułamek sekundy, nie zrozum mnie źle – trudno mi sobie dziś po prostu wyobrazić, że kiedyś mogłoby Cię przy mnie nie być, ale kiedy mówisz sobie, że z czymś sobie nie poradzisz, to ten zimny inżynier z góry organizuje wszystko w taki sposób, że przekonujesz się, jak wiele jesteś w stanie znieść i z jak wieloma rzeczami jesteś w sobie w stanie poradzić. To znaczy ile ja jestem, bo Ty już na szczęście niczego nie musisz znosić. Czy znoszę dobrze, nie wiem, nie mam i nie chcę mieć skali porównawczej.

Nigdy nie odchodził ode mnie ktoś taki jak Ty, taki bliski. Śpij sobie spokojnie, daruję Ci te żałosne wyznania. Chciałam Ci tylko powiedzieć, powtórzyć, wywrzeszczeć, wyszeptać, pokazać, wymilczeć, jak bardzo jestem z Ciebie dumna. Nie waż się myśleć nawet o swoim odejściu jako o przegranej. Byłeś za dobry i za dzielny na to wszystko, co dzieje się tu i teraz, co mogłoby (gdyby tylko tak naprawdę mogło…) zdarzyć się w przyszłości. To, z czym walczyłeś, zwyczajnie bało się Ciebie i nie wygrało w równej walce ( bo wtedy nie miałby szans…), a przez najpodlejszy, najpospolitszy nokaut. Ciało przegrało, Ty nigdy, Mój Waleczny Podopieczny. Wycisnąłeś te 17 lat jak cytrynę Skarbie, niejeden emeryt ustąpiłby Ci miejsca tramwaju… Gdybyś tylko tu był…

Tęsknię za Tobą. Mam jednak nadzieję, że nie spotkamy się za szybko, jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. Muszę teraz przeżyć to życie za nas dwoje i poczuć jego smak, o którym opowiadałeś kilka miesięcy przed odejściem („ „ja teraz wiem, jak smakuje życie. Jak truskawki z ogródka dziadka serwowane przez osobę, którą kochasz tak, że jesteś, w stanie za nią zabić””).

Nie marudzę już, masz teraz pewnie dużo spraw do załatwienia. Jak już urządzisz się tam, gdzie jesteś, daj proszę znać, bo chociaż wiem, że dasz radę, wolałabym najzwyczajniej w świecie wiedzieć na pewno, że jesteś bezpieczny. I pamiętaj proszę, że chociaż Cię nie ma, chociaż życie ma takie tempo, że nie odróżniam już środy od poniedziałku, a tylko zmiany temperatury uświadamiają mi, że zmieniają się pory roku, to mam Cię zawsze – w takich miejscach w głowie i sercu, o których nie miałam pojęcia, a które Ty odkryłes i urządziłeś pod własne dyktando.

***

Jest piąta rano, cały dzień przede mną, tyle moglibyśmy jeszcze zrobić, ale nie możemy nic, bo Ciebie już nie ma.

…Bo Ty śpisz już

…Ty Ś.P.isz już Skarbie.

_______________________________________________________

Wielokrotnie wspominałam już o tym, że gęba sarkastycznego hejtera mnie nieco uwiera, że jeśli moim czytelnikom za bardzo to nie przeszkodzi, raz na jakiś czas, chciałabym umieszczać tu teksty napisane w zupełnie innym tonie i z innym wydźwiękiem niż zwykle, żeby się nie dać tak łatwo zaszufladkować.  jeśli spotka się to z Waszym sprzeciwem, to oczywiście przestanę, bo blog jest przecież dla Was i to Wy macie chcieć go czytać.

Tekst napisany jakiś czas temu, po śmierci mojego podopiecznego z onkologii. Odkurzony, bo niedawno skończyłby osiemnaście lat i balowalibyśmy pewnie do rana.