Słupki oglądalności rosną. Coraz więcej ludzi spędza ze mną dzień, lubi, szydzi, chce być blisko, by dzielić sukcesy, podjarać się porażką, pocieszyć, uśmiechnąć i wzruszyć. To piękne i straszne. Coraz częściej jestem pytana o opinie i wymaga się, bym ją miała, a ja – bez zmian – nie mam zdania nader chętnie, za to wory wątpliwości…

To Internet – przewrotne miejsce, w którym w ciągu miesiąca możesz przeżyć więcej niż w ciągu ostatnich 3 lat, a w kilka sekund stracić cos, na co pracowałeś latami. Psikus, coś za coś, wóz albo przewóz. Bycie częścią Waszego życia jest w gruncie rzeczy przyjemne i jak na razie presja zaspokajania Waszych potrzeb nie odebrał mi radości bycia online – potrzeby są najwidoczniej wspólne –ja chcę bawić, Wy się śmiać.

Nie mam problemu z dzieleniem się swoją opinią i z tym, że czasem miewacie z goła odmienne, bo powtarzam jak mantrę, że na tym polega myk –żeby umieć lubić się mimo różnić. Cieszę się, że mnie lubicie, a moja opinia jest ważna, że czekacie, że jesteście, ale…

Ja się nie chcę zachłysnąć.
Ulec wrażeniu, że teraz coś muszę.
I że na przykład powinnam wypowiadać się na każdy temat.

A wywołujecie mnie do odpowiedzi i prosicie o komentarz.

Ilość fallowersów, lubiących, lajków, serduszek, skala oglądalności nie zmieniła jednak znacząco tego, kim jestem – babką przed 30 z morzem wątpliwości i absurdalnych toków myślowych. Chociaż byście jednak bardzo chcieli, nie zostanę drogowskazem  i liderem opinii w tematach, na których się nie znam, nie mam jak zgłębić lub czuję, że nie da się ich jednoznacznie ocenić. Kliki mogłyby się zgadzać, dyskusja rozpalić Was do czerwoności, ja jednak mam poczucie odpowiedzialności za słowa, które wyrzucam z siebie, a wiecie, że robię to z prędkością karabinu, więc ostrożność jest wskazana. Szkoda by było, by ktoś niewinny oberwał rykoszetem przez brak moich kompetencji, bo wtedy „przeprasza”, choć zasadne, nie załatwia sprawy.

Odrzucam propozycje współprac, bo stawiam sobie dziesiątki pytań w przypadku każdej i jeśli nie udzielam satysfakcjonujących odpowiedzi, odpuszczam. Pieniądze są ważne, fajne, jasne, że łatwiej byłoby zagłuszyć sumienie dźwiękiem ukulele na egzotycznej wyspie, ale dziękuję. To, że mi ufacie jest dla mnie ważniejsze, serio, choć możecie oskarżyć mnie o truizm.

Od wczoraj dostaję wiadomości: jedne ciepłe i zachęcające do wypowiedzi, inne wręcz agresywne, że muszę i powinnam, a także parę, które powinnam pozostawić zostawić bez komentarza, ale jednak zacytuję:„to jest proste albo jesteś za życiem albo za śmiercią”. Ręce opadają.  Zadziwiające, że nasze decyzje są zwykle trudne i skomplikowane, a cudze nie pozostawiają wątpliwości i złudzeń. Nie wiem, czy podziwiać czy współczuć, tymczasem…

Nie znam sytuacji śmiertelnie chorego Alfie Evansa, małego chłopca z Anglii, którego odłączono od aparatury podtrzymującej życie. Nie wiem, co mu dolega, dlaczego lekarze zadecydowali inaczej, mogę jedynie odpychać od siebie paraliżująca myśl o tym, w jakim dramacie bierze udział jego rodzina i jak cierpi on sam.

Jestem jednak tu i to nie wymówka, a fakt, za mało wiem, żeby kogokolwiek oceniać. Nazywać mordercą. Krzyczeć schowana za klawiaturą i w bezpiecznej odległości. Nie chcę nawet rozpętywać dyskusji i szanuję Wasze zdanie, choć mdli mnie dość, kiedy to pisze, bo wiem, że tam rozgrywa się dramat, a ja stukam w klawiaturę i oddaje refleksjom. Wygodne i łatwe.

Tak jak wydawanie osądów i krzyk.

Jeśli mogę o coś prosić to… Bądźcie ostrożni z tym stawianiem na piedestale i robieniem autorytetów z ludzi, których szanujecie z 5 konkretnych  powodów, bo szósty, akurat niezbędny, może w danym przypadku nie istnieć, a obydwie strony zbyt często uznają, ŻE NIC NIE SZKODZI I MOGĄ.

Czasem wolę nie mieć zdania, statystyk windujących w górę, a jak zwykle, wątpliwości. Wybaczcie.

Jeśli macie zdanie oczywiście możecie się nim podzielić. Warto sobie jednak zadać pytanie, czy musicie i czy to może coś zmienić.
Porozmawiajmy!