Tak, tęczę. Taką na baterie, z dyskontu. Tato kupił Ci, a w zasadzie bardziej sobie, żeby nie czuć się tak źle z tym, że nagle zachorowałaś, a nas obojga nie było obok. Żadne tam końce świata, ot, złośliwa gorączka u babci, ale głowy starych huczały na samą myśl, że ich wołasz, a tych głuchych strucli brak. Własną tęczę, co po naciśnięciu przycisku rysuje na ścianie kolorową maziaję, a Ty jesteś w tym najgenialniejszym wieku, w którym wierzy się, że to, jak to mówisz „na prawdziwo” i zasypiasz dumna jak paw, zaobsorbowana tym, żeby jutro koniecznie powiedzieć o tym Tośce. No chyba, że akurat nie chciałaś myć zębów, a starzy się uparli i chwilowo nas nienawidzisz. Życie. Na prawdziwo.

Gwiazdki z nieba nie będzie, bo boimy się zanadto Cię rozpieścić. Szczyty naszych marzeń to dla Ciebie i tak dywanik. Codzienna sprawa. Ot, to normalne, że leży żebyś nie musiała dotykać podłogi gołą stopą. I to nawet fajne, że nie dziwi Cię to nic a nic, a nam wieczorem udaje się ucałować Cię śpiącą tak, żeby nie zbudzić naszym ciężkim oddechem zmęczenia i kołataniem serca.

Po gwiazdkę musiałabym wyruszyć w kosmos, a sama wiesz, że kiepsko idzie mi pakowanie choćby na weekend. I wyruszyć to znaczy nie być. a przecież każdego dnia nie jestem niezbędna trochę bardziej i co, gdybym po powrocie dowiedziała się, że to już? Że nie trzeba mnie Ci wcale?
Gwiazdkę wybij sobie z głowy, jeszcze tego nie udźwignę, sorry i tak wszystko dzieje się za szybko, a ja częściej udaję, że rozumiem niż robię to „na prawdziwo”. Po swoje gwiazdy będziesz musiała wyruszyć sama. Moja rola polega na tym, żeby zapewnić Ci dość paliwa, byś mogła dotrzeć gdzie zechcesz, a w razie awarii, końca świata, czekać – jeśli nie z pomocą to chociaż z plastrem i kakao.

Tylko tyle i nic. Aż i trochę. Ze świadomością, że kiedyś może zatęsknisz, a mnie „na prawdziwo” i najzwyczajniej nie będzie już wcale.

Nie ryczę teraz, prawie wcale. Przebieg zdarzeń wpisany w biografie każdego z nas, przecież wiem. Co ja poradzę, że mi ta śmiertelność i kruchość nie wadziła aż tak bardzo, dopóki nie urodziłam Ciebie? Teraz uwiera, nieco bardziej niż zakupiona naiwnie spódnica w rozmiarze 36. I też czasem nie pozwala oddychać.

Dobrze, że inne bezdechy są z zachwytu i jest szansa, że może i umrę niedotleniona, ale i całkiem szczęśliwa. A na pewno, że będę tęsknić.

No nie ryczę, poważnie, piszę na chłodno. O tym, że jednak czasem kręci się w oku łza, że  w tej grze nie ja rozdaję karty i nie jestem Twoją planszą. Raz po raz odkrywasz nowe pola i levele, a ja jestem od tego, żeby patrzeć, sprawdzać, czy but prawy przypadkiem nie zawadza lewej stopie, czy nie poluzował się rzep, czy buzia czysta i grzywka nie wchodzi w oczy. Patrzę, wzruszona, poruszona i podekscytowana jak Ty. I pewnie nadal będę poprawiać CI but, nawet jeśli będzie już wielgachnym glanem albo akrobatyczną szpilką, doprowadzać do sprzeczek próbując poprawić Ci niechlujne włosy, które właśnie tak miały wyglądać i długo nad tym pracowałaś. Zastanawiając, czy ze złamanym sercem kiedyś przybiegniesz też, jak dziś przybiegłabyś ze złamaną ręką? I czy ja wtedy będę?

A teraz, moja odważna, zadziorna dziewczynko, nie myśl o tym wcale i nie martw się, od tego są mamy. Naciesz oczy własną tęczą, a rodziców widokiem oczu,  w których się odbija, bo w dorosłości tak się tankuje to swoje paliwo. Mam nadzieję, że przed nami, razem, jeszcze niejedna misja. A przed Tobą miliardy własnych. I wybacz matce swojej to już wieczne chyba „Nie biegaj tak, bo się spocisz, załóż czapkę, zadzwoń jak dojedziesz, gdziekolwiek się wybierasz”, taka robota.

Jakoś odruchowo wychodzi z ust to „chodź, umyjemy zęby”, nie generuje pytań odwlekających uśniecię, które z pewnością zrodziłoby to najprawdziwsze, podszyte banałem:

„Wiesz, bo ja wiem, że tak m być, że musisz iść w świat beze mnie, nie chcę marudzić i przysparzać Ci zmartwień, ale będę  po prostu cholernie tęsknić.”

Chodź, zapalę Ci Twoją tęczę. Dopóki jestem. Na prawdziwo.

4,5 roku razem, uwierzysz? Ja niezmiennie zdumiona. 

Kocham.

Mama