Mój rocznik był wybitny. Wiem, że każdy tak twierdzi, ale serio – nasza podstawówka trzymała bardzo wysoki poziom i na 26 osób kilkanaścioro  z nich zdawało praktycznie co roku z nagrodą. Sukcesy nie zakończyły się wraz z opuszczeniem podstawówki i gimnazjum – radziliśmy sobie dalej. I na podstawie tych historii i dziesiątek innych stwierdzam bez wahania, że oceny gówno znaczą.

Większość wybrała renomowane licea i kontynuowała drogę ku mistycznej świetlanej przyszłości. Dziś wiemy o sobie niewiele, bo byliśmy zbiorem osobowości, które połączył rok urodzenia i wychowawcy, ale… coś tam jednak do nas dociera. I ja lubię słuchać co u moich znajomych z dawnych lat słychać. Liczę na jakiś Reunion z okazji dziesięciolecia matury!

Ja też byłam tą z nagrodami. Płaczącą każdego semestru, że z matmy to grozi mi trója, średnia to tylko 4,7, a kiedy dobijałam 4,9 na koniec, to wyłam i tak, że  „czegokolwiek bym nie zrobiła i tak nie będę dość dobra”. Nigdy nie byłam zadowolona. Bo innym przychodziło coś z łatwością, a ja musiałam się natyrać, bo kiedy się po prostu udało to uważałam, że „nie zasłużyłam.

Liceum wybrałam w innym mieście. Zupełnie kiepsko, sugerując się jakimś tam rankingiem, rezygnując z marzeń o teatralnym, bo „trzeba być rozsądnym” (a gówno prawda!) – zmarnowałam te lata i jedyne, co wspominam dobrze, to fakt, że przynajmniej odpuściłam wyścig szczurów i nikt nie rozumie tej radochy, kiedy oświadczam, że tak –ja, ta zawsze najambitniejsza, zostawiłam sobie na świadectwie maturalnym piękną dwóję! HA! Z łaciny!

Ale nikt nigdy o to nie pytał. Tak jak i moich kolegów z nagrodami.

Zrobiłam mały research tego, co stało się z ludźmi, z którymi dorastałam. Po mnie spodziewano  się kariery literackiej albo aktorskiej. Albo tego, że w końcu potknę się o własne nogi i zabiję na schodach (wejścia pod tramwaj nie, ale tylko dlatego, że na wsi go nie było…). Tymczasem robię rzeczy niezrozumiałe i chyba nie do końca spełniłam pokładane we mnie nadzieje. A raczej znalazłam własne?
Ktoś inny miał zostać genialnym fizykiem. Innej koleżance wróżono karierę lekarza, w końcu rodzinna tradycja zobowiązuje. Co do sporej grupy nie było konkretnych oczekiwań, ot – funkcjonowali z naklejką, że są wybitni i będą robić niesamowite kariery, nosić markowe garniaki i odpoczywać na hamakach na Malediwach i na nartach w Alpach. Wszystkim się wydawało, że już wiedzą, co się wydarzy. Po latach poczuli się może nawet oszukani, że tak się nie stało?

Nie wiem. genialny sportowiec nie gra w polskiej reprezentacji piłki siatkowej, ma dziecko, pracuje, nie ma czasu na treningi, może sądzi już, że to były tylko szczeniackie mrzonki. Pasją z dzieciństwa będzie pewnie chciał zarazić swoje dzieci. Fizyk stwierdził jednak, że kręci go handel. Ktoś inny skazany na sukces, urodzony w czepku stracił rodziców, chwilę przed skończeniem gimnazjum.
Najmniej mówiło się o tych przeciętnych. Nie błyszczeli w olimpiadach, konkursach, czerwony pasek widywali ewentualnie na dupach.  Ciągnęli na trójach, zdawali ledwo. No nie rokowali. Nie ich rodzice byli wywoływani na środek Sali na zebraniach, by im gratulować.

I wiesz co?

Nie wiem, czy tych WIELKICH speszyły oczekiwania, czy po prostu osiągnięcie spektakularnych sukcesów wymaga olbrzymiej pracy i nie wolno nikomu tego oceniać, czy może tym ŚREDNIAKOM było lżej, bo nie czuli tej presji, żeby wiecznie błyszczeć, ale…

Jest w tym jakaś mądrość, wiesz? I oczywiście gratuluję tym, którzy jednak zrobili kariery w wielkich miastach, uśmiecham się widząc ich  info na facebooku o kolejnym ślubie, bo przecież pamiętam, jak jeszcze „niedawno” brzydzili się dziewczynami i strzelali im ze stanika.
Jednak o wiele bardziej cieszy mnie, że ten kolega, który ciągle słuchał, że jest kretynem, czuł, że jest spalony, bo pochodził z wielodzietnej rodziny i nawet na tle dzieciaków z rodzin robotniczych wypadał blado, który NIGDY nie pojechał z nami na żadną wycieczkę do kina, bo nie było go stać… Uśmiecha się do mnie ze zdjęć z wypasionych wakacji, bo rozkręcił świetną firmę i odbija sobie po stokroć wszystkie braki tamtych lat.
Japa mi się uśmiecha, jak spotykam najbardziej szarą z szarych myszy, której głosu w ogóle nie kojarzę i widzę fajną, pewną siebie babkę, która odkryła chyba swoją moc, tyle, że później. Skończyła studia, choć w szkole jej szczytem osiągnięć było 3+ i jest… szczęśliwa. I to szczęśliwa z być może zupełnie innych powodów o których mogę nie mieć bladego pojęcia.

Znam też sporo innych, tragicznych historii, których nikt się nie spodziewał i  które dla ludzi, którzy ich doświadczyli, są ogromną tragedią, a dla innych powinny być przestrogą – że nic nie jest na zawsze. Toksyczne związki, utrata najbliższych, choroba, nałóg, wypadek, pech, niefortunne decyzje. Coś, czego nikt by przecież nie chciał, ale jest integralną częścią życia. Nieprzewidywalnego życia, którego się nie mierzy średnią ocen…

Piszę o tym, bo właśnie skończył się semestr.

Moje koleżanki z pracy mają dzieciaki w wieku szkolnym i ekscytują się ich sukcesami, dzielą frustracjami. I nie wiem, skąd to przekonanie, że to, jak teraz wygląda ich świadectwo to projektor przyszłych zdarzeń.
A piszę to, bo może Wasze dzieci: są właśnie wybitnie zdolne i zachwycają świadectwami. Albo ledwo dają radę i każde wyjście do szkoły to dla nich dramat. Albo dają radę, ale nie wyglądają na dumne z siebie ani szczęśliwe.

Zycie jest naprawdę nieprzewidywalne. Jedno jest pewne – trzeba mieć zaufanie do siebie, wiedzieć, co się czuje, czego się nie chce, a czego pragnie – a żeby to wiedzieć, trzeba mieć możliwość tą wiedzę zdobyć, a nie tylko karmić się cudzymi oczekiwaniami i mierzyć swoją wartość w skali od 1 do 6.
Nie da się być omnibusem, bo o ile da się wyciągnąć średnią 6,0 to potem pogodzenie na 6 wszystkich życiowych ról powoduje frustrację i doprowadza do tragedii. A to, że się jest głąbem z fizyki, nie oznacza, że nie znajdzie się swojej niszy, która uszczęśliwi. Trzeba tylko usłyszeć, czego się chce.

Nikt nie wie, co będzie ważne za 10 lat. Pamiętam, jak otwarcie kpiliśmy  z kolegi, który… grał w warcaby. Z tego, że co to za sport, że przesiaduje w Domu Kultury ze starym instruktorem, że to takie nudne i po co komu. Nie rozumieliśmy tej pasji. Nie posłuchał nas. Zwiedził cały świat, zdobył niezliczone tytuły mistrzowskie, ukształtowane zdolności analityczne z pewnością przydają mu się teraz na tym super ważnym stanowisku w cholernie znanym banku. Szach mat 😉
Moje koleżanki miały smykałkę do strzelania. Przychodziło im bez trudu i gdyby były konsekwentne, pewnie osiągnęłyby wiele na tym polu, jednak wybrały inne cele. Jedna z nich radziła sobie nieco gorzej, ale była uparta, pracowita i pewna tego, co chce robić i co kocha. Nie od początku widziano w niej mistrzynię. Myślę, że każdy medal, który pewnie wisi w jej domu to tylko namiastka tej satysfakcji wynikającej z faktu, jak wiele jej się udało osiągnąć. Pozdrawiam, jeśli to czytasz, Martyno.

Nikt nie wie i niech przestanie udawać, że jest inaczej. Udanych ferii!