Serce moje,
Jest czwartek. Jutro po raz pierwszy przyjdą do Ciebie koleżanki, które będą u nas nocować. Cieszę się z Tobą, ale i ukrywam stres. Boję się. Dopóki opowiadam sobie o nas albo jesteśmy sami, jakoś łatwiej uwierzyć, że daję radę w tym rodzicielstwie. A teraz? Wstyd się przyznać, ale czuję tremę. Bardzo nie chciałabym narobić Ci wstydu.

Powoli odczuwam ją w przedszkolu, odkąd rozniosło się, że uwielbiam pajacować w internetach, bo wiem, że nie każdemu to może odpowiadać. Mną niech sobie gardzi, ale co jeśli przypadkowo, rykoszetem, dostanie się Tobie? Wstrzymuję oddech.
I zastanawiam się, czy dam radę przetransformować w tą rozsądną, odpowiedzialną i wystarczająco zaangażowaną mamę zanim pójdziesz do szkoły i to ja będę musiała pamiętać o spakowaniu plecaka i nie wierceniu się na zebraniu, chociaż nie potrafię usiedzieć w miejscu i gubię wszystko, we własnym mieszkaniu, torbie i głowie.

Wczoraj nakupiłam całą masę dodatków do naleśników. A w nocy szorowałam łazienkę. I to nie chodzi o to, żeby stwarzać jakieś głupie pozory, ale o to, żeby na chwilę dorosnąć do tych standardów, które w tym obiektywnym i dziwnym dla mnie świecie są ważne. Żeby Cię nie zawieść. A jutro postaram się być najsuperowsza na świecie. Jak z reklamy płatków, zabawna, miła i smarująca czekoladą każdy naleśnik bez ani jednej uwagi, że zjedzą Was robaki.
Chociaż to dla mnie cholernie niefajny tydzień, w zasadzie jak i kilka poprzednich, chociaż najchętniej zawinęłabym się w koc i zniknęła na chwilę. Wiem, że za często i dałabym się pokroić, żeby tak nie było, ale nie operują jeszcze głów, niestety.

Ja wiem, że teraz chyba Ci wystarczy, jak kolorujemy razem malowankę i bawię się z Tobą w czasie kąpieli plastikowym rekinem, a Ty jesteś dzielną sięznicką, która zawsze, ale to zawsze go pokonuje, bo jest mądra, silna i ekstra. Co jeśli przypłynie jakiś prawdziwy i uda mu się wpoić Ci, że to nieprawda? Co jeśli Ty nie czujesz tego, że ja w to wierzę ze wszystkich sił, nawet tych, których nie mam, po całym dniu z Tobą? Co jeśli stanę na rzęsach i poruszę ziemię, a i tak okaże się, że masz ten smutek w genach i choćbyś przerzucała w dłoniach cały glob  jak piłeczkę, to i tak, bez żadnego wpływu, przyjdą chwilę, że nie będziesz miała siły unieść ręki? Co z Tobą będzie. Bo mnie sparaliżuje strach i poczucie winy odbierze oddech.

Tak głowię się, jak wpoić Ci to, w co sama tak często wątpię. Nie dlatego, że to nieprawda – mam prawie 30 lat i znam coraz mocniej swoją wartość, tylko czasem głowa mi płata psikusa i robi mnie w konia na przewalutowaniu, bywam w plecy w pozytywne emocje i wiarę, choć zupełnie nie ma powodów. A tak bardzo chciałabym, żebyś to wiedziała –  że Cię kocham, że jesteś ważna, że jesteś mądra i piękna. Że jesteś moim Słońcem. I tak, często porażasz mocą i można się Tobą sparzyć.

Tak chciałabym mieć tą pewność, że jest ok, że Cię nie krzywdzę, że tulę nie za dużo ani nie za mało, że wystarczająco często powtarzam, ile dla mnie znaczysz, jak kocham, za co lubię i czemu kochać, choć często tak trudno Cię lubić. Tak pragnę nauczyć Cię patrzeć na siebie moimi oczami. Tak chcę, byś ufała mi, sądziła, że jestem mądra i w chwilach zwątpienia powtarzała sobie, że nie możesz nie być cudowna, skoro tak mocno wierzyła w to Twoja mama. Żebyś za X lat, patrząc wstecz, może nie chciała mi rzucać kwiatów do stóp, ale chociaż stwierdziła: „Mamo, nie sap, było nawet dobrze.”

Lata świetlne mi do ideałów. Odwracam Twoją uwagę bajką, zagapiam się na telefonie, serwuję gotowce na obiad i nie kupuję Ci ubrań, które ładnie wyglądałyby na zdjęciach, a  tych tanich nie prasuję. Skręca nie na myśl o kolejnej zabawie z wymyślaniem przygód zabawek albo porcji piachu wysypanej z buta na placu zabaw. I co jeśli zapamiętasz tylko to, że tak nerwowo Cię ponaglam, żebyś założyła skarpetki i wiecznie się gdzieś spieszę, coś jest ważne, gdzieś muszę wyjść, chociaż tak gorliwie powtarzam, że tylko Ty się liczysz?  Będziesz to w stanie wszystko ogarnąć swoim rozumem i kochać mnie choć w połowie tak mocno, jak ja Ciebie, powiedz?

Tak nie dzierżę tego, że nigdy nie pośpisz choćby do ósmej i tak mi pusto, kiedy nie mam Cię dłużej niż jeden dzień. Uwielbiam patrzeć, kiedy śpiewasz albo tańczysz. I robisz ten sam, niezmienny od urodzenia, dziubek, kiedy coś pochłania Cię bez reszty. Śmieję się nawet z nieśmiesznych żartów, choć kiedyś wizja dziecka z kiepskim poczuciem humoru brzmiała strasznie. I poza lękami, które autentycznie mrożą mi krew w żyłach, często boję się, że po prostu Cię zjem.

Serce moje, świat to takie ponure i podłe miejsce. I zgniłby już dawno, gdyby nie miał takich Słońc jak Ty. Tylko co ja mam zrobić, żebyś o tym nie zapomniała, żeby nikt nie wmówił Ci, że jest inaczej? Co, jeśli ja nie umiem? Nikt mnie nie nauczył jak się uczy kochać dobrze i mądrze, jak wychować kogoś na dobrego człowieka. Nie tylko na takiego, który sobie radzi. Radzi sobie wielu. Tak niewielu jest szczęśliwych…

Boję się tego, że mogę zrobić wszystko, co w mojej mocy, a Ty uznasz, że to za mało. Boję się tego, że tak to jest urządzone – mamy kochają swoje dzieci bezgranicznie, zawsze, ponad wszystko, a w drugą stronę bywa roszczeniowo i gorzko. Ja się staram, Córek. Nie robię Ci co prawda myszy z jajka na twardo, ledwo rysuje koślawe serce keczupem na tostach, ale daję więcej, niż sądziłam kiedykolwiek, że mam i potrafię. I błagam obiecaj mi, że, kiedy przyjdzie czas werdyktu będziesz łaskawa i uznasz, że to wystarczy…

______________________

Wtorek. 

Już po pierwszym nocnym party. Słyszałam, jak mówi koleżankom, że ma najfajniejszą mamę, która robi pyszne naleśniki, a naleśniki wyszły słabe, więc jest nadzieja.
Potem dostała wysokiej gorączki i znów skłonna do wybiegania  w przyszłość głowa musiała wrócić na ziemię i przyjąć tu i teraz na klatę. Ciekawe czy będziesz pamiętała, że w czasie gorączki nie mogłam odejść od Ciebie na krok, bo twierdzisz, że tylko to, że jestem, pomaga…?

Ja będę. Już zawsze.